wtorek, 14 lipca 2009

Marcowe fiołki - Philip Kerr

Zbrodnia z nazistowskim Berlinem w tle

Tytuł spodobał mi się już w momencie, gdy ujrzałam tę powieść w zapowiedziach wydawniczych na ten rok, ale przyznam szczerze, że sama już nie wiem dokładnie, co wtedy z nim, z tymi marcowymi fiołkami skojarzyłam, ale chyba podziałał na mnie tak jakoś wiosennie – w kalendarzu był wtedy styczeń, a za oknem zimno i buro. Okazuje się, że „Marcowe fiołki” Philipa Kerra z wiosną mają niewiele wspólnego, babskim czytadłem również nie są na pewno. Jak więc je określić? Ja pokusiłabym się o takie stwierdzenie: Świetny kryminał wpisany w wielką historię nazistowskich Niemiec 1933 roku. Mianem „marcowych fiołków” określano w owym czasie karierowiczów z NSDAP, którzy po wygranych marcowych wyborach przez partię Hitlera masowo wstępowali w jej szeregi (w pewnym momencie kandydatów było tak wielu, że nawet wstrzymano przyjęcia nowych członków) – posiadanie partyjnej legitymacji było dla nich nadrzędnym celem, a prywata, korupcja i czarny rynek kwitły jak nie przymierzając dzisiaj swobody obywatelskie narodu amerykańskiego. Kerr w doskonały sposób oddaje realizm tamtych czasów, trzymając się historycznych faktów i oszczędzając nam swojego fantazjowania. Bardzo przyjemnie czyta się opisy przedwojennego Berlina i przygotowań do olimpiady.


Główny bohater, prywatny detektyw Bernhard Gunther, chodzi w kapeluszu i długim płaszczu, jeździ czarnym Hanomagiem, o proszszsz.... takim właśnie - tak przypuszczam (już za samo posiadanie TAKIEGO samochodu będę Berniego uwielbiać po wsze czasy. Wprawdzie modeli Hanomaga z tamtego okresu znalazłam kilka, ten jednak podoba mi się najbardziej:-)

Bernie Gunther w rozwiązywaniu prowadzonych spraw i śledztw wykorzystuje swoje i innych koneksje. Kiedyś pracował jako oficer policji kryminalnej na Aleksie, obecnie jest prywatnym detektywem. Jego chleb powszedni to przede wszystkim poszukiwanie zaginionych osób, głównie Żydów, którzy znikali wówczas często bez śladu, a zdeterminowane rodziny pragnęły uzyskać o nich jakiekolwiek informacje. Tak więc nasz detektyw na brak zleceń nie narzeka, aż tu pewnego dnia, a w zasadzie pewnej nocy, kiedy Bernie tak niecałkiem jest trzeźwy, otrzymuje pewne bardzo intratne, ale nie do końca bezpieczne zlecenie...

Książka napisana jest – powiedziałabym – mocnym, męskim językiem (są i przekleństwa, i kobiety określane mianem „starych kurw” - mnie skojarzyły się w tym momencie powieści Marka Krajewskiego o podobnym klimacie, chociaż „Festung Breslau” nie podobała mi się w odróżnieniu od opisywanych tu „Marcowych fiołków". Co zwróciło moją szczególną uwagę w sposobie pisania Kerra, to używanie bardzo dużej ilości porównań, np.:
"Schemm znów westchnął, tym razem z niesmakiem, niczym stara dewotka, którą
doleciał zapach dżinu z ust pastora."

Patronat medialny nad serią objął serwis Zbrodnia w Bibliotece, a fragment "Marcowych fiołków" można przeczytać tu

"Marcowe fiołki" to pierwszy z serii czarnych kryminałów o Bernim Guntherze. Z całą pewnością sięgnę po następne części, bo to naprawdę czysta przyjemność. Polecam!!!

4 komentarze:

mr lupa pisze...

A ja miałem okazję ją wypożyczyć, bo leżała na półce z nowościami, ale jakoś tak nie ciągnęło mnie do niej. No a teraz zaczyna ciągnąć...;) Ale cóż na to poradzić:)

Katja127 pisze...

Hej Mr Lupo:-) Dla mnie była to bardzo fajna wakacyjna lekturka. Z racji germanistycznego wykształcenia ciągnie mnie do wszystkiego, co w niemieckich realiach osadzone:-) Do tego trochę historii z mojego ulubionego 20-lecia międzywojennego. Dla mnie super!

be.el pisze...

To się uśmiechnę o pożyczkę. Tylko kiedy kiedy kiedy??????

Katja127 pisze...

Jak staniemy z Klarką na nogi po naszych anginowych perypetiach, to wpadniemy na kawkę i Ci przywiozę - dostaniesz ją w prezencie - na dobry początek w nowej pracy:-)