wtorek, 24 listopada 2009

Rzemiosło zabijania - Norbert Gstrein

„Rzemiosło zabijania” to lektura, która ani nie jest łatwa w odbiorze, ani tym bardziej w ocenie, aczkolwiek muszę przyznać, że czyta się ją bardzo przyjemnie. Akcja toczy się powoli, nie jest nastawiona na jakieś szybkie zwroty akcji, na budowanie napięcia, nie epatuje wojennym cierpieniem bohaterów – w zasadzie można by ją określić mianem lektury dla czytelniczych smakoszy, dla których ważne jest co czytają, a nie ile i jak długo. Bohaterowie poświęcają wiele czasu na przemyślenia, autor zawarł w niej sporo bardzo trafnych refleksji na temat wojny, zniszczenia, straty, przeżyć...Mimo, że fabuła oparta jest na konflikcie zbrojnym w byłej Jugosławii, nie jest to typowa książka o tematyce wojennej, a przynajmniej jest inna, niż te, które do tej pory przeczytałam. Bohaterowie skupieni są raczej na przeżywaniu strat i zniszczenia, jakie ze sobą niesie wojna. Śmierć austriackiego dziennikarza Christiana Allmayera jest zaczynkiem do tego, że jego przyjaciel Paul, niespełniony pisarz, postanawia napisać o nim powieść. O nim i o jego dziennikarskiej misji.

Paul wyrusza w podróż śladami Allmayera, wiodącą przez spustoszone wojną Chorwację i Bośnię, chce na własne oczy przekonać się, jak wygląda praca korespondenta wojennego. Towarzyszą mu jego przyjaciółka, Helena, której rodzice pochodzą z Dalmacji i bezimienny narrator. "Rzemiosło zabijania" to książka o tym, jak właśnie ma powstać powieść - najpierw tragiczna śmierć jednego z przyjaciół, potem zamiar tego drugiego, aby o tym pierwszym napisać, jego nieudana próba pisania powieści, za to bardzo udana próba targnięcia się na własne życie... Paul nie radzi sobie z faktem, że nie można niektórych rzeczy zmienić, nie można tak naprawdę dociec wszystkich prawd i wyjaśnić wszystkiego do końca, zmarli nie powstaną z martwych, i nie można cofnąć czasu ani kolejności minionych wydarzeń. Po prostu nie ma się na to wpływu.

Nie da się uciec od tej książki. Nie jest ona oceną wydarzeń politycznych i ruchów narodowowyzwoleńczych na Bałkanach w latach 90-tych, w efekcie których wybuchła tam wojna. Autor nie rozlicza ze zbrodni wojennych dokonanych na ludności cywilnej, nie opisuje okropności wojny. Skupia się na dziennikarskim fachu, na sposobie przekazywania informacji przez reporterów wojennych, na ich roli w tym przekazie. Należałoby ją może raczej potraktować jako krytykę mediów, pokazujących nam reporterów przed kamerami – często ubranych w kamizelki kuloodporne tylko właśnie na potrzeby nakręconego materiału reporterskiego – w zasadzie tylko po to, żeby widzom oglądającym materiał zasugerować realne niebezpieczeństwo i zagrożenia wojny. Historia opowiedziana przez Norberta Gstreina (austriackiego pisarza, rocznik 1961), jest tak naprawdę zadedykowana niemieckiemu dziennikarzowi „STERN-a”, Gabrielowi Grünerowi (1963-1999), który był postacią prawdziwą. W prasie niemieckiej znalazłam o nim informacje, że pochodził z południowego Tyrolu, ale żył i mieszkał w Hamburgu ze swoją przyjaciółką, dziennikarką mody – właśnie spodziewała się dziecka, gdy Gabriel oraz jego fotograf, Volker Kramer, zostali zastrzeleni 13. czerwca 1999 w Kosowie, 40 km na południe od Prištiny… Wydarzenie to stało się kanwą powieści Gstreina. W momencie, kiedy obydwaj reporterzy zostali podstępnie zamordowani (tajemniczy informatorzy mieli ich zaprowadzić do zbiorowych mogił), wojna w Jugosławii trwała od trochę ponad roku. Rozpoczęły ją masakry Serbów pod dowództwem Slobodana Milosevica dokonane na cywilnej ludności albańskiej w lutym 1998.

Bardzo mi się spodobała opinia z okładki książki. Czytamy w niej mianowicie:

"Ta książka ma w sobie wszystko, czego spodziewamy się po wielkiej literaturze: miłość i szaleństwo, śmierć i zbawienie. Postaci, które jednocześnie zapadają w pamięć i jej umykają. Przemoc, wyobcowanie, ale też czułość i intymność. Jest dbała o szczegół, a równocześnie stawia pytania fundamentalne, ze świadomością pokory, że wie się o wiele za dużo, a równocześnie nic". Andreas Breitenstein (Neue Zürcher Zeitung)

I nic więcej już nie powiem. Nabieram wody w usta. A Wy przeczytajcie sami:-)

AMEN.
Autor: Norbert Gstrein
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Liczba stron: 280
Data premiery: 2009-09-14
Tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska
Język wydania: polskiOprawa: Miękka

czwartek, 19 listopada 2009

Primavera - Mary Jane Beaufrand

Cieszę się, że moje dziewczyny sięgają po takie książki – przy tej okazji ja sama mogę się przekonać, co w literaturze młodzieżowej piszczy. A piszczy wiele dobrego, tzn. nie same „chały” usiłuje się dzieciakom wcisnąć do czytania. Na szczęście trafiją się w powodzi wydawanych książek takie perełki jak „Primavera” Mary Jane Beaufrand - te piękne, rzeczywiście wartościowe, których lektura wniesie do intelektualnej sfery życia naszych młodych czytelników wiele pozytywnych wrażeń. Jest to kolejna książka, którą przeczytałam po rekomendacji mojej 12-latki, a ona jak dotąd jeszcze nie czytała powieści historycznej. Z ogromną przyjemnością zaobserwowałam, że ta czytelnicza przygoda bardzo jej się spodobała, po skończonej lekturze stwierdziła - „Muszę poszukać, czy jest kolejna część Primavery” (już widzę u niej pewien niedosyt, że opisywana historia się skończyła... ) Dodała też - „szkoda, że autorka nie napisała nic dalej”. No cóż, musi to moje dziecię zaakceptować fakt, że nie wszystkie książki będą miały ciąg dalszy, jak chociażby „Harry Potter”, gdzie w zasadzie potem to już nie wiadomo, w którym momencie skończyć. Chociaż, kto wie – może kiedyś okaże się, że „Primavera” ma swoją kontynuację?
„Primavera” to znakomita powieść historyczna dla młodzieży, której akcja osadzona jest w realiach renesansowej Florencji. Główna bohaterka, kilkunastoletnia Flora, która wychowuje się pod opiekuńczymi skrzydłami swojej babci, ale odrzucona przez resztę rodziny. Niekochana przez matkę, pogardzoana przez swoją cudownej urody siostrę Domenicę, tolerowana przez ojca – jest dziecwczynką bardzo inteligentną, wrażliwą i odważną. Jej największym marzeniem jest uciec od swojej rodziny i przeznaczenia, a tym jest spędzenie reszty życia w klasztorze. Flora marzy o podróży do Wenecji, o zaokrętowaniu się na pokładzie jakiegoś statku i wyruszeniu w świat, ale w prawdziwym życiu przekonuje się, ile warte są marzenia. Mimo to nie przestaje marzyć. Po drodze poznaje, jak to jest być po raz pierwszy zakochaną... Flora jest najmłodszą córką w bardzo możnym rodzie Pazzich – w jego posiadaniu znajduje się wiele bogactw: pałaców, biżuterii, okrętów i banków – a wszystko to jest jeszcze strzeżone przez własnych gwardzistów. Wydawać by się mogło – nic więcej do szczęścia nie potrzeba Pazzim, ale tak nie jest. Oni sami są przekonani, że jeszcze nie mają wszystkiego, że jest coś, co uczyniłoby ich ród najpotężniejszym. Coż to takiego? Władza, kochani. I wpływy polityczne, a co za tym idzie potęga gospodarcza. Ich brak spędza sen z oczu Jacopo i jego żonie. Ona – Mamma – jest najbardziej zajęta knuciem podstępnych intryg oraz wyskubywaniem brwi i włosów Domenice, on – przy pomocy papieskiego siostrzeńca, hrabiego Riario, obmyśla spisek, którego realizacja fatalnie się kończy dla wszystkich członków rodziny. Od tego momentu życie Flory diametralnie się zmienia.

A co z tytułową primaverą, oznaczającą wiosnę? Z pewnością wiecie, że „Primavera” to najsłynniejszy obraz Botticelliego, namalowany w 1482 r. Stał się on inspiracją do napisania książki o tym samym tytule, którą Wam dzisiaj opisałam:-)

Chcielibyście wiedzieć, coś więcej, np. jak potoczyły się losy Flory po tragicznym spisku Pazzich? No cóż – najprostszym sposobem będzie sięgnięcie po książkę. Jeśli jeszcze niektórzy nie mają pomysłu na gwiazdkowy prezent dla swojej latorośli, to ta książka będzie wspaniałym rozwiązaniem.

Tyle w ogromnym skrócie – nie mogę więcej zdradzić, bo nie mielibyście przyjemności z czytania. Powiem jeszcze tylko tyle, że przygody Flory wciągają niesamowicie, przedstawione w sposób tak plastyczny, że moja Wiki czytała ją tylko kilka wieczorów (ewenement, biorąc pod uwagę jej dotychczasowe zacięcie czytelnicze, czyli ściślej mówiąc – tego zacięcia brak). Czuje się atmosferę tamtych czasów, a oczyma wyobraźni widzi się słoneczne ulice i place Florencji. Świetnie nakreślone tło historyczno – obyczajowe. Jedynym minusikiem (naprawdę maleńkim) jest wtrącanie w wypowiedzi słów włoskich - Viki co chwila pytała, co znaczy bene, allora, mi dispiace i wiele innych. To było niepotrzebnym, trochę komplikującujcym czytanie - zabiegiem - aczkolwiek w pewnym sensie poszerzającym wiedzę:-)
Pozostaje mi tylko zachęcić Was do lektury!
Autor: Mary Jane Beaufrand
Liczba stron: 312
Numer wydania: I
Data premiery: 2009-05-06
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka

wtorek, 17 listopada 2009

Zimna krew - Theresa Monsour

„Zimna krew” to druga część kryminalnej opowieści o sympatycznej i pięknej sierżant Paris Murphy, policjantce o
libańsko – angielskich korzeniach, oliwkowej cerze i kruczoczarnych długich włosach oraz o jej wysiłkach zmierzających do uchwycenia przestępców – psychopatów i o próbach poukładania rozsypującego się jej życia prywatnego. Tym razem ginie druhna weselna w brzoskwiniowej sukience, bo właśnie ten kolor jej się nie spodobał i postanowiła pójść do domu przebrać się. Na swoje nieszczęście widzi ją na drodze Justice Trip - komiwojażer usiłujący utrzymać się z obwoźnego handlu koszulami męskimi. Po prostu wjeżdża w nią swoim pikapem. Następnego dnia jej morderca postanawia stać się głównym bohaterem wydarzeń w miasteczku i bierze udział w społecznym poszukiwaniu zwłok - podrzuca obcięty druhnie palec i media rzeczywiście kreują go na bohatera... Paris widzi go w wiadomościach, ale w pierwszej chwili nie rozpoznaje w nim swojego dawnego kolegi ze szkoły. Już od pierwszej chwili jest przekonana, że coś nie gra, jej nieomylna kobieca intuicja (ten szósty babski zmysł) podpowiadają jej, że Justice kłamie, przedstawia się w fałszywie korzystnym świetle, opowiada na swój temat same pozytywne rzeczy - ale coś tu przecież jest nie tak...

Ta druga książka Theresy Monsour podobała mi się jeszcze bardziej niż „Czyste cięcie”. A co spodobało mi się szczególnie? Z całą pewnością jest to zastosowany tutaj (znany nam już z poprzedniej części) trik, a mianowicie przedstawienie czytelnikom sprawcy morderstw już na samym początku. W pierwszym rozdziale mamy też okazję do poznania przyczyn postępowania mordercy, Justica Tripa - jak się niebawem okaże - bardzo groźnego szaleńca, zabijającego swoje ofiary - zupełnie przypadkowe osoby - bez wyraźnego motywu, będąc pod wpływem narkotyków albo innych środkó odurzających.

Podoba mi się też okładka, tak samo mroczna jak mroczne jest życie psychpatycznego bohatera, który w końcu przestaje panować na sobą, traci przysłowiową zimną krew, popełnia błąd i sprawy przyjmują inny, niż on by sobie życzył - obrót.

Co wobec tego mają w sobie książki Theresy Monsour, że nie kończy się ich czytania na pierwszym rozdziale – wyjaśniającym w zasadzie najważniejsze kwestie? Moim zdaniem to zasługa bardzo umiejętnie poprowadzonej fabuły, Monsour sprawnie łączy wątki swojej powieści, a bohaterowie nie są oderwani od rzeczywistości, ich życie prywatnie świetnie przeplata się z wykonywaną pracą – ogromna to zasługa sposobu pisania autorki. Ponadto stopniowo dawkowane czytelnikowi napięcie, zastanawianie się, czy na tym będzie koniec zbrodni, albo kto będzie następny, odważy się żeby ją skrzywdzić itd. – dla mnie większość momentów w książce była niespodzianką, nie przewidziałam takiego właśnie obrotu spraw.

Na zakończenie powiem jeszcze tylko, że moim zdaniem powieść ma jeden mankament, a mianowicie zakończenie – nie, nie jestem rozczarowana, ale spodziewałam się zupełnie czegoś innego, miałam nadzieję na zupełnie inne poprowadzenie tej akcji. Pozostawienie w ten sposób paru kluczowych kwestii bez odpowiedzi spowodowało, że po lekturze „Zimnej krwi” ja pozostałam z uczuciem niedosytu – co nie zmienia faktu, że Theresa Monsour to w tej chwili moja ulubiona autorka kryminałów, jej książki czyta się z ogromną przyjemnością. A po następne na pewno sięgnę. I nie omieszkam Wam o tym donieść.


Autor: Theresa Monsour
Wydawnictwo: ficyna Wydawnicza Aurum , Październik 2009
ISBN: 78-83-6186-703-6
Wymiary: 145x 205 mm

niedziela, 15 listopada 2009

Świat diabła - Wiktor Jerofiejew

Przeleżała ta książka na moim nocnym stoliku sporo czasu, oj przeleżała. Brałam ją do ręki, to znów odkładałam. Nie mogłam jej na „raz” przeczytać, ale i nie mogłam zostawić bez przeczytania. „Świat diabła” (wyd. Czytelnik) to książka Wiktora Jerofiejewa, jednego z obecnie najbardziej znanych współczesnych pisarzy rosyjskich. Jest to zbiór opowiadań, reportaży, felietonów i esejów, opisujących jego wrażenia z podróży po praktycznie całym świecie. Ale od razu uprzedzam – nie jest to dziennik z podróży, nie są to wspomnienia czy relacje, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Ooo nie... Jerofiejew uchodzi w wielu kręgach za skandalistę, pisarza kontrowersyjnego, określanie go mianem prowokatora też nie należy do rzadkości – bo i naprawdę swoim pisarstwem prowokuje, wtykając nos, gdzie nie trzeba i przysłowiowy kij w mrowisko, narażając się władzy i wielkim tego świata (za naszą wschodnią granicą oczywiście, albo właściwie granicą północną, ale zdecydowanie w kierunku na wschód) – miewał z powodu swojego pisania wiele życiowych nieprzyjemności – kiedyś wyrzucono go ze Związku Pisarzy, jego książki znalazły się na „czarnej liście” i nie można było ich publikować, a ojciec dyplomata stracił pracę... W swoich książkach porusza problemy nie tylko dzisiejszej Rosji, dokonuje sarkastycznego rozliczenia rosyjskiej przeszłości i oceny współczesnych realiów (jego utwory są równiez mocno nasycone erotyzmem) – interesuje go praktycznie wszystko – przedstawia nam zwycięzcę w konkursie na „supermana sexu”, zdradza nam sekrety chińskiego masażu, oprowadza po świątyni kawioru w Niemczech i muzeum pornografii w Holandii, zabiera nas na wycieczkę do wytwórnię whisky w Szkocji i wódki na Ałtaju, na Czukotce przejmuje się problemami tamtejszych Eskimosów, a w Republice Południowej Afryki czuje się jak w Rosji. A wszystko to doprawione jego charakterystycznym poczuciem humoru. Opowiadania Jerofiejewa to zwierciadło, w których widać odbicie Rosji i rosyjskich słabostek.

„Świat diabła” to także lapidarne, a zarazem wnikliwe i błyskotliwe analizy polityczne i społeczne. Inteligencja i zmysł obserwacji autora pozwalają ocenić, co dzieje się na Krymie, w Abchazji, a także w Polsce. Jest nawet znakomity reportaż z miejsca, w którym Jerofiejew... nigdy nie był!

Polecam! Zobaczycie – będziecie go albo kochać, albo nienawidzić. Na pewno nikt nie pozostanie obojętny wobec tego, co pisze...

wydawca: Czytelnik
tytuł oryginału: Swiet diawoła
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 2009
nr wydania: I
ISBN: 978-83-07-03206-1
liczba stron: 316
tłumaczenie: Michał B. Jagiełło
format książki: 123x195 mm
okładka: miękka

sobota, 14 listopada 2009

Wino, kobiety i śpiew - Andrzej Mleczko


Chyba nie ma w naszym narodzie nikogo, kto by choć raz nie widział jakiegoś rysunku autorstwa Andrzeja Mleczki – kontrowersyjnego rysownika, który zadebiutował w 1971 r. na łamach pisma „Student”, i z którego twórczością na co dzień spotykamy się m. in. na łamach „Polityki”. Wszyscy znamy jego poczucie humoru, jego szybkie „rysunkowe” reakcje na to, co aktualnie dzieje się w Polsce, podsumowujące najróżniejsze zjawiska polityczne, kulturowe, społeczno – obyczajowe, sportowe i jakie tylko Wam jeszcze do głowy przyjdą – do wyboru, do koloru. Świetnie oddające naszą mentalność. Równie często oburzające przeciwników, co zadowalające zwolenników. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Jedni mają mu za złe, że się czepia kościoła, księdza Rydzyka i polskiej religijności w ogóle, inni doceniają za bystre oko i trafne spostrzeżenia, jeszcze inni patrzą na to wszystko z przymruzeniem oka i świetnie się bawią. W przypadku takich albumów, jak ten tutaj, zawsze zastanawia mnie jedna rzecz - jak to jest, że gdy śmiejemy się z prezydenta, premiera i innych polityków - to jest to zupełnie OK. Gdy na tapetę idzie kościół i religia - to to juz jest "be" i odzywają się głosy sprzeciwu. Ale tak to już z artystą jest – jego zadaniem jest nie tylko komentować rzeczywistość, co przede wszystkim prowokować odbiorców do m.in. myślenia, zastanowienia – i to się Mleczce zawsze udaje, chyba głównie dlatego, ze jest świetnym obserwatorem naszej często ciasnej, ale własnej rzeczywistości, naszego rodzimego "piekiełka" z Polski rodem. Mnie wczoraj – po całodziennych zawirowaniach związanych ze zwolnieniem się z pracy, aby pojechać na bardzo ważną rozmowę – KWALIFIKACYJNĄ notabene, do nowej pracy – po stresie z tą rozmową związanym, po tym, jak ze zdenerwowania po tej rozmowie (pewnie wszystko „spaliłam”) zapomniałam pojechać do warsztatu na wymianę opon na zimowe – no więc mnie wczoraj Mleczko poprawił humor rewelacyjnie. Niniejszym przedstawiam Wam więc „Nowy zbiór rysunków satyrycznych komentujących naszą rzeczywistość w sposób czasem złośliwy, czasem dobroduszny, ale zawsze dowcipny”. Polecam! Najważniejsze, to umieć się śmiać z siebie samych:-)

Spis rzeczy:
Dialogi metafizyczne
Zwierzyniec
Świat dziecka
Wieś tańczy i śpiewa
Historyjki obrazkowe
Rozgrywki małżeńskie
Polityka dzika
Wesołych świąt
Rysunki bez ładu i składu
Autor: Andrzej Mleczko
Wydawnictwo:Iskry , Listopad 2009
ISBN:978-83-244-0116-1
Liczba stron:136
Wymiary:165 x 235 mm

poniedziałek, 9 listopada 2009

A propos 13. Targów Książki w Krakowie

Przeglądam aktualności w internecie i co czytam? Jakie informacje rzucają mi się w oczy moje (sterane trochę pracą na zdezelowanym kompie "pracowym"). Kochani - czytam same wspaniałe wiadomości, a mianowicie, że np.

"Około 25 tys. osób odwiedziło zakończone w niedzielę 13. Targi Książki w Krakowie - poinformowała Ewelina Podsiad z Targów w Krakowie. Są to wstępne, jeszcze niedokładne dane. W czterodniowej imprezie uczestniczyło 480 wystawców i 370 autorów. Po raz pierwszy targom towarzyszył Festiwal Literatury im. Josepha Conrada. Mottem tegorocznej imprezy były słowa Umberto Eco: "Kto czyta, żyje podwójnie" i wiele osób wzięło je sobie do serca, bo każdego dnia w hali targowej były tłumy. Miłośnicy literatury mogli się spotkać m.in. z Katarzyną Grocholą, o. Leonem Knabitem, Ryszardem Krynickim, Andrzejem Stasiukiem, Izabelą Sową i Olgą Tokarczuk. Zdaniem prezesa Polskiej Izby Książki Piotra Marciszuka "siłą krakowskich targów jest kontakt z publicznością", która chce przychodzić, spotykać się i rozmawiać z autorami, zaś dla wydawców, hurtowników i księgarzy to okazja do rozmowy o najważniejszych problemach branży.
A jeszcze niedawno GW informowała, że "Podobno mamy kryzys gospodarczy, a ponad połowa Polaków czyta najwyżej jedną książkę rocznie." Chciałabym jeszcze tylko dodać, że w zeszłym roku Targi Książki odwiedziło 23,5 tys. osób, natomiast w 2007 r. - 19,2 tys. Cieszy mnie to, że liczby te rosną z roku na rok i jest nas - moli książkowych - ciągle niemało, jeśli nie coraz więcej. Żałuję, że do Krakowa mam tak daleko... Stasiuk na żywo... Tokarczuk... Ech, szczerze "zazdraszczam" wszystkim, którzy mieli okazję, sposobność, możliwość i sama nie wiem co jeszcze:-)))
Podobno Polacy czytają jedną książkę w roku... Dobre sobie:-)

sobota, 7 listopada 2009

Mrówka w wielkim mieście - David Safier

Jak to jest urodzić się i być mrówką? No wiecie, okrągła główka z dwoma długimi czułkami, sześć nóżek, tułów, przesadnie duży odwłok... Aha, nigdy nie zastanawialiście się nad tym... No właśnie, o takiej mrówce mowa w książce Davida Safiera – tylko że ta mrówka to ... nowe wcielenie Kim Lange – niemieckiej prezenterki telewizyjnej, prowadzącej tzw. Polittalkshow. Kim jest bardzo atrakcyjną 32-latką, prawdziwą kobietą sukcesu goniącą za sławą. W jej życiu jest wprawdzie rodzina – mąż i 5-letnia córeczka Lilli, ale w rankingu priorytetów zajmują oni któreś z kolei miejsce, gdzieś tam za pracą, pracą i pracą oraz błyskiem reporterskich fleszy. Kim Lange poznajemy w momencie, gdy opuszcza dom – nie może zostać na przyjęciu urodzinowym swojej córki, bo właśnie otrzymała prestiżową nagrodę, okazała się zwyciężczynią w swojej kategorii – jedzie więc na lotnisko, aby wsiąść do samolotu i udać się na wielką galę. A po tym wszystkim po prostu pech – trafia ją spadająca z nieba umywalka – fragment rozpadającej się radzieckiej stacji kosmicznej. Sami przyznacie, że trudno o bardziej absurdalną przyczynę zejścia z tego świata, ale ten wypadek jest tylko wstępem do tej pełnej humoru opowieści. Pierwsza dama niemieckiego talkshow, rekin mediów - zostaje pomniejszona do stworzonka wielkości kilku milimetrów – mrówki. Jest to jej szansa na naprawienie błędów z poprzedniego życia, a Kim dopiero po swojej śmierci zdaje sobie sprawę z ich popełnienia. Odradza się później jeszcze jako świnka morska, cielak, pies – przeżywa po drodze mnóstwo zabawnych, często bardzo absurdalnych przygód, a wszystko po to, żeby za wszelką cenę wrócić do swojej rodziny.

Książkę można by na pierwszy rzut oka – dzięki lekkiemu językowi i wszechobecnemu humorowi – zakwalifikować do lektur łatwych, lekkich i przyjemnych, bo taka jest rzeczywiście. Ale oprócz tego jest to też książka dająca do myślenia, nakłaniająca czytelnika do zastanowienia się nad tym wszystkim, co w życiu ważne – sens i jakość życia, miłość... Ile czasu my sami poświęcamy swoim najbliższym w codziennej gonitwie za sprawami często błahymi; kiedy ostatnio przytuliliśmy swoje dziecko (nie to najmniejsze, bo ono jest przytulane tysiąc razy dziennie, ale to najstarsze – o głowę od nas wyższe)? Nie chciałabym, żeby to wszystko stało moim udziałem w następnym wcieleniu – tak jak spotkało to Kim – dopiero jako świnka morska uświadomiła sobie przyjemność płynącą z ciepłego dotyku dłoni jej męża, a jako pies – tak naprawdę spędzała ze swoją córka czas – dużo, długo, bawiąc się, przytulając... Dopiero jako pies zaczęła dostrzegać, jakie to ważne i przyjemne...

Autor: David Safier
Wydawnictwo:Galaktyka , Wrzesień 2009
ISBN:978-83-7579-025-2
Liczba stron:320
Wymiary:202 x 135 mm

niedziela, 1 listopada 2009

Losowanie zwycięzcy w konkursie nr 1...

... odbyło się dosłownie 3 minutki temu. Właśnie wróciłyśmy z dzisiejszego wyjazdu (zauważyłam, że tylko nasze auto było brudne - wszystkie inne lśniły, aż blask od nich bił - ludzie powariowali. Ja za to - gdy kilka dni temu zobaczyłam kolejkę przed myjnią (czekania na conajmniej 1,5 godziny) odjechałam stamtąd niezrażona, aby dziś wyjechać w trasę BRUDNYM samochodem). Ale, ale, ale.... nie o tym miało być. A więc Klara przed chwilą wylosowała swoją szczęśliwą rączką jeden los. Przedtem pomieszała w pojemniku z karteczkami, pomieszała... i wylosowała... Krępińską.
Zwyciężczynię w moim pierwszym konkursie proszę o przesłanie maila z danymi potrzebnymi do wysłania książki. Krępińskiej serdecznie gratuluję, a wszystkim, którzy wzięli udział w zabawie - bardzo serdecznie dziękuję. Na zakończenie powiem jeszcze tylko tyle, że wczoraj zaczęłam czytać "Zimną krew" - i stwierdzam, że jest dobra. Podoba mi się. Tak samo, jak pierwsza książka Theresy Monsour.

czwartek, 29 października 2009

KONKURS TA-DAM !!! KONKURS NR 1 !!!

Kochani i kochanieńkie - zapieprz ostatnio mam taki, że "pustą taczką jeżdżę, bo nie mam czasu jej załadować". Ale tak na poważnie - wpadło mi spore tłumaczenie do zrobienia, więc muszę odłożyć na chwilę czytanie, przez kilka dni nie będzie o żadnej nowej książce. W pracy siedzę cały dzień przed kompem, w domu siadam od razu do domowego kompa i nowego tłumaczenia (uwielbiam tłumaczyć - tak nawiasem mówiąc) i - żeby Wam się nie nudziło - ogłaszam konkurs!!! Konkurs nr 1. Ta-dam ta-dam !! Dla wszystkich chętnych, którzy lubią czytać kryminały, albo zamierzają je polubić, albo moją 1000 innych powodów do wzięcia udziału w konkursie - dzięki uprzejmości pewnej miłej Pani z pewnego Wydawnictwa (no i dzięki szczęśliwemu dla nas wszystkich zbiegowi okoliczności) mam do oddania "Zimną krew" Theresy Monsour i możemy się dziś zabawić w konkurs. Kilka dni temu pisałam o innym kryminale tej autorki - "Czyste cięcie" bardzo mi się wtedy spodobało - mam nadzieję, że i tym razem czeka mnie podczas czytania taki sam dreszczyk emocji i wiele wrażeń - jeszcze jej nie czytałam, ale za kilka dni po nią sięgnę - kiedy już uporam się z moim tłumaczeniowym wyzwaniem.
Mam też nadzieję, że będę mogła przeczytać o wrażeniach z lektury kogoś innego. Kogoś, kogo wylosuję w niedzielę wieczorem...

Wszystkich chętnych do zabawy zapraszam do zgłaszania swojego udziału w komentarzach pod tym postem. Losowanie już w niedzielę!

niedziela, 25 października 2009

Marlene - Angelika Kuźniak

Marlena Dietrich, właśc. Maria Magdalena Dietrich (ur. 27 grudnia 1901, zm.6 maja 1992) – niemiecka aktorka i piosenkarka. Gwiazda filmowa wielkiego, światowego formatu.

W momencie, gdy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach wydawniczych, już wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie dlatego, że jestem wielbicielką aktorki, nie... Postanowiłam ją przeczytać, bo lubię wiedzieć - a o Marlenie wiedziałam tylko, że była niemiecką aktorką. Znałam ją bardziej ze słyszenia, niż z ekranu, gdzieś w pamięci przemknęło kilka czarno-białych zdjęć, prawie zawsze z papierosem w ręku, czasami w czarnym cylindrze na głowie, zawsze zjawiskowo piękna. Byłam ciekawa, co ma do powiedzenia o niej polska autorka. I wiecie co? To, co napisała Angelika Kuźniak sprawiło, że jestem... zaskoczona? Nie wiedziałam na przykład, że w trakcie II wojny światowej opowiedziała się przeciwko Hitlerowi i nazistowskim Niemcom (do 1939 r. Hitler pisał do niej listy, w których próbował ją nakłonić do powrotu i groził, że jeśli tego nie uczyni, będzie gorzko żałowała), nie wiedziałam, że przyjęła amerykańskie obywatelstwo i występowała dla żołnierzy amerykańskich, wreszcie - nie wiedziałam, że naród niemiecki nienawidził jej za życia za ową zdradę niemieckich (czyt. nazistowskich) ideałów z czasów wojny (dopiero w 100. rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina, Klaus Wowereit, przeprosił aktorkę za to, że Niemcy nie docenili jej twórczości za życia). "Kochali ją i nienawidzili" - powiedział kiedyś Ronald Trisch. Gdy wreszcie w maju 1960 zdecydowała się na przyjazd do Berlina, spotkało ją bardzo chłodne przyjęcie, a prasa niemiecka jeszcze podsycała te negatywne reakcje, wyzywając ją w swych artykułach od "zuchwałej dziwki", "ohydnej zbrodniarki wojennej, którą powinno się zlinczować". Przed hotelami, w których się zatrzymywała organizowane były demonstracje przeciwko jej występom, z hasłami typu "Marlene, hau ab", "Go home", rzucano w nią jajkami - możecie to sobie wyobrazić? Z plaszcza z łabędziego puchu były te jajka praktycznie nie do odczyszczenia...

Dietrich była wielką profesjonalistką, wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik (m.in. mosiężna tabliczka z jej nazwiskiem na drzwiach garderoby; biada konferansjerowi czy elektrykowi, jeśli nie było ich podczas "głupiej" próby - potrafiła wtedy wpaść w furię; wszystko wokół niej musiało też być czyste (wręcz sterylnie czyste - hotelowe łazienki zawsze własnoręcznie dezynfekowała chloroformem, żeby były wolne od chorób brudnych ludzi). Potrafiła w trakcie występu wyjść ze sceny z jednej strony, aby wejść na nią dokładnie z drugiej - w zupełnie innym stroju po... 45 sekundach! Ale Marlene była też okropną matką (jej jedyna córka Maria tak o niej mówiła: "Była toksyczną matką. Jedną z tych, które zabierają dzieciom powietrze. W jej głowie była tylko jedna myśl: ja, ja, ja.")

Aktorka odwiedziła nasz kraj dwa razy - w 1964 i 1966 - miała już wtedy ponad 60 lat - na szyi zawsze miała zawiązaną apaszkę, a z rąk nie zdejmowała rękawiczek... Za to wspaniale wymachiwała swoimi najpiękniejszymi nogami na świecie. Dla Polaków w ich brudnoszarej, peerelowskiej rzeczywistości był to powiew "świeżego czegoś innego", mimo, że ze "zgniłego zachodu", były czymś tak "luksusowym i egzotycznym, że nie miało znaczenia nawet to, że gwiazda jest po sześćdziesiątce, pod suknię zakłada specjalistyczny kostium wyszczuplający i pozwala się fotografować tylko z jednej strony" (czytamy na okładce książki). Występy W Polsce były jej pierwszą wizytą w kraju zza "żelaznej kurtyny". Marlene zawsze żyła ponad stan, wydawała o wiele więcej niż zarabiała, ale co było robić - jej pozycja gwiazdy wymagała, aby żyła i nosiła się, jakby posiadała fortunę...

W trakcie powstawania książki, Angelika Kuźniak dotarła do osób, które jeszcze pamiętały gwiazdę, rozmawiała z nimi, aby obraz gwiazdy był jak najbardziej prawdziwy. Sporo miejsca zajmują w książce wspomnienia ówczesnych pracowników polskiego Pagartu. Opisy jej występów i pobytów w Polsce - zawsze jednakowo entuzjastycznie przyjmowanych. Autorka odwiedziła też m. in. Deutsche Kinemathek w Berlinie, gdzie w archiwach przechowywane są pamiątki po aktorce. 18 miesięcy po jej śmierci przyjechało de Berlina 25 ton najróżniejszych jej rzeczy - było tam dosłownie wszystko: od odzieży i estradowych kostiumów począwszy, poprzez książki, czasopisma, zapiski i dzienniki, wiele innych przedmiotów codziennego użytku, na szmatach do podłogi skończywszy. Zarchiwizowanie i opisanie jej doczesnego stanu posiadania zajęło 5 lat...

Marlena Dietrich zmarła w 1992 roku w wieku 90 lat w Paryżu. Trumna z jej ciałem zostaje we Francji przykryta flagą francuską, w samolocie flagą amerykańską, w Niemczech - niemiecką. Ale zostaje też wstawiona do opuszczonego garażu, gdzie stoi 2 dni na ruchomym podeście w temperaturze -4 stopni - Niemcy do końca jej nie wybaczyli. Berliński Senat zastanawia się nawet nad pogrzebem państwowym, ale szybko rezygnuje z tego pomysłu ze względu na ataki w prasie. Od czasu pogrzebu Dietrich jej grób został wielokrotnie sprofanowany (plucie to jedna z łagodniejszych form dewastowania).

Książka Angeliki Kuźniak to podróż w głąb Marlene i jej czasów - to barwny kalejdoskop obrazów, zapisków i niepublikowanych dzienników, to portert niezykłej kobiety - ZJAWISKOWEJ. Oraz czasów - też niezykłych - bo autorka przybliża nam nie tylko jej życie prywatne, ale również całą tę polityczną, społeczną i obyczajową otoczkę. Dla mnie bomba!

Autor: Angelika Kuźniak
Seria wydawnicza: Lilith

Wydawnictwo: Czarne
Wydanie I, rok 2009
Format: 125x205 mm, oprawa miękka, foliowana
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-7536-114-8

piątek, 23 października 2009

Gone. Zniknęli - Michael Grant

Powiem tak: książka, która w pierwszej chwili zachwyciła moją Najstarszą 16-letnią córkę („Mamo, świetna!!! Musisz przeczytać!!!!!!) u mnie wywołała reakcje – powiedziałabym – bardzo umiarkowane: nie rzuciła mnie na kolana, ale i nie sprawiła, żebym po kilkunastu stronach rzuciła nią o ścianę. Dlaczego? Gdzie tkwi fenomen pierwszego z sześciu planowanych tomów „Gone” Michaela Granta? Co sprawia, że wszyscy zaczytują się tym zgrabnie napisanym thrillerem, łączącym w sobie elementy science-fiction i klasycznej powieści dla młodzieży? No właśnie – sama musiałam się o tym przekonać i kilka ostatnich wieczorów spędziłam na kanapie z książką w ręku, aczkolwiek muszę przyznać, że nie było to u mnie czytanie „za wszelką cenę” – bez problemu odrywałam się od lektury, żeby zająć się Klarą, z drugiej jednak strony – jest w tej książce coś, co każe ją dalej czytać… Ja też do niej wracałam.

Akcja powieści osadzona jest w niewielkim kalifornijskim miasteczku Perdido Beach – i nie byłoby w tym nic dziwnego – rzec by można „miasteczko jak miasteczko” – gdyby nie fakt, że pewnego dnia dzieje się bardzo dziwna rzecz – w miasteczku pozostają tylko dzieci – reszta mieszkańców, która ukończyła 15 lat znika w niewytłumaczonych okolicznościach. Nagle okazuje się, że w miasteczku nie ma żadnych dorosłych – nie ma rodziców, policjantów, lekarzy, nauczycieli, na domiar wszystkiego przestaje działać Internet, telewizja, telefony, a wokół miasta pojawia się bariera, tworząc strefę nie do przebycia. W pierwszej chwili wśród dzieciaków zapanowuje euforia – nareszcie wolni, nareszcie będzie można robić, co się chce i żyć, jak się chce, bez biadolenia i „brzęczenia” dorosłych, bez nakazów i zakazów… jednocześnie dzieciaki muszą zacząć radzić sobie same, a nawet walczyć o przetrwanie. Podczas czytania nasuwała mi się w tym momencie jedna myśl, a mianowicie, żeby młodzi czytelnicy postawili sobie pytanie: czy rzeczywiście będzie tak fajnie bez dorosłych, kiedy samemu trzeba będzie martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, kiedy samemu trzeba będzie rozwiązywać wszystkie problemy, kiedy do władzy dorwą się dzieciaki, które wykorzystując nową sytuację zapragną zaprowadzić własne rządy? Czy rzeczywiście bezwzględny, ale charyzmatyczny i stanowczy Cain to idealny przywódca? Czy dzieciaki, pójdą za jego głosem, czy przejrzą na oczy i będą próbowały mu się przeciwstawić? Do poznania prawdy dąży główny bohater, Sam – ale czy uda mu się wyjaśnić zagadkę tajemniczych zniknięć? Czas leci nieubłaganie do przodu, a on sam będzie niedługo miał 15-te urodziny… Czy i on zniknie, tak jak inni mieszkańcy? Tych i innych wątpliwości oraz pytań nasuwa się podczas lektury bardzo dużo, na wszystkie znajdziecie odpowiedzi w książce, którą – muszę to szczerze przyznać – czyta się dosyć szybko. Autor bardzo sprawnie łączy wiele różnych wątków, stopniuje napięcie, sprawiając, że nie możemy się oderwać od czytanego tekstu, często zaskakuje nas niebanalnymi rozwiązaniami, ale w pewnym momencie ja osobiście poczułam przesyt – tak jakby trzymana przeze mnie książka była zbyt małym opakowaniem na to, co autor chciał nam przekazać .

Gone to pierwsza książka z gatunku sciene-fiction, którą przeczytałam, do tej pory zawsze coś innego wpadało mi w ręce – teraz już wiem dlaczego… Jest to z pewnością książka dla młodych czytelników, którzy na pewno bardziej bezkrytycznie podchodzą do czytania, nie czepiają się szczegółów, tym bardziej, że fabuła dotyczy przecież nastolatków – to o nich i ich problemach w nowym fantastycznym, zmutowanym świecie pisze Grant.
Faza I: Niepokój
Autor
: Michael Grant
Wydawnictwo:Jaguar , Wrzesień 2009

ISBN:978-83-60010-96-9
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Język oryginału: angielski
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka

środa, 21 października 2009

Dym się rozwiewa - Jacek Milewski

Dym się rozwiewa to niezwykła książka o Cyganach w Polsce. To tegoroczna laureatka nagrody im. Beaty Pawlak - właśnie ją przeczytałam i muszę powiedzieć, że zgadzam się ze stwierdzeniem o niezwykłości tej książki w 100 procentach i niniejszym uznaję przyznanie nagrody dla autora "Dymu..." za zasadne. Dlaczego? - zapytacie... Żeby to zrozumieć, potrzebne są dwie rzeczy - po pierwsze trzeba przeczytać "Dym się rozwiewa" - książkę pełną kolorów i emocji, tętniącą życiem współczesnych Cyganów w Polsce i na emigracji, a po drugie - trzeba też wiedzieć, kto zacz Beata Pawlak i co to jest ta nagroda firmowana jej imieniem – „przyznawana jest od 2003 roku za tekst na temat innych kultur, religii i cywilizacji opublikowany w języku polskim w okresie od 1 lipca poprzedniego roku do 30 czerwca br. W ten sposób wypełniana jest ostatnia wola Beaty Pawlak, dziennikarki i pisarki, która 12 października 2002 zginęła w zamachu terrorystycznym na indonezyjskiej wyspie Bali. Ustanowiony Jej testamentem i noszący Jej imię Fundusz, powierzony został Fundacji im. Stefana Batorego. Fundatorem Nagrody im. Beaty Pawlak w 2006 roku jest Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”.” (tekst zaczerpnęłam stąd). Ja z kulturą cygańską zetknęłam się po raz pierwszy jeszcze w liceum, kiedy to w ramach projektu na język polski przedstawienia autora i jego dorobku literackiego nie znanego w szerokich kręgach natrafiłyśmy z moją przyjaciółką na wiersze Papuszy, po polsku Bronisławy Wajs, cygańskiej poetki - wróżki ; jej wiersze-pieśni zachwyciły nas bardzo, przedstawienie projektu okazało się wyśmienite, wzmianka o naszej pracy znalazła się nawet w lokalnej prasie - ale tak naprawdę zaraz o Cyganach zapomniałyśmy - życie toczy się dalej...

Jacek Milewski opisuje w swojej książce ludzi, których tak naprawdę nie znamy - Cyganów. Owszem, widujemy ich od czasu do czasu tu i ówdzie, czasami coś się o nich zasłyszy, ale z reguły są to przeważnie informacje tylko podkreślające i ugruntowujące istniejące już stereotypy. Pamiętam, że jako dziecko strasznie bałam się wędrujących od domu do domu Cyganek - wróżbitek, co to rzekomo "porywają dzieci, żeby w lesie..." - ech, szkoda gadać - do kompletu dziecięcych strachów z tamtych lat dodam jeszcze czarną wołgę - pamiętacie? Pamiętam też , jak z nosem przyklejonym do szyby przejeżdżaliśmy przez jakieś miasteczko i z zapartym tchem podziwialiśmy dom cygańskiego króla - zameczek, z wieżyczkami, basztami, ze złotymi szprosami w oknach, z w miarę zadbanym trawnikiem przed tym zameczkiem - ot, namiastka czegoś bajkowego, nieznanego - pamiętam też, że nigdy nie znałam nikogo, kto by się z Cyganami przyjaźnił, zresztą w moim rodzinnym mieście nigdy ich nie było "na stałe" - zawsze skądś przyjeżdżali...Takie to były czasy... Co się zmieniło do dnia dzisiejszego? Wydaje mi się, że jesteśmy inni niż pokolenie naszych rodziców, bardziej tolerancyjni i otwarci na inność, inne obyczaje i kulturę - i że w przełamaniu naszych wieloletnich uprzedzeń może nam doskonale pomóc Jackowa opowieść o świecie ostatnich prawdziwych Cyganów. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak się uśmiałam z żartu prima-aprilisowego Błondunia, albo z historii o tym, jak jeden Cygan chciał spędzić kilka dni z rodziną na campingu. Z 80-cioosobową rodziną. Wzruszyły mnie opowieści o cygańskich „srebrnopalcych” muzykach, śpiewających „tak jakoś nie zawsze do końca”, zawodzących gzieś z głębi duszy taką muzykę, że nawet wielcy tego świata przystawali przed nimi zasłuchani; muzykę, z którą piosenka przychodząca nam na myśl, gdy mowa o muzyce cygańskiej, „Ore, ore, szabadabada…” niewiele ma wspólnego. Ot, powstała na potrzeby rozrywki masowej i nie wiadomo jakiego show businessu. Albo historia o trudnościach, z jakimi boryka się samotna Cyganka z czwórką dzieci, bo mąż pijak siedzi w więzieniu, a pomocy jakowejś znikąd nie widać – tak samo chwytająca za serce.

W bardzo interesujący sposób przedstawił Jacek Milewski sprawę imion cygańskich. Czy wiedzieliście, że każdy Cygan ma w dokumentach, na potrzeby gadźowskich urzędników i spraw polskie imię i nazwisko? I tak np. cygan o dźwięcznym imieniu Błondo to oficjalnie pan Malinowski. Zresztą o tych cygańskich imionach przeczytajcie sami:

"(…) I taki właśnie jest eklektyzm i dezynwoltura cygańskiej kultury, jeśli już jako przykład wzięliśmy imiona. Wsłuchując się w niektóre z nich, jacy bohaterowie książek i filmów (raczej filmów), jakie gwiazdy masowej wyobraźni musnęły, zostawiają swój ślad, cygańszczyznę. Oraz dokąd prowadziły cygańskie drogi. Ribana, Winnetou, Izaura; wybucha sierpień: Lechu; stan wojenny: Bujako, Ronald, Rambo, Konan; pada komunizm: Blejk, Kristel; palą się domy w Mławie: Arnold, Wandamo; Sasy [Niemcy] dają azyl: Helmut, Gerda; deportacja do Polski, potem ufni Angole: Megi, Dejwid, Brytania. No i Rikardo, Hoze, Manuel, Fabrycjo, Lucynda i Miranda, bo wielką siłę mają latynoskie seriale. A między nimi wszystkimi Platyna, Jaskinia, Rubin, Łakomo, Elemelek… Wreszcie Pudziano, bo chłopak, choć maleńki jeszcze, jest już bardzo silny. I na koniec: Kanapka.” [str. 13]

Dzięki lekturze Jacka Milewskiego, dym, który zasnuwał moje horyzonty już się rozwiał. Wiatr wiejący z dobrej strony nie przewiał jeszcze wszystkich zasiedziałych w mojej głowie utartych stwierdzeń, zlepków myślowych, ale dużo rozjaśnił...

Dym się rozwiewa
Autor:
Jacek Milewski
Wydawnictwo:Zysk i S-ka , Październik 2008
ISBN: 978-83-7506-247-2
Liczba stron:264
Wymiary: 125 x 195 mm

poniedziałek, 19 października 2009

Chat - Archer Mayor

O tym, że lubię czytać, już wszyscy wiecie – do niedawna sama nie wiedziałam, że lubię czytać kryminały – długi czas omijałam je – powiedzmy – szerokim łukiem. Kilka dni temu skończyłam kolejny – i na razie – po niniejszej recenzji - robię kryminałową przerwę – muszę poczytać coś innego, dość mam na jakiś czas książek, w których trup się ściele gęsto, a bohaterami są albo psychopaci sami, albo ci, którzy tych psychopatów ścigają.
„Chat” Archera Mayora to pierwsza książka tego autora, która została przetłumaczona na język polski i ukazała się na naszym rynku stosunkowo niedawno nakładem nowo powstałego Wydawnictwa AURUM. Ja osobiście zaliczyłabym ten kryminał do klasyki gatunku. Czyta się go dobrze, akcja wartko się toczy, a główne problemy, które porusza powinny wzbudzić zainteresowanie każdego współczesnego czytelnika: bezpieczeństwo rodzin policjantów oraz przestępczość internetowa (a konkretnie pedofilia) – są więc jak najbardziej na czasie i dotykają sfer życia, o których wszyscy coś wiedzą, ale tak naprawdę to nic konkretnego. Muszę przyznać, że rzadko obijają mi się o uszy informacje dotyczące tego, że np. skrzywdzono kogoś z rodziny policjanta – za udział w jakiejś akcji, za aresztowanie grubej ryby ze świata przestępczego; tak naprawdę, to nie wiem, czy takich informacji jest rzeczywiście bardzo mało, czy w natłoku innych doniesień o wydarzeniach z kraju i zagranicy nie zwracam na nie uwagi? A może dlatego tak się dzieje, bo nie jestem z rodziny policjantai problem nie dotyczy mnie bezpośrednio?

Inaczej rzecz ma się z wirtualną pedofilią – ten temat przywołuje u większości w pamięci obraz reklamy społecznej sprzed kilku lat, w której to dorosły facet w podkoszulku wystukuje na klawiaturze swojego komputera – czatując z jakimś dzieckiem - „cześć, mam na imię wojtek, mam 12 lat” (rzeczywiście przerażający to obraz) – w tej kwestii moja świadomość jest większa – mam dzieci, które uwielbiają komputer i internet (co zrobić, takie czasy...) - więc na własne potrzeby trochę poczytałam, poszukałam informacji, przede wszystkim z moimi córkami porozmawiałam o niebezpieczeństwach czyhających na nie w sieci (zresztą ich szkoły też podeszły do problemu poważnie – dzieci miały spotkania z pedagogiem szkolnym i psychologiem (był to cykl zajęć), na których symulowane były różne sytuacje i dzieciaki ćwiczyły, jak się zachować i co zrobić, a nam – rodzicom – omówiono problem na specjalnie zorganizowanym szkoleniu przy okazji wywiadówki). Nie, nie uważam że w ten sposób sprawa jest załatwiona – ale przynajmniej zostaliśmy na problem uczuleni, wskazano nam główne kierunki i przede wszystkim otwarto nam oczy na problem – WIELKI, jakby nie było.

W książce Archera pojawiają się zapisy z czatów, wydawać by się mogło, nie związane z żadną ze spraw – jak się jednak okazuje, mających kluczowe znaczenie dla śledztw prowadzonych przez Joe'ego Gunthera i jego zespołu. Poza tym na początku policja odnajduje zwłoki dwóch mężczyzn - bez dokumentów, bez widocznych śladów, które pomogłyby policji w wytropieniu sprawcy. Okoliczności obydwu smierci są podobne, policja musi się więc mocno nagłowić, co łaczy oba morderstwa: czy jest sprawka seryjnego zabójcy czy to tylko przypadek? Autor tak skonstruował fabułę swojej powieści, że praktycznie do końca trzyma ona w napięciu, kiedy to zostaje wyjaśniona główna zagadka.

Na uwagę zasługuje przedstawienie relacji pomiędzy bohaterami – bliskie więzy, serdeczne stosunki i wzajemny szacunek łączące głównego bohatera z matką i bratem. Co mi się szczególnie podobało, to to że powieść Archera łączy w sobie wątki kryminalne z obyczajowymi, z historią miłosną w tle.
Autor: Archer Mayor
Wydawca: Aurum Press
Numer wydania: II
Tłumaczenie: Opracowanie zbiorowe
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka

czwartek, 15 października 2009

Rozlewisko a nawigacja satelitarna...

Przeczytałam „Dom nad rozlewiskiem” po raz drugi – przyznaję się bez bicia. Lubię i już. I nie będę się rozwodzić nad walorami tej książki albo ich brakiem – nie na tym rzecz polega. W poniedziałek wieczorem szef zadzwonił do mnie, że o 2.00 w nocy wyjeżdżamy na targi do Kolonii, więc czasu na zastanawianie i wielkie książek wybieranie nie było wcale – wrzuciłam do torby kilka drobiazgów, a że akurat z Wydawnictwa przyszła paczka i książka leżała na wierzchu, spakowałam i ją na podróż. Jestem przekonana, że gdyby nie Kalicińska, to szału bym dostała zanim jeszcze dotarliśmy na miejsce. Dlaczego? Ano z powodu nawigacji satelitarnej. Jestem typem raczej nie przepadającym za nowinkami technicznymi, telewizja itp. mogłyby dla mnie nie istnieć, doskonale potrafię sobie wyobrazić życie bez komórki, ba! – dosyć często ją nawet gubię albo zostawiam w takich miejscach, że potem nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie jest, sygnał do maksimum ściszony, że nawet dzwonienie do samej siebie nie pomaga jej odnaleźć... no, jedyne, czego by mi brakowało, to mój komputer z nieograniczonym dostępem do Internetu – ale nawigacja w samochodzie to rzecz działająca mi na nerwy, zwłaszcza jeśli jedzie się do Niemiec, gdzie porządek wiadomo jaki, a drogi w tym porządku to są tak porządnie oznakowane, że naprawdę nie sposób zabłądzić, a zwłaszcza jeśli na dodatek zna się jeszcze niemiecki i umie czytać mapę i napisy na szyldach...

„przygotuj się – za 800 metrów – wjedź na rondo”
„ za 300 metrów – wjedź na rondo – zjedź pierwszym zjazdem w prawo”


Pojechaliśmy drugim w prawo...

„Zmieniam trasę...”

„Zmieniam trasę...”

Tak się tej trasy nazmieniała, że w końcu wyszło nam prawie 200 km więcej (miało być 800, zrobiliśmy do parkingu przed ANUGĄ dokładnie 1000 km i 300 m, jechaliśmy tam 11 godzin, a jak wysiadłam z samochodu, to nie mogłam kroku zrobić (no cóż, wiek średni dał mi się we znaki). Faktem jest, że kierowców było dwóch, wierzących w nawigację oczywiście – w nawigację, która nie potrafi odczytać tablicy informującej o robotach drogowych i objeździe – mnie nikt o zdanie nie pytał, więc czytałam sobie spokojnie „Dom nad rozlewiskiem”, a z urządzenia przyklejonego do przedniej szyby samochodu płynął niczym nie zmącony, jednostajny kobiecy głos: „zmieniam trasę...”
Po raz pierwszy do przeczytania „Domu nad rozlewiskiem” zachęciła mnie siostra – nasz rodzinny mól książkowy, wręczając mi swój egzemplarz ze słowami „I mnie, i mamie bardzo się podobała”. Wzięłam i ... wetknęłam między inne „ciekawe” książki, bo czasu na czytanie w owym czasie nie miałam w ogóle. Dom, ogród, trzy córcie (Najmłodsza dopiero co się urodziła) – każdą wolną chwilę wykorzystywałam wtedy na ... spanie. To było dokładnie 2 lata temu...
Nie pamiętam, jak długo czytałam „Dom...” za pierwszym razem – stało się to bardzo szybko i żal mi było, że już się kończy. I nie miało dla mnie znaczenia, że być może (a może raczej na pewno) nigdy nie wejdzie do kanonu literatury polskiej, że nie jest tą literaturą przez wielkie L, ani książką przez wielkie K. Ja Przeczytałam ją... po kilku latach nieczytania spowodowanego różnymi czynnikami - od budowy domu, poprzez pracoholiczne podejście do wykonywanej pracy, na ciąży z Najmłodszą kończąc... Tym razem, w trakcie wtorkowego wyjazdu do Niemiec, Kalicińska okazała się ponownie strzałem w przysłowiową dziesiątkę - nie byłabym w stanie skupić się na poważniejszej literaturze, a ta stworzona przez bardzo kontrowersyjną ostatnio autorkę pozwoliła mi na całkowite "wyłączenie się" z akcji. W przeciwnym razie zapałałabym chęcią zamordowania kobiety o beznamiętnym głosie informującym o skręcie w lewo albo o zmianie trasy...
Dziś wieczorem kończę "Powroty nad rozlewiskiem". I podobają mi się tak samo jak pierwsza część, i nie przeszkadza mi brak głebokich przemyśleń ani jeszcze głębszej psychologii. I tak dalej będę obstawać przy swoim stwierdzeniu - że kto uważa, że jest to książka płytka albo powierzchowna - zawsze ma wybór ... po prostu nie czytania jej. Dla mnie ona zawsze będzie ważna - dzięki Kalicińskiej wróciłam do grona moli książkowych, czy to się komuś podoba, czy nie...

„Norweski Wieczór z Sagą Sigrun”

W czwartek, 22 października o godz. 19.00 w warszawskim Teatrze Kamienica (Al. Solidarności 93, Piwnica Warsza) odbędzie się „Norweski Wieczór z Sagą Sigrun”. Elżbiecie Cherezińskiej, autorce Sagi Sigrun, towarzyszyć będą Magdalena Gauer, Joanna Laprus-Mikulska – moderatorki spotkania, oraz Justyna Sieńczyłło, interpretująca fragmenty książki. W programie spotkania m.in. rozmowa o dawnej i współczesnej Norwegii – jej naturze, klimacie oraz mentalności mieszkańców. Zaprezentowane zostaną kopie wczesnośredniowiecznej norweskiej sztuki użytkowej, odzież i biżuteria. „Norweski wieczór z Sagą Sigrun” urozmaicą prezentacje multimedialne, m.in. film Radosława Piwowarskiego oraz zdjęcia Edyty Szałek i Thomasa Gudbrandsena.

Saga Sigrun to pierwszy tom cyklu „Północna droga”, wyjątkowa książka przenosząca czytelników do Skandynawii X wieku, obrazująca obyczajowość i kulturę Wikingów, a po odrzuceniu kostiumu historycznego portretująca również współczesnych Norwegów.


Historia wdzierająca się w hermetyczny świat norweskich fiordów, chrześcijaństwo widziane przez pryzmat skandynawskich pieśni (dr Remigiusz Ciesielski, historyk, kulturoznawca)


…tętniąca energią życia wytrawna i porywająca narracja, wysmakowany wizerunek psychologiczny postaci, niezwykła uroda detalu (Magdalena Gauer, literaturoznawca)

...surowy norweski krajobraz, fiordy, zapach morza, długie i mroźne zimy, upór i duma ludzi tam żyjących (brulionbeel.blox.pl)

Na „Norweski Wieczór z Sagą Sigrun” zaprasza Zysk i S-ka Wydawnictwo, Teatr Kamienica oraz patroni medialni książki: miesięczniki „Bluszcz”, „Notes Wydawniczy”, „Wróżka” i portal Wirtualna Polska
.

środa, 14 października 2009

Nagroda im. Beaty Pawlak przyznana

W poniedziałek, 12 października 2009 w siedzibie Fundacji Batorego kapituła Konkursu o Nagrodę im. Beaty Pawlak ogłosiła nazwiska tegorocznych laureatów. W tym roku zdecydowano docenić wieloletnie zaangażowanie i trud w przybliżaniu „innych cywilizacji”. Jak czytamy w uzasadnieniu werdyktu - Dym się rozwiewa to niezwykła książka o Cyganach w Polsce. Pełna kolorów i emocji. Autor nie pamięta o politycznej poprawności, my zapominamy o stereotypach. (Po tej książce Cygan przestaje być tylko „panem z patelnią”). Milewski opisał nieznany świat, który jest tuż, obok, na wyciągniecie ręki. Opisał ludzi, którzy ten swój świat chronią, ukrywają przed nam, więc budzą lęk, niepokój. Gdy „dym się rozwiewa” widzimy… sąsiadów - oglądających seriale, pijących piwo, odprowadzających dzieci do szkoły... Ale widzimy też rzeczy, które nas szokują, np. wydawanie za mąż trzynastoletnich dziewczynek.


Jacek Milewski dzieli się z nami tym co zobaczył, czego sam się dowiedział, pracując przez 16 lat jako nauczyciel i dyrektor szkoły dla Romów w Suwałkach.


Dym się rozwiewa to pozycja, po którą z pewnością trzeba sięgnąć. Ja już ją wpisałam na moją listę książek do przeczytania, bo - prawdę powiedziawszy - o Cyganach, przepraszam, o Romach żyjących w Polsce niewiele wiem, moja wiedza na ich temat nie wykracza poza utarte stereotypy. Zgadzam się z tezą, że to co nieznane budzi lęk i niepokój, a że bać się nie lubię, to poznam, co ma na ten temat do powiedzenia młody pan Milewski.


W tym roku przyznano dwie równorzędne nagrody, druga trafiła w ręce Maxa Cegielskiego za książkę Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu.
Zgłębiając Orient, Max Cegielski tym razem pojawia się u jego bram – w Stambule. Jest to miasto wyjątkowe: było stolicą dwóch wielkich imperiów, centrum cywilizacji świata chrześcijaństwa wschodniego i islamu oraz wielokulturowym tyglem, w którym przez wieki współżyli Turcy, Ormianie, Grecy, Żydzi i Romowie. Cegielski w prastarych murach i kamienicach odnajduje zupełnie nową treść – widzi dynamicznie rozwijające się centrum tureckiego kapitalizmu. Schodzi z „wytartych” przez turystów i orientalistów szlaków, by z wielu narracji mieszkańców miasta – od radykalnych lewicowców i feministek zaczynając na konserwatywnych sunnitach kończąc – stworzyć jego złożony obraz. Stambuł Maxa Cegielskiego jest zupełnie inny niż ten z sentymentalnego portretu nakreślonego przez Pamuka. Wolny jest od stereotypów utrwalanych przez lata w pismach Pierre’a Lotnego, Edmunda de Amicisa, Alphonse’a de Lamartine’a czy François-René Chateaubrianda. Stambuł to miejsce, gdzie blizny po reformach Atatürka i krwawych rządach armii są nadal świeże w ludzkich umysłach, a przepaść dzieląca biednych i bogatych widoczna jest na każdym kroku. To zbiór wzajemnie wrogich tożsamości – tureckiej, kurdyjskiej, alewickiej, świeckiej, sunnickiej – które łączy silna nić wspólnych ekonomicznych korzyści i siłowo ujednolicany przez post-kemalistowskie elity władzy.

Jesienna plucha za oknem, u niektórych zima, bo gdzieniegdzie napadało śniegu, można więc udać się z Maxem Cegielskim w podróż - przyjemną o tej porze roku - leżąc wygodnie na kanapie i z książką w ręku oraz kubkiem gorącej aromatycznej herbaty.

poniedziałek, 12 października 2009

We mgle wrześniowej - Stanisław Zieliński

Czy głupio zabrzmi stwierdzenie, że cieszę się, że nie przyszło mi żyć w tamtych czasach? Że nie musiałam walczyć, że teraz mogę o tym wszystkim poczytać w zaciszu mojego domu, o tamtym wrześniu i o ludziach, którym przyszło stanąć do walki? Czy jestem egoistyczna myśląc w ten sposób?
Dobrze czytało mi się zbiór opowiadań Stanisława Zielińskiego pt. „We mgle wrześniowej”, opisujących wydarzenia z września 1939 r. II wojna światowa to mój konik. Mogę czytać książki o tej tematyce jedna po drugiej. Większość z nich ma charakter dokumentu, czasami lepszego, czasami gorszego, ale raczej wiernie opisującego dramat wojennej zawieruchy. Stanisław Zieliński, uczestnik kampanii wrześniowej 1939 jako młody podchorąży, opisuje tamte wydarzenia. Przygotowania do mającej nadejść lada chwila wojny, chęć walki ale przy jednoczesnym barku uzbrojenia i wyposażenia, niedociągnięciach szkoleniowych i barku odpowiedniej kadry, wiara, a zaraz potem zwątpienie w pomoc naszych wielkich europejskich sojuszników - tym bardziej spodobało mi się w tych opowiadaniach, że tyle w nich humoru, tyle zabawnych sytuacji; że żołnierze, mimo trudnych warunków polowych potrafią z siebie żartować i dostrzegają również te bardziej kolorowe, zabawne aspekty życia. I prawdą jest, co wydawca napisał na okładce: „Konfrontacja wcześniejszych doświadczeń wojskowych – manewrów i gier taktycznych z prawdziwą wojną okazuje się bolesna, ale autor potrafi też dostrzec komiczność niektórych sytuacji” – dzięki temu czyta się „We mgle wrześniowej” z przyjemnością – nie epatuje ze stron książki nastrój wojennych dramatów i pożogi, cierpienie i ból, choć i o nich autor w swych opowiadaniach pisze, albowiem to one stanowią istotę jego wojennych przeżyć. Już kiedyś pisałam, że o swoich wojennych doświadczeniach każdy, kto ją przeżył, opowiada inaczej. Inna jest relacja o II wojnie światowej u Kertesza, inna u Nałkowskiej, u Zusaka – inna jest też u Zielińskiego. Każdy ma swój sposób patrzenia na okrucieństwa wojny i opowiadania o nich...



We mgle wrześniowej
Autor: Stanisław Zieliński
Wydawnictwo:Zysk i S-ka

Wrzesień 2009
ISBN:978-83-7506-330-1
Liczba stron:190

niedziela, 11 października 2009

Dla wszystkich wielbicieli Mikołajka...

Wspaniała zapowiedź dla wszystkich, którzy kochają Mikołajka i jego kolegów - obżartucha Alcesta, pupilka naszej pani Ananiasza, zarozumiałego Rufusa, rozdającego fangi w nos Euzebiusza, ich nauczyciela Rosoła i innych - czyli dla mnie i dla moich dziewczyn

KALENDARZ NA ROK 2010

Jedyna w swoim rodzaju książka, w której każdy miesiąc poświęcony jest innemu bohaterowi, od Rosoła do Buni. Książka pełna rysunków Sempégo i prześmiesznych tekstów Goscinny'ego, a także mnóstwa praktycznych informacji, z miejscem na notatki (lub odrabianie mikołajkowych zadań domowych) i zupełnie wyjątkową listą imienin.

Mikołajkowy kalendarz to kolorowa, pięknie wydana i wysmakowana książka dla wszystkich fanów Mikołajka, a także dla poszukiwaczy oryginalnych kalendarzy.

Ja znalazłam prezent gwiazdkowy dla mojej Wiktorii :-)

Tytuł: Mikołajek. Kalendarz 2010

Autor: René Goscinny, Jean-Jacques Sempé
Data wydania: październik 2009
Wydawca: Znak
Liczba stron: 176
ISBN: 978-83-240-1257-2
Wymiary: 17,0x22,0 cm

Literacka Nagroda Nobla 2009

za rozliczenie z komunistyczną dyktaturą





Tegoroczny literacki Nobel dla Herty Muller - jednej z najwybitniejszych postaci współczesnej literatury niemieckiej - urodziła się w rumuńskim Banacie. Dzieciństwo i młodość spędziła w kraju komunistycznej dyktatury. Tam rozpoczęła się jej kariera literacka, szybko przerwana zakazem publikacji. Prześladowana przez władze, wyemigrowała do Niemiec. Zdobyła uznanie na arenie międzynarodowej, o czym świadczą liczne przekłady oraz nagrody.
Nie znam jej, nie czytałam jeszcze niczego, co spod pióra tej autorki wyszło - dla mnie kolejny znak, ile to jeszcze do nadrobienia w moim czytaniu...
W Polsce wydano następujące tytuły noblistki:
1. Sercątko, przeł. Alicja Buras, 2003
2. Dziś wolałabym siebie nie spotkać, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2004
3. Lis już wtedy był myśliwym, przeł. Alicja Rosenau, 2005
4. Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2005
5. Niziny, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2006
6. Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, przeł. Katarzyna Leszczyńska,2006
7. Głód i jedwab, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2008

Jońska misja - Patrick O'Brian

Okazuje się, że moja czytelnicza dobra passa trwa (poza wyjątkiem kilka godzin temu opisanym), czyli trafiają mi się same dobre rzeczy do czytania: "Jońska misja" Patricka O'Briana to kolejna już jego powieść (doliczyłam się ich sztuk 9 - wydanych na polskim rynku wydawniczym) z serii 21 powieści o tematyce marynistycznej, (te w języku polskim zostały wszystkie wydane przez poznańskie Wydawnictwo Zysk i S-ka). Bodajże najbardziej znany tom cyklu z racji wspaniałej ekranizacji w reżyserii Petera Weira, z rewelacyjnymi rolami głównymi Russella Crowe'a i Paula Bettany'ego - "Pan i władca: Na krańcu świata" zupełnie umknął mojej uwadze - bo nazwyczajniej w świecie filmu nie widziałam, ba! - dostając "Jońską misję" do rąk nawet nie przypuszczałam, że jest to kolejny tom cyklu opowieści o brawurowych przygodach kapitana Jacka Aubrey'a i jego przyjaciela lekarza okrętowego Stephena Maturina, weteranów wielu bitew, przyjaciół na dobre i złe, na lądzie i morzu. Książkę połknęłam w kilka dni, nie zważając na protesty mojej rodziny: znów tylko parówki na obiad, znów coś niewyprasowane, znów chleb nieodebrany ze sklepu... A niech tam - chciałam przeczytać za wszelką cenę, bo po raz pierwszy miałam do czynienia i z autorem (pisze w niesamowity sposób o morskim, czyli męskim sposobie na życie, o męskich "poważnych" zabawach: w wojnę, w pościgi, w wojskowe manewry na morskich akwenach), i z jego bohaterami (jest ich wielu i wszyscy nakreśleni jako bardzo wyraziste postaci), i z tego typu literaturą - powieścią historyczną o tematyce marynistycznej. To moje "Jońskiej misji" czytanie zakończyło się tym, że może i wilkiem morskim nie zostanę, ale tak teraz rozsmakowałam się w morskich klimatach, że powieść O'Briana to książka na bardzo dobry początek znajomości z tym gatunkiem literatury. A jeśli dodać do tego, że czytając o tych przygodach, można sobie Jacka wyobrażać tak, jak bohatera wersji filmowej, to nie mam zupełnie nic przeciwko...



O autorze:

Patrick O'Brian, właśc. Richard Patrick Russ (ur. 12 grudnia 1914 w Chalfont koło Londynu, zm. 2 stycznia 2000) – pisarz i tłumacz angielski niemieckiego pochodzenia. W czasie II wojny światowej pracował w angielskim wywiadzie.
Największą sławę zyskał jako autor serii powieści marynistycznych, których bohaterami są Jack Aubrey i Stephen Maturin. Na język polski jego powieści przekładał pisarz Marcin Mortka (począwszy od HMS "Surprise", pierwsze dwa tomy przełożył Bernard Stępień).



A poniżej kilka innych książek o morskich przygodach Jacka Aubrey'a - na pewno nie od razu, ale z czasem sięgnę po kolejne tomy, tym bardziej, że każdą z części cyklu można czytać jako osobną historię - są ze sobą powiązane, ale nie tworzą spójnej całości wymagającej czytania chronologicznego.




Autor: Patrick OBrian
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: MORSKIE OPOWIE
Liczba stron: 488
Format: 195 mm x 125 mm x 28 mm
ISBN: 9788375063530
Rok wydania: 2009

Eine himmlische Liebe (Miłość Peonii) - Lisa See

Rzadko zdarza mi się niedoczytać. Rzadko poddaję się tej czytelniczej niemocy, która powoduje jakąś blokadę w mojej głowie i we mnie. Rzadko się poddaję - z reguły czytam do końca, bo nawet jeśli coś mi się nie podoba, to chę wiedzieć, dlaczego; jeśli coś mnie złości, wywołuje niesmak czy inne tym podobne - to naprawdę sięgam dna prawdy. Ale tym razem się nie udało...

Prawdę mówiąc spodziewałam się Bóg wie czego - po lekturze "Kwiatu Śniegu i sekretnym wachlarzu", który był moim zdaniem rewelacyjny, "Miłość Peonii" okazała się dla mnie trochę za... płaska. Dostałam tę książkę od mojej przyjaciółki z Niemiec - pomyślałam więc, że problem jest z natury tych językowych. Wypożyczyłam więc polskie wydanie z biblioteki. I NIC... Nie mogę. I wstawiam z powrotem na półkę. W tej chwili nie mam nawet nadzieji, że może kiedyś...


Niemniej cieszę się jednak, że wreszcie zniknie ta książka z mojego stolika nocnego, a jej miejsce zajmie całkiem przyjemny stosik książkowy przygotowany specjalnie na jesienne dni i wieczory.

sobota, 10 października 2009

Czyste cięcie - Theresa Monsour


Coś ostatnio mam szczęście do dobrej literatury - naprawdę. Co mi nie wpadnie w ręce, okazuje się dobre. W przypadku "Czystego cięcia" powiedziałabym nawet, że bardzo dobre.

Paris Murphy, sierżant z wydziału zabójstw St. Paul, łączy w sobie libańską egzotykę i irlandzki urok. Jest odważna, zabawna i obdarzona intuicją. Musi zmierzyć się z poważnymi wyzwaniami: zawodowe to seria zabójstw, którą rozpoczyna morderstwo prostytutki nad brzegiem Missisipi, a prywatne to jej małżeństwo z Jackiem. Dr Michaels to człowiek bezwzględny, perfekcyjny i złożony. Dręczą go koszmary z dzieciństwa i katolickie poczucie winy. Ma nieskazitelną opinię i jest szanowany w swoim środowisku. Paris i jej partner Gabe Nash nie mogą potwierdzić swoich podejrzeń. Czas ucieka. Jeśli nie uda im się zebrać twardych dowodów, morderca uderzy ponownie... Czy policjantom uda się powstrzymać nieobliczalnego doktora?

Prawdę powiedziawszy nota wydawcy jest niewiele mówiąca i niezbyt zachęcająca – dlatego ją przytoczyłam. Ot, typowy tekst, który można spotkać na okładkach co drugiego kryminału, co to ani nie zaszkodzi, ani za wiele zdziała... No właśnie – książka jest tak dobra, że wielu z Was mogłoby obok niej przejść w księgarni obojętnie – dlatego spieszę z moją recenzją, aby tak się nie stało.

Podczas czytania – jako, że ostatnio trochę się kryminałów naczytałam (mam na myśli niejakiego Mankella) – siłą rzeczy nie obyło się bez porównań z pewnym mężczyzną, który się uśmiechał – u Theresy Monsour sprawca – doktor Michaels - też jest szanowanym obywatelem, też jest bardzo wpływowy i ma pieniądze oraz koneksje, aby policji się wywinąć. O jego obrzydliwej zbrodni dowiadujemy się w pierwszym rozdziale , przy czym nieubłaganie nasuwa się pytanie: „i co będzie dalej, skoro już wiemy kto jest mordercą i dlaczego to zrobił?” Okazuje się, że autorka kreśli na następnych stronach doskonały portret psychologiczny, nie tylko mordercy, ale i tropiących go policjantów – pięknej Murphy i stanowczego Gabe’a. Są partnerami i wspólnie próbują rozwiązać zagadkowe morderstwa i zebrać dowody – o winie swojego podejrzanego są w stu procentach przekonani, chodzi w zasadzie tylko o to, aby mieć w ręku niepodważalny dla ławy przysięgłych dowód na dokonanie przestępstwa.
A główny podejrzany, doktor Michaels? Zachowuje się jak legendarny doktor Jekyll i pan Hyde z noweliRoberta Louisa Stevensona z 1886 roku – pamiętacie tę historyjkę o londyńskim lekarzu wcielającym się nocą w swoje drugie wcielenie - pana Hyde’a - po wypiciu specjalnego eliksiru? Michaels podobnie - w pracy opanowany i czarująco przystojny chirurg plastyk – perfekcjonista, wcielający się wieczorami w równie przystojnego, ale bezwzględnego oprawcę, z tą różnicą, że jego eliksirem jest dobra szkocka whiskey: „- Już nawet nie pamiętam, który jest dzień – szepnął. Wyciągnął się płasko na plecach, chwycił poduszkę, przycisnął ją do piersi, i wpatrzył się w sufit. Jego podzielone na oddzielne sekcje życie zaczynało się walić w gruzy. Zabójca i lekarz, mąż i gwałciciel, katolik i heretyk mieszali się ze sobą jak paleta akwareli pozostawiona na deszczu.” [str. 204]


Bardzo podoba mi się też sam sposób narracji autorki - ciekawy, stosunkowo lekki, nie rozwlekający się niepotrzebnie, a trafne puenty i wyszukane porównania tylko potęgują przyjemność czytania i trzymają w napięciu od pierwszej do ostaniej strony. Moim zdaniem pani Monsour trafiła "Czystym cięciem" w dziesiątkę - aż trudno uwierzyć, że to jej debiutancka powieść.

Moja ocena: 5/6

Czyste cięcie
Autor:
Theresa Monsour
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Aurum , Wrzesień 2009
Seria: Seria Kryminalna
ISBN: 978-836-1867-029
Liczba stron: 304
Wymiary: 145 x 205 mm

niedziela, 4 października 2009

Niebawem w księgarniach...



Fotobiografia
Zofia Turowska przedstawia Zofię Nasierowską, "fotografkę boską", jak nazwał ją Melchior Wańkowicz, artystkę i dokumentalistkę, która z aparatem w ręku potrafiła sprostać zmianom i przeciwnościom, odnieść imponujący sukces zawodowy i jednocześnie harmonijnie ułożyć wspólnotę małżeńską. To ilustrowana opowieść o życiu wielokrotnie spełnionym.












Dzięki książce "Zaginione światy" docieramy dalej niż samolot, nie opuszczając własnego fotela. Zupełnie jakby szybując w snach, można ujrzeć Atlantydę oraz Camelot i ponownie uwierzyć w jednorożce. To książka dla ludzi bez względu na wiek, która budzi dziecko tkwiące w każdym z nas i spełnia nasze dorosłe fantazje. Wyróżniamy dwa rodzaje zaginionych światów: takie, które odeszły w przeszłość, zostały pogrzebane i zapomniane, na przykład Mohendżo Daro, oraz inne, które istnieją nadal w zbiorowej wyobraźni, jak Atlantyda i Camelot. Każdy świat mówi nam o tym, skąd pochodzimy, w sensie fizycznym i duchowym. A niektóre krainy należą do obu wspomnianych kategorii. Bywają światy zaginione, czyli takie, których nie odnaleziono. Niewidoczne, zatopione w głębinach oceanu, położone na niedostępnych szczytach lub zagrzebane w środku ziemi, znajdują się poza naszym zasięgiem. Naturalnie muszą pozostać ukryte, bo inaczej straciłyby cały swój urok i czar. Nie są żadnym konkretnym miejscem w świecie, lecz symbolizują naszą tęsknotę za owymi fantazyjnymi lądami, gdzie wszystko jest doskonałe. W taki sam sposób po zaginionych cywilizacjach pozostają opowieści, przekazywane w postaci legend, lub przedmioty kultury materialnej, które wyłaniają się podczas badania przeszłości.


Marlene
Prawie osiemnaście miesięcy po śmierci Marleny Dietrich do Berlina trafia 25 ton rzeczy będących wcześniej jej własnością. Są wśród nich szmaty do podłogi, rolki papieru toaletowego i niedopałki, a także egzotyczne ptasie pióra szmuglowane przez granice, bo zakazane ze względów ekologicznych... Jest też notes. Czerwony, niewielki, siedem i pół na jedenaście i pół centymetra. Na ostatniej stronie pod napisem "Pologne, Poland" kilka polskich nazwisk. Wśród nich: Zbigniew Cybulski.Gdy zimą 1964, a potem w 1966 roku Marlena Dietrich przyjechała z koncertami do Polski, było to dla brudnoszarego, kolejkowego PRL-u zetknięcie ze zjawiskiem tak luksusowym i egzotycznym, że nie miało znaczenia nawet to, że gwiazda jest po sześćdziesiątce, pod suknię zakłada specjalistyczny kostium wyszczuplający i pozwala się fotografować tylko z jednej strony. Przyjmowano ją entuzjastycznie jako tą, która zwróciła się przeciw faszyzmowi. Tymczasem przez dużą część Niemców traktowana była ciągle jako nikczemna zdrajczyni i dawano tej opinii publiczny wyraz.Angelika Kuźniak pisze historię żywą, bogatą i w całym tego słowa znaczeniu zakulisową. Daje czytelnikowi do rąk kalejdoskop, w którym wrażenia fotografów i konferansjerów, wspomnienia przyjaciół, wpisy z ostatnich, nigdy niepublikowanych dzienników Dietrich, zapiski o pogodzie i kursach walut oraz artykuły prasowe układają się w coraz ciekawsze i barwniejsze obrazy, dla których ważnym tłem jest powojenna historia Europy. Dzięki temu dostajemy narysowany z pasją dokumentalisty portret niezwykłej kobiety i niezwykłego czasu. "Portret Marleny Dietrich pióra Angeliki Kuźniak jest barwny, krwisty i pełen sprzeczności. Czyli prawdziwy." Agata Tuszyńska"Książka łączy dwie cechy pozornie sprzeczne - jest bezlitosna w tropieniu faktów, a jednocześnie pełna zrozumienia dla bohaterki, która jest człowiekiem z krwi i kości, chociaż kreuje się na nieskazitelne zjawisko w łabędzim puchu. A opisy rzeczywistości politycznej, społecznej i kulturalnej, mające wielką wartość poznawczą, godne świetnego reportera, łączą się z wątkami scenicznymi i prywatnymi w sposób, który z zwykle określamy słowami "to się czyta"." Małgorzata Szejnert .


Mój Znak O Noblistach Kabaretach Przyjaźniach Książkach Kobietach
Niepowtarzalne opowieści o mistrzach literatury na pięćdziesięciolecie Znaku.
„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”. W ten sposób w 1982 roku rozpoczęła się podróż Illga z wilczym biletem w ręku, która zakończyła się w wydawnictwie Znak, gdzie jest redaktorem naczelnym. Mój Znak to osobista opowieść nagrodzonego przez los szczęściarza, któremu w czasie niemal trzydziestu lat pracy dane było spotkać i zdobyć przyjaźń pisarzy, poetów i wydawców tworzących kulturalną panoramę Europy.
Co to jest tajemniczy „Turniej garbusów” Miłosza? Jak Szymborska upiła żmudzkiego niedźwiedzia? Którego koszykarza NBA podziwiał Barańczak? Co sądził ksiądz Tischner o damskiej garderobie? Iloma głosami mówi Bronisław Maj? Illg kreśli prywatne, serdeczne portrety takich postaci, jak Josif Brodski, Seamus Heaney, Norman Davies, Leszek Kołakowski czy Ryszard Kapuściński, w sposób, w jaki nie mógłby tego zrobić nikt inny - tych podróży, spotkań, rozmów, nocy pełnych whisky i poezji nie filmowały kamery, nie było przy nich dziennikarzy. Mój Znak to wyjątkowe wspomnienia pełne humoru i energii - tak jak występujący w nich bohaterowie .



Lawendowy pył to pasjonująca saga rodzinna napisana przez babcię, matkę i wnuczkę, które są najstarszymi córkami w ostatnich trzech pokoleniach. To powieść będąca zarazem kroniką rodzinną sięgającą korzeniami początków XIX wieku.Na tle dziejów wspólnie z autorkami cieszymy się z nowej sukienki na bal, narodzin dzieci, przeżywamy zesłanie głowy rodziny na Syberię. To wyprawa w głąb pamięci, świadectwo epoki i niełatwych wyborów To bodaj pierwsza kronika rodzinna pisana wyłącznie przez kobiety i to w dodatku najstarsze córki z kolejnych 6 pokoleń. Nie ma tu miejsca na tani sentymentalizm. Bohaterowie z krwi i kości są targani prawdziwymi uczuciami i namiętnościami Kobiety w zetknięciu z burzliwą historią- powstanie, dwie wojny, okupacja niemiecka i radziecka ; musiały być twarde niczym skała i dokonywać najtrudniejszych Aż po nasze czasy, w których życie stawia inne wyzwania.



Bohaterką ksiąg ortografii i gramatyki jest nauczycielka Lamelia Szczęśliwa. Lamelia mieszka w dużym domu z kolorowymi okiennicami i trzema kominami, przy ulicy Krzywej 13. Jej najlepszym przyjacielem jest szczygieł. Lamelia Szczęśliwa jest najlepszą specjalistką od gramatyki i ortografii w mieście. Warto zajrzeć do niej, jeśli się nie jest pewnym, co to jest rzeczownik i kiedy pisać ó lub u. Książka wprowadza szereg pouczających, a jednocześnie wesołych opowiadań pani Lamelii Szczęśliwej, która tłumaczy zasady polskiej ortografii. Niebanalne historie, ciekawi bohaterowie, łatwe zapamiętywanie reguł. Książka zawiera
wszystko, co uczniowie klas 1-4 powinni wiedzieć na temat polskiej ortografii.

czwartek, 1 października 2009

Marianna i róże - Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska

Sentymentalna jestem do bólu i do szpiku kości, dlatego też „Marianna i róże”, gdy wpadła już w moje ręce, to z miejsca stała się moją biblią. Zachwyciła mnie do tego stopnia, że podrzuciłam ją mojej Najstarszej (mimo ogromnych wyrzutów sumienia, że odciągnie ją to od nauki w nowym liceum, gdzie przecież od samego początku trzeba się wykazać – I- sza klasa w ogólniaku więc sami wiecie). Ale że jako rodzic mogę mieć wpływ na edukację własnej córki, uznałam więc, że co tam – jeśli mogę, to również chcę ten wpływ rzeczywiście mieć – bo „Marianna i róże” to wspaniała dawka historii i obyczajowości z naszego wielkopolskiego regionu (do Poznania mamy „rzut beretem” dosłownie, godzinka jazdy samochodem) – a tradycje i dawne obyczaje oraz pamięć o nich trzeba kultywować. Uważam też, że tak samo ważne jest zaszczepienie swoim pociechom – czy nie zabrzmię w tym miejscu nieco patetycznie? – miłości do swojej małej ojczyzny, umiłowania ziemi z której się pochodzi , danie dzieciom świadomości lokalnego patriotyzmu oraz nauczenie ich, że mogą być dumni z tego, że są akurat stąd a nie stamtąd czy z owamtąd. Nicole pochłania więc „Mariannę i róże” teraz, mimo że od jutra kończy się okres ochronny dla pierwszaków – ale dziecię zdolne jest, więc chyba draki nie będzie i nie zawali czegoś od razu na początku.

O samej książce ani o jej autorkach nigdy wcześniej nie słyszałam. Jakiś czas temu zauważyłam, że pojawiła się na kilku blogach i już wtedy wpisałam ją na moją prywatną listę książek do przeczytania. Okazja pojawiła się kilka dni temu, więc skwapliwie wzięłam się do czytania. Dla mnie „Marianna i róże” to książka książek – jeszcze kilka miesięcy temu pisałam tak o innej książce, która mnie zachwyciła (tak samo mogłabym też określić przeczytaną ostatnio „Sagę Sigrun”) – jest to dla mnie dobitny dowód na to, że tak naprawdę miana „książki książek” nie można przyznać żadnej przeczytanej książce – zauważyłam, że po skończeniu lektury, która bardzo mi się spodobała, myślę, że już chyba nic piękniej ani dobitniej ani lepiej nie można opisać. I myślę tak aż do następnej dobrej książki, która mnie oczaruje.


„Marianna i róże” autorstwa Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej – „autorki swą opowieść snują od końca XIX wieku, a kończą u przedproża I wojny światowej. Wprowadzają nas w życie codzienne Marianny z Malinowskich i Michała Jasieckich, właścicieli Polwicy, majętności leżącej niedaleko Zaniemyśla w Poznańskiem” [str.7] Książka powstała dzięki pamiątkom i zapiskom przechowywanym w wielkim drewnianym kufrze na kółkach, pojemnym jak potężna szafa, będącym ślubnym wianem Róży Malinowskiej (babki jednej z autorek, Joanny). Kufer ów był skarbnicą listów, kontraktów, rachunków, świadectw szkolnych, spisów wypraw ślubnych, korespondencji z bankami i urzędami, gazet, fotografii, kopii wierszy, przepisów kulinarnych i Bóg wie, czego jeszcze – dzięki kufrowi wszystkie te autentyczne szpargały przetrwały przeprowadzki, podróże i zawieruchy wojenne, a autorki postanowiły wykorzystać je w swojej książce.

Lata, w których osadzona jest „Marianna i róże” to schyłek XIX wieku, okres burzliwych powstań narodowych (listopadowe i styczniowe), kryzysu politycznego i gospodarczego, a z drugiej strony to również czas wzrostu świadomości narodowej (kiedy to m. in. Ziemiaństwo wielkopolskie zakończyło wieloletni proces wyzbywania się swych ojcowizn na rzecz Komisji Kolonizacyjnej niemieckiego zaborcy) oraz poczucia solidarności i patriotyzmu obywateli - to czasy bardzo trudne, w których przyszło żyć bohaterom książki, która nie tylko opisuje wielkie wydarzenia z naszej historii, ale przede wszystkim zapoznaje nas z codziennym życiem w wielkopolskim dworku ziemiańskim sprzed ponad 100 lat, z radościami i troskami. To niesamowite uczucie, uczestniczyć w tamtych zdarzeniach z dzisiejszej pespektywy – szacunek i respekt budzą pracowitość, uczciwość, prawość i patriotyzm bohaterów – wartości w prawdziwym tego słowa znaczeniu, dzisiaj jak gdyby zdewaluowane, inaczej przez większość pojmowane, choć znaczące przecież to samo, co znaczyły 100 lat temu. Co w książce urzeka i co trzeba oddać paniom Fedorowicz i Konopińskiej to to, że mimo iż jest ona swoistym kompendium wiedzy historycznej, obyczajowej, politycznej i gospodarczej, to jest to lektura porywająca i z całą pewnością godna Wam polecenia, nie tylko tym czytelnikom pochodzącym z Wielkopolski.

„Marianna i róże” to moja sentymentalna podróż do dawnej Wielkopolski. To dla mnie książka bardzo ważna – dzięki niej – mimo, że moja rodzina nie ma jakichś wielkich historycznych tradycji – nawiązałam kontakt z baaardzo dawno nie widzianą kuzynką mojej mamy, która - jak się okazało – jest w posiadaniu kilku bardzo cennych dla mnie pamiątek rodzinnych – pożółkłych fotografii, książeczki wojskowej pradziadka Walentego z czasów I wojny światowej i kilku innych „papierów”. Mam zamiar pokazać moim córkom kawał rodzinnej historii, która w większości jest zagadką również dla mnie, a przy okazji ocalić od zapomnienia to wszystko, co jeszcze w pamięci niektórych ludzi żyje ... - nie, nie napiszę książki, nie mam daru do tego, ale wspólnie z dziewczynkami zrobię album ze zeskanowanymi pamiątkami i fotografiami (o oryginałach mogę jedynie pomarzyć) i dam mojej mamie w prezencie...
Moja ocena: 6/6

Autor:Janina Fedorowicz , Joanna Konopińska
Wydawnictwo:Zysk i S-ka , Grudzień 2008
ISBN:978-83-7506-232-8
Liczba stron:480
Wymiary:155 x 235 mm

środa, 30 września 2009

Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Uwielbiam Skandynawię – począwszy od pełnych uroku i pewnej surowości krajobrazów, poprzez muzykę, charakterystyczny skandynawski styl urządzania domów na literaturze kończąc. Gdy słyszę: Szwecja, Norwegia czy Finlandia, to zawsze moje myśli są koloru białego, krążą nad morską taflą albo nad niezmierzonymi ciemnymi lasami, i zawsze spodziewam się czegoś pięknego. Ale jak odnieść się do czegoś, co jest skandynawskie na wskroś w swoim charakterze, ale stworzone zostało przez … Polkę? Kochani - „Saga Sigrun” stanowiąca pierwszą część cyklu „Północna droga”, napisana przez Elżbietę Cherezińską to – nie waham się użyć takiego określenia i podpisuję się pod nim obiema rękami i nogami - literatura na miarę noblowskiej „Krystyny córki Lawransa” autorstwa norweskiej pisarki Sigrid Undset Nie da się nie porównywać obydwu książek, tak wiele mają wspólnego.

Po raz pierwszy o „Sadze Sigrun” usłyszałam kilka tygodni temu od Be.el podczas naszego literacko – rodzinnego spotkania przy herbatce w moim ogrodzie – możecie sobie wyobrazić nasze szalejące maluchy, korzystające z nieograniczonej wprost swobody, gdy matki zagadają się o książkach – moja 2-letnia Klara zjeżdżała ze zjeżdżalni głową w dół, a 4-letni Tomcio Be.el usiłował nauczyć Klarę i Mikołajka (też 2 latka) po tej zjeżdżalni zbiegać (!!!!!!!!!). Na szczęście w porę te ekscesy naszych pociech zauważyłyśmy i nic strasznego się nie stało. Ale „Saga Sigrun” już wtedy zrobiła na mnie ooogrooomne wrażenie. Tak więc biorąc książkę do ręki, w zasadzie wiedziałam, co mnie czeka. Czytelnicza uczta to mało powiedziane – (Olga Tokarczukl powiedziała o tej powieści, że „to hipnotyczna uczta czytelnicza” – i jest to moi drodzy święta prawda. Książka bowiem hipnotyzuje czytelnika i mnie też to spotkało. Dzisiaj, po lekturze „Sagi…” słów mi brakuje, żeby wyrazić swój zachwyt. Czytając miałam wrażenie, że tonę w klimacie powieściowej X. wiecznej Norwegii, że otacza mnie ta niesamowita aura prostego życia prostych ludzi, przepadłam na kilka wieczorów i chłonęłam ją całą sobą – nieśpiesznie, rozsmakowując się w powieści ze strony na stronę, przez kilka dni żyłam życiem Sigrun i jej męża Regina oraz ich dzieci Bjorna i Gudrun; żyłam życiem bohaterów powieści – pięknych, mądrych, walecznych, prawych i budzących szacunek.

Elżbieta Cherezińska sprawiła swoją przepiękną prozą, że nie mogę przestać myśleć o bohaterach „Sagi…”, ba! - nie chcę przestać o nich myśleć – zastanawiam się, jakie byłyby ich dalsze losy, jak wyglądałby ich świat, gdybym to ja mogła dopisać ich dalszy ciąg. Wiecie, dlaczego tak się dzieje? Moja teza jest następująca: to za sprawą klimatu powieści - wywołuje ona tak niesamowity wpływ na czytelnika, tak wciąga w nurt swoich wydarzeń, że zapomina się o piciu i jedzeniu; średniowieczny pogański świat Wikingów jest przedstawiony tak, że człowiekowi aż żal, że nie żyje w tamtych czasach… Wszystko przedstawione tak pięknym językiem (a jest to rzecz, na którą jako filolog – wprawdzie germański, ale zawsze (ze specjalnością językoznawstwo) – zwracam zawsze szczególną uwagę), że czytanie to prawdziwa przyjemność. Nie wiem, jak autorka to robi, ale przedstawione przez nią wewnętrzne konflikty, wojny i ekspansja Wikingów w stronę Europy oraz zetknięcie dwóch kultur: pogańskiej i chrześcijańskiej, odmalowują się w wyobraźni jak realne obrazy namalowane ręką i pędzlem mistrza - i do tego wszystkiego ta miłość – wielka, bezgraniczna, ufna i wierna, z niesamowitą dawką subtelnej i zarazem dzikiej, szalonej i bezwstydnej erotyki – nie, no słów mi naprawdę brak. Kto nie czytał – niech czym prędzej po nią sięga. Do księgarń i bibliotek: biegiem marsz!!!! To książka taka, której nie można nie przeczytać.

I jeszcze jedno - muszę to dodać, bo nie byłabym sobą - najlepsze w tym wszystkim jest to, że "Saga Sigrun" to pierwsza część cyklu - a to oznacza ni mniej, nie więcej, że będzie dalszy ciąg.
Nie mogło być dla mnie lepszej wiadomości!

Moja ocena: 6/6


Autor:Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-7506-351-6
Liczba stron: 406
Wymiary: 145 x 205 mm

poniedziałek, 28 września 2009

No, okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy. - O Andrzeja Stasiuka pogodzeniu z życiem

Idę, będąc nieco gruby - wklejam sobie fragmenty artukułu z gazety.pl, który w całości można przeczytać tu


Dorota Wodecka: Ale ma pan tu trawę!

Andrzej Stasiuk: Że niby zapuszczone obejście? Przestało mi się chcieć kosić w tym roku. Bo widzę, że wszyscy faceci na kuli ziemskiej odpalają kosiarki i koszą tę trawę po to, żeby ona była krótka jak w Austrii. W przyszłym roku kupię sobie dwie owce. Owce w odróżnieniu od kóz nie niszczą krzewów, tylko strzygą trawę. A jesienią po prostu je zjem, bo lubię baraninę. I tak co roku. Mam taką ideę powrotu - będę miał kosiarkę owczą i będę ją zjadał jesienią.

A z sąsiadami jak pan żyje?

- Mamy wokół 17 hektarów, więc nie mamy sąsiadów. Ale we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi. Wyzwalam raczej czułość, może politowanie niż jakieś gorsze uczucia. Tak sobie wyobrażam. Nigdy mnie to zresztą nie interesowało specjalnie.

Jest pan już stąd?

- Nie.

To skąd?

Znikąd. Z przeszłości. Ze wszystkich jej składników. Ze wsi, podróży, rodziny, ludzi, kobiet. Nie jestem z miejsca. Tutaj tylko mieszkam, świat zza kuchennego stołu oglądam. Ale nie ukrywam swojej wielkiej, młodzieńczej miłości do tych stron.

A co znaczy, że jest pan wieśniakiem?

- Myślę poprzez wieś. Widzę poprzez wieś. Przez ten pejzaż. Miasto mi się wydaje w Polsce czymś umownym, wtórnym. Takim parkiem tematycznym pt. "Cywilizacja Europy Zachodniej". Nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Z wyjątkiem Przemyśla, gdzie czas roztapia się i miesza ze światłem. Ostatnio wsiadłem w samochód i pojechałem tam. Myślałem o Schulzu. W tym świetle, w złuszczeniu murów, w meandrujących uliczkach jakby żywcem wlała się jego proza i tam zastygła.

Mówią w okolicy, że do ludzi to pan nie jest.

- Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką.Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci.Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze.Ale pani tu o miłości przyjechała rozmawiać. I o kobietach. Ja nie wiem, czy jestem dobrym rozmówcą. Co to za facet?! 20 lat z jedną żoną, nie zdradza, nie pije tyle co kiedyś, nie ucieka z domu.

(...)

Fajna jest? (pytanie dotyczy forsy)

- Nigdy nie miałem pomysłu, żeby ją zarabiać. To się stało przy okazji.Długie lata żyliśmy z Moniką w dość malowniczej nędzy. Przez całe miesiące nie oglądaliśmy gotówki. We wszystkich okolicznych sklepach mieliśmy pozaciągane długi na jedzenie. Raz na miesiąc listonosz przynosił przekaz z "Tygodnika Powszechnego" albo z "Gazety Wyborczej" i wtedy się je spłacało.To była jednak malownicza nędza, którą romantycznie można wspominać. Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. Może czasami tylko, jak musieliśmy dzieci do szkoły wyprawić albo kiedy nie było na buty, a trzeba było jechać do większego miasta. Bo do Gorlic to się w gumofilcach jechało.Byliśmy młodzi, mieliśmy mnóstwo zajęć, pisaliśmy książki, i ta nędza była niewygodą, ale też smakiem życia. Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać pieniądze. Masz pisać - powtarzała. Nasza nędza była ceną wolności. Nie byliśmy w nią uwikłani, osadzeni, bez wyjścia. Nie wstawaliśmy, myśląc, że jesteśmy nędzarzami, i nie kładliśmy się spać z taką myślą. Ta bieda nie była też tak dotkliwa, bo świat nie atakował nas bogactwem i pokusą materialną.

Teraz ta dotkliwość jest większa?

- Tak, bo teraz część nie ma tej kasy, a kiedyś wszyscy nie mieli. Ale dziś w jej braku najbardziej boli, że nie można mieć tego całego gówna, którego ludzie tak naprawdę nie potrzebują. Że nie mogą mieć tej przysłowiowej plazmy.W tym kraju nikt z głodu nie umiera, w jakichś Biedronkach żarcie jest tanie i tak naprawdę cierpienie nędzy czy biedy jest skłamane. Nie mówię o skrajnych przypadkach bezrobotnych, niezaradnych, wyrzuconych na margines, ale o powszechnym jej odczuwaniu.

(...)

A jakie kobiety są ładne?

- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?

Bo pan się naprawdę denerwuje.

- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie. Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji, nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombi.Nie znoszę nieautentyczności. I udawactwa, zwłaszcza kogoś mądrzejszego. To w dzisiejszych czasach staroświeckie podejście, bo udajemy bez przerwy. Ale stoi za nim niechęć do współczesności, która jest cywilizacją podróbek. I do kłamstwa, którego tyle jest w języku, w mowie, które nie jest lingwistycznym kłamstwem, tylko kłamstwem istnienia.Są zjawiska kompletnie skłamane, co do których mam pewność, że mogłoby ich nie być i światu by się nic nie stało.Kim pan pogardza?

(...)

I tak widzę, że baaardzo obszerne fragmenty tu sobie skopiowałam. Wygodna jestem i - gdyby mi się kiedyś zachciało wrócić do tego wywiadu, to żeby nie szukać...

Kalendarzowy zawrót głowy

Zaczęłam wczoraj przeglądać przepastne - jak się okazało - zasoby niemieckiego Amazona. Celem moich poszukiwań były kalendarze, chciałam znaleźć coś związanego z literaturą. I wiecie? Oczopląsu dostałam. I palpitacji serca. I teraz chora jestem, bo nie wiem który wybrać. Mąż niedługo przyjeżdża i w ramach listopadowego prezentu imieninowego postanowił przywieźć mi z Niemiec kalendarz. Oczywiście ja, sfiksowana na punkcie książek, zaczęłam szukać tych o tematyce literackiej. Sami popatrzcie, co znalazłam . Dodam tylko, że nie wkleiłam wszystkich zdjęć, jakie znalazłam...













Np. na rok 2010 juz po raz piąty ukaże się literacki kalendarz "O psach". Z okładki uśmiecha się do wielbicieli literatury i psów Cornelia Funke ze swoją suką Luną, rozpoczynając tym samym serię zdjęć współczesnych niemieckich pisarzy, którzy jednocześnie są wielbicielami psów - Robert Gernhardt, Elfriede Jelinek, Loriot (Vicco von Bülow) i Martin Walser. Każdy tydzień na osobnej stronie (kalendarz liczy ponad 50 stron), w każdym tygodniu coś intersującego: Paul Auster ogłasza psa równego bogom, Margaret Atwood opowiada o bojaźliwym piesku, u Heinricha Bölla pewien hycel wyznaje, że ma bardzo miękkie serce. Oprócz tego opowiadania wielu innych, wielkich literatury na tematy pieskie i nie tylko. Wymowę tekstów podkreślają reprodukcje obrazów ze wszystkich epok oraz fotografie, które nadają im (tzn. tekstom) kolorytu i smaczku. Kalendarz jest niesamowity: wart obejrzenia, poczytania, zakochania się w nim i przede wszystkim wart jest kupienia. Poniżej okładka i kilka stron ze środka. Mnie podoba się bardzo.








Gdzie na świecie jest więcej pisarzy, myślicieli i artystów, jeśli nie nad Morzem Bałtyckim - od Szlezwiku - Holsztyna aż po Usedom przy granicy polsko-niemieckiej? W Usedom żyła Carola Stern, a do wielkich piszących, którzy tam gościli należeli m.in. Maxim Gorki, Victor Klemperer, malarze Feininger i George Grosz. Na wybrzeżu tworzył też Gerhart Hauptmann, Selma Lagerlöf otrzymała Doktorat honoris causa miasta Greifswald, a Kafka zażywał kąpieli w Graal-Müritz. Z literackiego domu Uwe Johnsona w Klützer Winkel jest bardzo blisko do Lübecki, do Buddenbrooków Thomasa Manna. Dalsze tropy literackie prowadzą plażą w górę, w kierunku Fehrman - śladami między innymi Wolfa-Dietricha Schnurre'a.


Pożej kilka propozycji dla wielbicieli literckiego podróżowania - przepiękne miejsca związane z pisarzami:
1. Sagi, podania i legendy z dalekiej północy
2. Praga Kafki
3.Literacka Rosja: z cytatami wielkich mistrzów literatury
4. Włochy Goethego




Piękne, prawda? Też jesteście chorzy na kalendarze związane z literaturą? Sama nie wiem, który mam wybrać:-)

niedziela, 27 września 2009

Ogłoszenie drobne: SPRZEDAM FACETA...

Data pierwszej rejestracji: wrzesień 1966 r.
Egzemplarz okazowy, duże gabaryty.
Tył lekko zgarbiony.
Poduszka powietrzna z przodu.
Ropniak.
Możliwość jazdy na gazie, wrażliwy na pedały.
Drążek ergonomiczny, położony centralnie - prawie niewidoczny.
Najlepiej posuwa na obwodnicach, na trasie bierze wszystko jak leci.
UWAGA!!! Porządnie stuknięty!
Dużo pali, czasem ma problemy z wtryskiem.
Niemiłosiernie smrodzi z tylnej rury.
Zapas gum GRATIS!

Babeczki, któraś zainteresowana? Polecam gorąco - choć z góry zaznaczam, trzeba będzie trochę zainwestować w mały remoncik...

Dowcip - jak zwykle zresztą - dostałam od mojej siostry, drugiej, tej co to tak ja teraz, w Polsce. I jak tu się takim fajnym dowcipem z Wami nie podzielić??? No jak???

Notatki myśliwskie z Afryki - Józef hr. Potocki

„Kto pragnie wrażeń, kto chce użyć myśliwskiej rozkoszy, kto chce poznać świat takim, jakim stworzył go Bóg, a ludzie jeszcze nie zepsuli, ten w czasach dzisiejszych nie zadowoli się podróżą, lecz szuka wyprawy” [1]

„Notatki myśliwskie z Afryki” z serii PODRÓŻE RETRO to moje pierwsze spotkanie z Józefem hr. Potockim. Muszę przyznać, że spotkanie bardzo udane i owocne, takie jak lubię – z bardzo interesującym człowiekiem, który ma do opowiedzenia mnóstwo ciekawych rzeczy, często zabawnych, często mrożących krew w żyłach – doskonale podana czytelnikowi do smakowania wyprawa hrabiego Potockiego i jego towarzyszy do Somalilandu na wschodnim wybrzeżu Afryki (którą odbył w czasie od grudnia 1895 r. do marca 1896). „Książka – perełka”, tak bym ją określiła, bo jest opowieścią o Afryce, jakiej już dziś nie ma, o przyrodzie, którą zniszczył postęp naszej cywilizacji i o zwierzętach, które albo są objęte ścisła ochroną, albo wyginęły z ręki człowieka, albo w skutek zagrabiania terenów ich naturalnego występowania (nie bez znaczenia na dzisiejszy obraz Afryki był też rozwój przemysłu, infrastruktury i turystyki).

„Notatki myśliwskie...” to barwna relacja z podróży w głąb Somalii, która okazała się tym większym sukcesem, że wielu poprzedników hrabiego podobne wyprawy kończyło fiaskiem: albo byli z różnych względów zmuszeni wracać z wyprawy, albo „życiem przypłacali swe śmiałe przedsięwzięcia”. Kilka miesięcy spędzonych na „czarnym lądzie” to ciągła podróż karawaną, wieczne zwijanie i rozbijanie namiotowych obozów, to ciągła troska o żywność i wodę, o zdrowie i życie własne i współtowarzyszy, ale i wielka przygoda – bo przecież po to oraz po wielkie odkrycia nasz śmiałek na tę wyprawę się wybrał.

W swojej relacji z wyprawy (książka ma charakter swoistego dziennika z podróży) hrabia użył pięknego, z najwyższej półki, języka polskiego – opisana przez niego przyroda, polowania na grubego zwierza, dzikie, odludne i nieodkryte tereny – wszystko to staje przed oczyma, zupełnie jakbyśmy sami tam byli i widzieli to wszystko na własne oczy. Przyjemnie się czyta określenia i sformułowania w tekście, jakich dziś już mało kto używa. Dodatkowym atutem jest zilustrowanie niniejszego wydania „Notatek...” oryginalnymi obrazami z 1-szego wydania dzieła: łowieckie trofea, portrety rdzennych mieszkańców Afryki, mapy... No i całość wydana na kredowym papierze - dla mnie nie ma nic lepszego jak piękny język i piękne wydanie!

Z całą pewnością są „Notatki myśliwskie z Afryki” czytelniczą gratką, nie tylko dla miłośników łowiectwa, nie tylko dla podróżników – dla każdego. Na mnie zrobiły ogromne wrażenie i przeniosły w inny, kolorowy świat – mimo że przedstawiony tylko za pomocą słów i obrazów w kolorze sepii... Pozwoliły mi na odbycie podróży, w jaką tak naprawdę już nikt inny - poza nami czytelnikami - nigdy się nie uda...


[1] str. 259


Notatki myśliwskie z Afryki
Autor: Józef Potocki

Wydawnictwo:Zysk i S-ka , Wrzesień 2009
ISBN:978-83-7506-329-5
Liczba stron:272
Wymiary:145 x 215 mm

środa, 23 września 2009

K O N K U R S

Ulubiona książka z dzieciństwa

Już pewnie wszyscy wiedzą o tym konkursie, wszyscy czytali zasady, ale molem książkowym jestem odkąd pamiętam, dzieciństwo moje, mojego rodzeństwa i moich dzieci to przede wszystkim książki, książki i jeszcze raz książki (takie, siakie i owakie), więc nie może zabraknąć mnie przy promowaniu tego konkursu - oczywiście sama ochoczo wezmę w nim udział. żek mam mnóstwo i na pewno będę miała ogromny problem z wytypowaniem tylko trzech tytułów. Zastanawianie się czas zacząć.

Zasady konkursu - dla tych, którzy ich jeszcze u nikogo nie czytali - skopiowałam z blogu Montgomerry.

Allegro i Wydawnictwo Dwie Siostry ogranizują akcję, której celem jest wyłonienie ulubionej książki naszego dzieciństwa.

Wybrana książka zostanie wydana w serii Mistrzowie Ilustracji.

1. Powinna być to książka dla dzieci do lat 10.
2. Głosy, w pierwszym etapie akcji, oddaje się do 15 października.Można oddawać głosy z uzasadnieniem ale nie trzeba.Tutaj oddajemy głosy.
3. Spośród zgłoszonych książek do 30 października wybranych zostanie 5 propozycji, które faktycznie mogą zostać wydane nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry.
4. Od 30 października do 12 listopada będzie można oddawać głosy na jedną z pięciu wybranych propozycji już bez uzasadniania wyboru. Będzie to zwykłe głosowanie.
5. Nagrodą główną jest komplet książek z serii Mistrzowie Ilustracji (9 tomów + jeden wyłoniony w konkursie).
6.Nagroda przyznana zostanie Użytkownikowi, którego wypowiedź i uzasadnienie przedstawione w etapie pierwszym uznane zostanie przez Komisję za najciekawsze.

poniedziałek, 21 września 2009

Ulica marzeń 31 - Lisa Jewell

Założę się, że gdyby tak zapytać każdego z Was, czy uważacie się za dobrych, wielkodusznych, cierpliwych i wyrozumiałych, to z pewnością wszyscy odpowiedzielibyście mi, że tacy właśnie jesteście. Że macie naprawdę wielkie serce, a samą dobroć już widać w Waszym spojrzeniu, po prostu bije Wam ona z oczu. Na pewno każdy chciałby taki być, wydaje mi się, że większość tak właśnie o sobie myśli, a już ze 100%-ą pewnością wszyscy chcieliby, żeby inni tak ich postrzegali. I nieważne, że nie zauważamy staruszka stojącego w autobusie , chorej sąsiadki, dziecka stojącego przed przejściem dla pieszych, w ulicznym korku – nie dość, że nie wpuszczamy innych kierowców przed siebie, to jeszcze sami patrzymy się wepchnąć przed nich. Oj, przykłady można by mnożyć bez końca na tę naszą dobroć i wrażliwość wobec drugiego człowieka, na nasze wzajemne traktowanie, na to jakimi ludźmi jesteśmy naprawdę.

Co ma na celu ten przydługi wstęp? Naprowadzenie Was na nową książkę Lisy Jewell „Ulica Marzeń 31”. Książkę o dobrym człowieku, dla którego ważne sprawy to ludzie i ich marzenia. Z tego co wiem, autorka ma u nas (na całym świecie w ogóle) całą rzeszę swoich zagorzałych fanów, którzy z niecierpliwością oczekują na kolejną jej książkę. Ja nastawiona na jej lekturę byłam trochę sceptycznie – nie przepadam za współczesną prozą anglojęzyczną. A tu proszę – moje pierwsze z tą autorką spotkanie i to bardzo miłe – czyta się toto jak gdyby samo, ani się spostrzegłam, jak minęły mi dwa bardzo przyjemne wieczorki, podczas których poznałam Leah i Toby'ego Dobbsa oraz dziwnych lokatorów jego Domu Pawia przy ul. Marzeń 31. Toby to bardzo dobry człowiek, ale zaraz po ślubie, kilkanaście lat temu porzucony przez żonę, niespełniony poeta (pisze swoje wiersze do szuflady), Leah to dziewczyna mieszkająca naprzeciwko „Domu Pawia” od trzech lat, a mimo to nie znająca ani ekscentrycznego Toby'ego ani innych mieszkańców, ba! - oni sami poza tym jak mają na imię, niewiele o sobie wiedzą. Przypadek, a właściwie przypadkowa śmierć jednego z lokatorów, 97-letniego Gusa sprawia, że Leah i Toby poznają się i to właśnie sprawia, że nawiązuje się między nimi niewidzialna nić porozumienia. Przez 3 lata nie zamieniają ze sobą słowa, a tu nagle okazuje się, że potrafią wspólnie spędzać czas i rozumieją się w pół słowa. Toby w pewnym momencie rozważa podjęcie bardzo ważnych decyzji w swoim życiu, zastanawia się, czy za spadek zostawiony mu przez Gusa nie wyremontować domu i nie sprzedać go, ale wtedy musiałby pozbawić dachu nad głową swoich lokatorów – zaprosił ich kiedyś, wiele lat temu, do wspólnego mieszkania – przez te wszystkie lata nie wymagał od nich regularnego płacenia czynszu, bo mieli swoje marzenia i to było dla Tobby'ego najważniejsze. Tylko, że Toby też ma marzenia. Uświadomi mu to i pomoże w tym Leah - w jaki sposób, musicie się przekonać sami. Czytając „Ulicę marzeń 31” pomyślałam sobie tylko, że zawsze warto mieć marzenia i nigdy, ale to nigdy nie można rezygnować z dążenia do realizcji tych marzeń. I że zawsze warto szukać szczęścia, albo że to fajnie, jeśli to szczęście samo nas znajdzie. Ot, takie tam dyrdymałki. I mimo, że zakończenie książki było dla mnie jasne od mniej więcej połowy, chciałam ją przeczytać, żeby się przekonać, czy rzeczywiście miałam rację. Lektura bardzo przyjemna, w sam raz na weekendowy odpoczynek.

Autor: Jewell Lisa
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Liczba stron: 412
Numer wydania: I
Data premiery:2009-09-08
Tłumaczenie: Mackiewicz Anna
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka

środa, 9 września 2009

Słuchajcie, słuchajcie...

... dziś w nocy przylatuje ufo i porywa najpiękniejsze kobiety. Wiem to na pewno. Ale Wy się nie bójcie niczego, nie lękajcie się porwania i śpijcie spokojnie.



Ja piszę, żeby się pożegnać...

O krok - Henning Mankell

LUBIĘ CZYTAĆ Mankella. W zasadzie nie miałam w planie przeczytania „O krok” (jeszcze nie teraz), polowałam raczej na „Białą lwicę” - mój wrodzony i do bólu upierdliwy praktycyzm dyktował mi zdobycie jej, aby „zatańczyć jedną dupą na dwóch weselach” - przeczytać kolejną książkę ulubionego autora, ale taką, żeby się jeszcze do któregoś wyzwania nadała. „Białej lwicy” moja gminna biblioteka w swoich zbiorach nie posiada, zaczytana siostra również, a w „Dedalusie” udało mi się kilka tygodni temu upolować „O krok”(wraz z innymi smacznymi kąskami) za całe 5 zł. Nie było więc sensu odkładać jej na później, tym bardziej że do „Kolorowego wyzwania” udało mi się przeczytać 4 inne książki.. Na początku września z angielskich wojaży wróciła moja Najstarsza i po „Mężczyźnie, który się uśmiechał” zaraz chwyciła „Psy z Rygi” - ja zaczęłam rzeczoną już „O krok” - w miniony weekend siedziałyśmy sobie popołudniami na zacienionym tarasie, a wieczorem w łóżku oparte na ogromnych poduchach, czytając długo w noc. Wiecie jak takie coś cieszy?

A więc Mankell i jego kolejny Wallander – glina z ogromnym doświadczeniem życiowym i zawodowym - czy jest ktoś, kto tak jak my nie czytał całego Mankella i dopiero poznaje to, czym wszyscy już zdążyli się zachwycić i zaczytać? Wiem, że nie jestem pierwszą ani też ostatnią zachwyconą, wiem, że przede mną wielu Mankella przeczytało i wielu uczyni to po mnie – fenomen jego pisarstwa trwa i na pewno będzie trwał bardzo długo. Opisuje tragedie i przestępstwa w taki sposób, że człowiekowi włos się na głowie jeży, czasami z niesmakiem albo z obrzydzeniem skrzywia się twarz, a myśli zaprząta myśl, jak można wpaść na taki pomysł, co musi się wydarzyć, aby człowiek był zdolny do popełnienia takiej zbrodni? Atmosfera jest gęsta i aż ocieka od czającego się wszędzie ZŁA, a Mankell dawkuje czytelnikowi nowe fakty, stopniowo wprowadzając go w tajniki pracy szwedzkiego policjanta. Pracy, która daje satysfakcję, ale w obliczu takich zbrodni jak tutaj wywołuje w policjantach uczucie bezsilności i zwątpienia, czy to, co robią tak naprawdę ma sens?

Wallander jest jak tropiący pies – idzie po śladach, czuje przestępcę, czasami gubi trop, kręci się w kólko albo biegnie na oślep, aby w ślepym zaułku uderzyć głową w niewidzialny mur, aby na powrót wydostać się z niego i podchwycić nowy trop i iść dalej po nowych śladach. W „O krok” Wallander i jego współpracownicy pracują nad rozwikłaniem bardzo tajemniczego bestialskiego morderstwa trójki młodych ludzi oraz swego policyjnego kolegi Svedberga. W toku śledztwa okazuje się, że Svedberg skrywał skrzętnie swoje prawdziwe oblicze, a jego koledzy z policji tak naprawdę niewiele o nim wiedzieli. Czy obydwa morderstwa coś ze sobą łączy? Tylko dzięki ogromnemu samozaparciu, pracy „naokoło zegara” i przenikliwości umysłu Wallandera i jego zespołu udaje się w końcu (jakżeby inaczej?) rozwikłać skomplikowaną zagadkę i ująć mordercę, który okazuje się … No właśnie – kto chce wiedzieć, jakim człowiekiem okazuje się być morderca musi sam się o tym przekonać. Mogę tylko zapewnić, że warto, bo Mankell jak mało kto potrafi trzymać czytelnika w napięciu od pierwszej aż do ostatniej strony, a samo zakończenie – ech, dużo by opowiadać – na kilka stron przed końcem niby się już wie, kto zabił, ale jednoznacznie nie można tego powiedzieć, bo znając Mankella wszystko może przyjąć zupełnie niespodziewany obrót i pojawią się nowe fakty albo dowody. To w powieściach o Wallanderze lubię najbardziej - że są one nieprzewidywalne. Że są dla wymagających czytelników. Że prowadzone śledztwa toczą się powoli i dokładnie, że nie są „odbębnione” a na każdym kroku czuje się wielki profesjonalizm bohaterów. Powiem krótko – generalnie za kryminałami nie przepadam, ale Mankell pisze KRYMINAŁY, a nie kryminały, a jego Kurt Wallander to facet, który – mimo że ma do czynienia z parszywymi typami (co jeden to gorszy morderca), to mimo to jest „normalny” i taki, że się go lubi, że aż żal bierze, że w życiu mu się nie ułożyło, że jest sam, a na dodatek te jego ostatnie kłopoty ze zdrowiem (wędrujące w jego krwi białe wysepki cukru i wysokie nadciśnienie) – cholipcia, przecież Wallander to fikcja, a przeżywam, jakby to o kogoś żywego chodziło. Widzicie, co Mankell potrafi z czytelnikiem zrobić...z czytelniczką...

czwartek, 3 września 2009

Plany ambitne bardzo lub trochę mniej na nadchodzącą jesień, zimę i wiosnę...

Po fali letnich upałów powoli wracam do życia. Zaczyna się mój czas : jesienno – zimowo – wiosenny. Nie przepadam za latem, za temperaturą oscylującą w granicach 30 stopni (i więcej) . Nigdy nie jestem opalona na czekoladowy brąz i nie lubię leżeć na plaży. Męczy mnie takie coś jak diabli. Oooo – przejechać 30 km rowerem, wspiąć się na szczyt góry albo zwiedzić sporą zabytkową część jakiegoś miasta – uwielbiam. Z reguły nigdy nie wyjeżdżam na letnie urlopy – jeśli już, to blisko, szybko, na krótko (kilka godzin, góra 1 cały dzień; na szczęście nasze auto ma klimatyzację, inaczej nie mogłabym w lecie nigdzie się poruszać) - za to z ogromnym uwielbieniem wypadamy całą rodziną w zimie na narty, tak więc moje urlopowe atrakcje (takie prawdziwe) dopiero przede mną w styczniu albo w lutym, bo mój sierpniowy urlop to taki z musu był – szanowny Małżonek musiał wracać do Niemiec, a żłobek w sierpniu nieczynny.

Tak więc teraz jest mój czas. Z umiarkowanymi temperaturami, z deszczową pogodą, a później ze śniegiem, czas kiedy po wakacyjno – letnich szaleństwach wszystko wraca do normy. Z mniejszą ilością kawy pobudzającej do czegokolwiek i ze zwiększoną dawką herbaty waniliowej i karmelowo – śmietankowej. Z ogromną energią do życia „samą z siebie”. Z przytulnymi, ciepłymi popołudniami, spędzanymi na czytaniu albo innych przyjemnościach. W tej chwili energia mnie rozpiera i 1000 różnych myśli kłębi się w mojej głowie, 1000 pomysłów, z których każdy wart jest zrealizowania. Na razie, póki co – zacznę raczej skromnie... ale z zakasanymi rękawami. Jestem przekonana, że jak te moje zamiary upublicznię, to będzie lepsza mobilizacja. Zatem...

… po pierwsze chciałabym zorganizować w mojej wsi DKK (Dyskusyjny Klub Książki). Pomysłem tym zainspirował mnie kilka tygodni temu Bazyl – muszę się dowiedzieć, jak jemu idzie realizacja i czy jego klub powiększył się o nowych członków. Do tej pory niczego nie zaczynałam, przypuszczam że odzew byłby niewielki ze względu na natłok letnich prac w polu i urlopowe wyjazdy. Na moim rodzimym gruncie byłoby kilka osób zainteresowanych, kilka pań z naszego KGW (już z nimi rozmawiałam i wyraziły chęć), moja Najstarsza również (zobowiązała się wywiedzieć w środowisku swoich znajomych, kto do gatunku „czytatych” należy) – tak więc jeszcze w tym tygodniu wysyłam zgłoszenie do Instytutu Książki. Może uda mi się zarazić innych moją czytelniczą pasją??? Bardzo bym tego chciała...

… po drugie mam zamiar namówić Lucynę (przewodniczącą koła) i Marylkę (żonę sołtysa) na wspólne wypady na basen co sobotę i niedzielę (rychło rano, jak to się u nas mówi). A przykład – wiadomo – idzie z góry. Moja siostra już została zmobilizowana i dwa razy na basenie byłyśmy (od 1999 do 2006 mieszkaliśmy z mężem w Niemczech. W czasie od pierwszego maja do ostatniego sierpnia jeździłam codziennie przed pracą o godz. 6.00 na pobliski odkryty basen (podgrzewany) i przepływałam sobie 1 km – niezależnie od pogody - kondycja i sylwetka na piątkę z plusem, czas przywrócić stare dobre nawyki na powrót do życia, zwłaszcza, że od urodzenia Najmłodszej jakoś tak „rozlazłam się”. Po głowie jeszcze mi chodzi Nordic walking – kolejny projekt do wprowadzenia w mojej ogarniętej marazmem wiosce, a miejsc i dróg do spacerowania z kijkami u nas pod dostatkiem. A może jeszcze zaprzyjaźniony i sprawujący opiekę nad naszą świetlicą Dom Kultury z pobliskiego miasteczka będzie nam przysyłał raz w tygodniu panią, która poprowadziłaby zajęcia z aerobicu? Coś musi się udać, nie wierzę, że nic nie zrealizujemy. Zresztą – ja zobowiązuję się, że będę „kołem napędowym” - jak wejdę w tryby, to nie ma zmiłuj, nie ma „a co ludzie powiedzą”, nie ma „głupio wyglądamy”, nie ma „nie chce mi się”. Musi się udać!!! Musi się chcieć!!! Proszę, trzymajcie kciuki za powodzenie akcji:-)

środa, 2 września 2009

Portret w sepii - Isabel Allende

„Portret w sepii” to już moja ostatnia książka, którą przeczytałam na okoliczność „Kolorowego czytania”. Zakochałam się w Allende i jej „Córce fortuny” kilka miesięcy temu, chyba w styczniu (albo w lutym? Zresztą nieważne...) Połknęłam bakcyla czytania chilijskiej literatury kobiecej (???????????) firmowanej nazwiskiem tej pisarki - faktem tutaj niezmiennym i niepodważalnym było, jest i będzie, że powieści Allende to te z gatunku moich ulubionych - czy mówiłam już, że kocham powieści historyczne??? Czy widzicie ten uśmiech i wyraz zadowolenia na mojej twarzy? Na pewno i Wy odczuwacie ten specjalny „czytelniczy” dreszczyk emocji, gdy sięgacie po kolejną książkę ulubionego pisarza i cieszycie się na przyjemność czytania. (Dygresja: mój nauczyciel historii w szkole podstawowej, pan H., gdy zapomniał przygotować pytania na zapowiedziany sprawdzian i przekładał go nam na następną lekcję, zwykł mawiać w takich sytuacjach: „-Nie martwcie się, Żuczki – oczekiwanie na przyjemność jest większą przyjemnością niż sama przyjemność”). Tak więc przyjemność czytania „Portretu w sepii” była przeogromna, mimo że na moim nocnym stoliku przeleżał on wieeeele tygodni (chyba 3, a może 4????) .

Bohaterką jest tym razem Aurora, wnuczka Elizy Sommers i Pauliny de Valle (bohaterek z „Córki fortuny”, pierwszej części tej trylogii) i zarazem adoptowana córka Severa de Valle, ojca jasnowidzącej Klary z „Domu duchów” - brzmi trochę zagmatwanie? Wierzcie mi – to tylko dlatego, że być może nie czytaliście pierwszej części, a od niej należałoby zacząć znajomość i dalej czytać już chronologicznie, gdyż postaci ze wszystkich części trylogii są ze sobą w jakiś sposób powiązane, ich ścieżki życiowe krzyżują się i plątają– zresztą lektura jest i przyjemniejsza, i łatwiejsza, gdy się dysponuje informacjami z poprzednich tomów, gdyż znajomość ich jest w pewnych momentach kluczowa dla zwykłego „ogarnięcia” niektórych wątków. Tak więc bohaterka, Aurora, to - jak to u Allende bywa – młoda kobieta o bardzo silnej osobowości, z charakterem i ugruntowanymi poglądami, na początku „poszukująca”, ale też bardzo szybko wiedząca, czego chce. Konsekwentnie dąży do rozwijania i doskonalenia swojej ogromnej życiowej pasji, jaką stało się dla niej fotografowanie. Mimo że wydana za mąż poprzez zaaranżowane małżeństwo, w którym nie odnalazła miłości, to jednak staje się kobietą wyzwoloną, która jest odpowiedzialna, idzie przez życie z podniesioną głową i w dalszym ciągu realizuje swoją pasję. Bardzo mi zaimponowała. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów powieści, żeby nie zepsuć Wam przyjemności poznawania coraz to nowych wątków – możecie mi jednak wierzyć na słowo (podnoszę do góry dwa palce prawej ręki, widzicie?), że kto po „Portret w sepii” sięgnie, na pewno nie będzie rozczarowany. Czeka go powieść bardzo barwna, wielowątkowa (ale bardzo zgrabnie skonstruowana), przedstawiająca Chile i Kalifornię na tle społeczno – obyczajowo – historycznym na przełomie XIX i XX wieku, nie pomijająca aspektów politycznych ówczesnych czasów, ale też zarazem nie przeładowana natłokiem informacji, i bez zbytniej pompatyczności – ot, lektura baaaaardzo przyjemna, choć do tej najlżejszej zgoła nie należąca wcale....

Gorąco polecam!

Autor: Isabel Allende
Wydawca: Wydawnictwo MUZA S.A.
Liczba stron: 376
Numer wydania: III
Data premiery: 2008-09-10
Tłumaczenie: Marta Jordan
Język wydania: polski

Oprawa: Twarda

wtorek, 1 września 2009

Na dobry początek roku szkolnego....

dowcip. Dowcip, który - jak to się dzisiaj określa w języku nie wiem jakim (młodzieżowym? uczniowskim?) - wymiata wszystkie, jakie do tej pory o nauczycielach czytałam:

Dwóch nauczycieli wychodzi na lekcję z pokoju nauczycielskiego. Młody obładowany: w jednej ręce torba pełna książek, w drugiej ręce torba z materiałami pomocniczymi, pod jedną pachą kserówki dla uczniów, pod drugą pachą dziennik, w zębach niesie klucz od klasy. Natomiast stary nauczyciel idzie lekkim krokiem, niosąc tylko dziennik i klucz, do tego cichutko pogwizduje sobie pod nosem. Żadnych książek, żadnych kserówek, materiałów pomocniczych. Młody patrzy na niego z nieskrywanym podziwem: "- Szacuneczek. Po tylu latach pracy to musi pan to wszystko mieć w głowie?". Na co stary odpowiada: " W dupie, synu, w dupie...."

czwartek, 27 sierpnia 2009

Urlop w domu a la "Krzątam się"

Minął mi kolejny urlopowy dzień. Wstałam o 8.30, bo moja dwuletnia Najmłodsza nie miała zamiaru dłużej spać (dzięki Bogu - mam teraz dziecię, które nie wywala mnie o 6.00 z łóżka tak jak wiele lat temu dwie starsze po kolei - KAŻDA!!!), powitała mnie słowami: "Mama, pać - dzień!" i uśmiechnęła się tym swoim najsłodszym na świecie uśmiechem. Potem zrobiła mi "gili-gili" w oko, zapytała: "Mama, kauły pić?" no i niestety musiałam wstać i sobie tę kawę zrobić sama.

Do czego zmierzam?

Ano do tego, że od kilku dni jestem w domu, znaczy się urlop mam, ale ... w ogóle tego nie czuję. Chodzę cały dzień po domu, zbieram rozrzucone zabawki i inne rzeczy, przenoszę na swoje miejsce wszystko, co z tego miejsca zostało zabrane. W międzyczasie szykuję śniadanko moim dziewczynom, potem obiad, że o podwieczorku i kolacji nie wspomnę. Jakiś spacerek (raz pieszo, raz wózkiem - w zależności od nastroju dziecięcia). Od czasu do czasu zakupy (mniejsze i te większe). Pomiędzy tym wszystkim non stop parzę herbatkę owocową dla Najmłodszej (uwierzycie, że wypija dziennie blisko dwa litry, a czasami nawet więcej, herbaty owocowej i wody?) Jak już zoragnizujemy picie, wychodzimy na przydomowy plac zabaw w ogrodzie, gdzie Najmłodsza non stop się huśta (tzn. ja ją huśtam, bo sama jeszcze nie umie) i zjeżdża "dźźźiiiii", czyli ze zjeżdżalni, bo jest w tej dyscyplinie mistrzynią świata. Jeśli ktoś z Was pomyślał, że Najmłodsza w tym czasie bawi się SAMA, jest w ogromnym błędzie. Mówię do niej: "Ty się tutaj pobaw, a ja na chwilkę pójdę do domu", odchodzę kilka kroków mając nadzieję na chwilkę spokoju albo na błyskawiczne zrobienie czegoś, przy czym na piątym czy szóstym kroku dopada mnie córcia ze słowami: "Mama, teś idę dom". Idziemy więc razem, mała życzy sobie "Andzię, Tygryska, Misia i Szypra", ale oczywiście nie włączam jej bajki, zabieramy chrupki i wracamy do ogrodu. Na szczęście nie ma dziś upału...




Potem zaczynamy przygotowywać obiad i nagle trrrach - wyłączają nam prąd. Dzwonię więc do sąsiadki Gosi, czy u niej też wyłączyli, czy to może tylko u mnie awaria i wyskoczył korek. Gosia mówi, że też nie ma prądu i pyta mnie, co robię i czy nie wpadłabym do niej na kawkę. "Na kawkę?" - czemu nie. Tylko że do zastanowienia się zmusiła mnie pierwsza część jej pytania: co ja właściwie robię??? Czas spędzany w domu upływa mi na tym i owym, może jeszcze i na owamtym - ale na niczym konkretnym. Kręcę się po domu, krzątam się robiąc cały czas "coś" - milion małych rzeczy, a wieczorem nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co to konkretnie było... ba! ze zmęczenia nie jestem w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą, o szarych komórkach nie wspominam w ogóle. Przemierzam szlak pomiędzy kuchnią, tarasem i placem zabaw, między pralką, pająkiem do rozwieszania bielizny a deską do prasowania. Na telewizję nie mam ani czasu, ani siły, ani ochoty. A przed spaniem biorę do ręki książkę i zasypiam po przeczytaniu jednej strony (a tyle ich - tzn. książek - miałam przeczytać w trakcie tych wolnych dni).

Znajomi? Przyjaciele i krewni? Dla nich znajdę czas innym razem, jak nie będę już na urlopie, kiedy wszystko wróci do normy - ja do pracy, starsze córki do szkół, a Najmłodsza do żłobka.
Dobrze, że nie pokazałam Wam urlopowego stosiku - książki ułożyłam, zdjęcie zrobiłam, ale ...

Jak mnie ktoś zapyta, jak mi minął urlop, niewątpliwie odpowiem: "Krzątająco! Cały czas KRZĄTAŁAM SIĘ!"

niedziela, 23 sierpnia 2009

Zalotnica niebieska - Magdalena Samozwaniec

Moje uwielbienie dla poezji Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej jest, było i zawsze będzie ogromne (zostało mi to jeszcze z czasów liceum i mojej wielkiej pierwszej miłości, gdy miałam 17 lat). Pamiętam, że zaczęło się od „Fotografii”:


Gdy się miało szczęście,
które się nie trafia:

czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to - to jest bardzo mało...

- mnie w pewnym momencie została tylko ta fotografia, ukochany mnie porzucił, a ja zaczęłam szukać i pochłaniać wszystko, co spod pióra MPJ wyszło. Chyba dzięki temu udało mi się przetrwać ogromny zawód miłosny i nie skoczyć z rozpaczy z mostu w nurty rwącej rzeki (przypuszczam, że nigdy i tak by do tego nie doszło) - z tamtego okresu zachował mi się jeszcze mój papierowy pamiętnik, gdzie notatkę każdego dnia zaczynałam od wpisania jakiegoś wiersza ukochanej poetki. Ech, cudne to były czasy - dziś nie mam zbyt wiele wolnych chwil na czytanie poezji - a kiedyś? proszę bardzo - trening siatkówki, kurs niemieckiego w bibliotece, do szkoły się dojeżdżało 40 km, a oceny poniżej "dobrego" rzadko się zdarzały, za chwilę matura i egzaminy na studia- i jeszcze człowiek "tonął" w poezjach Pawlikowskiej (i nie tylko). I nie było kiedyś komputerów i internetu, w którym można znaleźć dzisiaj wszystko - kiedyś, jak się czegoś potrzebowało, trzeba było lecieć do biblioteki...

Tyle gwoli wyjaśnienia, dlaczego sięgnęłam właśnie po "Zalotnicę niebieską" Magdaleny Samozwaniec.

Prawdę powiedziawszy, biografia poetki napisana ręką młodszej siostry nie zrobiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Owszem, faktów z życia sióstr Kossak przytoczonych jest w książce ogromna ilość, ale większość z nich znałam już z innych źródeł. Smaczku dodają niektóre zdradzane przez autorkę tajemnice i sekrety, najpierw te "dziewczyńskie", a potem "panieńskie" i "małżeńskie". Dużo jest również wierszy, zwłaszcza tych z początkowego okresu twórczości, które z niewiadomych przyczyn nie znalazły się w żadnym z wydanych przez Pawlikowską tomików jej wierszy. Zachowały się one oraz listy pisane przez poetkę w rodzinnym archiwum skrzętnie przechowywane przez mamę i siostrę, i autorka wykorzystała wiele z nich pisząc biografię "Lilki". Wiersze są opatrzone komentarzami autorki i wielu przypadkach wiele wyjaśniają, np. to, że Maria bała się starości (we mnie ona też wzbudza największe obawy) - napisała o niej i jej nieuniknionych objawach mnóstwo strof, m.in.


dancing

ta pani wciąż jeszcze tańczy
wesoła jak młoda dziewczyna
lezc jest już w piękności swojej
nietrwała jak lichy jedwab
może barwy utracić na słońcu
może skurzcyć się jak etamina
a wówczas powieszą ją w szafie
pośród rzeczy o które nikt nie dba
jest ona już tylko na oko
kto ją szarpnie ten ją rozedrze NA ZAWSZE
ostrożnie z nią młodzi tancerze
bo pęknie w tysiące ZMARSZCZEK


I jeszcze jeden muszę tu przytoczyć: Starość, który powstał, gdy "Lilka" miała niespełna ... 30 lat.
Leszczyna się stroi w fioletową morę,
a lipa w atłas zielony najgładszy...
Ja się już nie przebiorę,
na mnie nikt nie popatrzy.

Bywają dziwacy,
którzy z pokrzyw i mleczów składają bukiety,
lecz gdzież są tacy,
którzy by całowali włosy starej kobiety?

Jestem sama,
Babcia mi na imię -
czuję się jako czarna plama
na tęczowym świata kilimie...

O Jezusieńku, cytować mogłabym cały dzień, ba! do końca świata i nawet o jeden dzień dłużej, ale nie o wierszach Pawlikowskiej miałam tu pisać, ale o jej biografii...
Ogromny plusem książki jest bardzo obszerne przedstawienie epoki, czyli początku XX wieku i (mojego najukochańszego okresu) 20-lecia międzywojennego. Sporo miejsca poświęcone jest opisom, co się wtedy nosiło, jak byłu urządzone domy,w jaki sposób podróżowali, jak ludzie "ze sfery" spędzali czas, z kim się spotykali (a przewinęło się tych sławnych osobistości przez dom Kossaków - i co za tym idzie przez książkę Magdaleny Samozwaniec - całe mnóstwo). Sprzyjała temu artystyczna atmosfera Kossakówki (jak nazywano ich dom rodzinny w Krakowie) - ojciec, Wojciech Kossak, malarz scen historycznych i batalistycznych miał sporo znajomości pośród przedstawicieli ówczesnej bohemy.


Co jeszcze? Poetka kochała nade wszystko przyrodę, uwielbiała malować i bardzo, ale to bardzo chciała kochać i być kochaną. To z tej jej największej tęsknoty za gorącym i płomiennym uczuciem powstała większość jej wierszy. Miała też śmiałe i awangardowe jak na owe czasy pomysły, np. do swego pierwszego ślubu poszła w błękitnej sukience, dając tym samym do myślenia zatwardziałym krakowskim dewotom i plotkarom, dlaczego nie "(...) w białej ślubnej szacie, z welonem i wianuszkiem kwiatu pomarańczowego (...)".

A co mi się nie podobało? Przede wszystkim siostrzany i rodzinny subiektywizm - ale trudno oczekiwać obiektywizmu od piszącej, jeśli się od najmłodszych lat kocha i hołubi starszą siostrę poetkę. W książce Samozwaniec wszyscy należący do rodziny albo do kręgu wielbicieli poetki lub tatusia byli "cacy", krytykujący i przeciwnicy byli "be". O tych pierwszych można przeczytać same pochwały i zabawne anegdotki, na tych drugich autorka nie pozostawia suchej nitki, często "odsądzjąc ich od czci i wiary" (często używa sformułowania "ach, cóż my możemy o tym wiedzieć" - czyżby zatem powtarzała ówczesne plotki???) np.:


"Bzowski, przy pewnym ograniczeniu umysłowym, umiał dbać o swoje interesy i własną karierę. Na tym również polegała jego przyjaźń ze znanym w arystokratycznych kołach lwowskich baronem Brunickim, zdeklarowanym pederastą, który był szalenie przeciwny małżeństwu przyjaciela z panną Kossakówną i starał się go od tego zamiaru odwieść. Znając Bzowskiego trudno przypuszczać, aby i on miał tego rodzaju perwersyjne zamiłowania - lubił być adorowany i przyjmował od barona różne świadczenia. Zresztą, co my wiemy? Może jednego porywała wybitna uroda młodego ułana, drugiego - brzydota małego, przysadzistego Brunickiego. (...)"
No właśnie, cóż można wiedzieć dokładnego w tej materii, najważniejsze, że ziarenko - powiedzmy delikatnie - nieprzychylnej niepewności, dotyczące byłego szwagra zostało zasiane. To tak na marginesie, co mnie kłuło podczas czytania.

Generalnie książka godna polecenia, określiłabym ją jako łatwą i lekką w odbiorze, nie tylko dla wielbicieli poezji MPJ, również dla laików, którzy chcieliby posmakować atmosfery i klimatu artystycznego życia sprzed blisko 100 lat...

sobota, 22 sierpnia 2009

100 tytułów BBC

Lista 100 tytułów BBC pojawia się na blogach i znika, ostatnio znów ją u kogoś widziałam i dla własnej orientacji pobawiłam się w zaznaczanie. I jak zwykle wyszło mi, że tych przeczytanych jest dużo za mało - o wiele mniej, niżbym sobie tego życzyła - tylko 14. Z listy nie wykreślam żadnego tytułu, bo chociaż jeden miałabym ochotę (naprawdę ogromną) wykreślić "Przeminęło z wiatrem", to po 1. nie mam pojęcia, jak to zrobić, a po 2. - nigdy nie wiadomo, po którą książkę się akurat sięgnie. Wielu z tych tytułów po prostu nie znam, więc nie wiem, czy są warte przeczytania czy skreślenia z listy.

INSTRUKCJA OBSŁUGI:

1. Pogrub te tytuły, które przeczytałeś/-łaś. U mnie są one tez na zapisane na biało

2. Użyj koloru przy tych, które masz zamiar przeczytać.

3. Podkreśl te książki, które kochasz/uwielbiasz/bardzo lubisz. Ja przy tych tytułach postawiłam po 10 gwiazdek **********

4. Wykreśl te tytuły, których nie masz zamiaru czytać, albo byłaś/-łeś zmuszona/-y przeczytać za czasów szkolnych i je znienawidziłaś/-łeś.

5. Umieść to na blogu.


1. Duma i uprzedzenie - Jane Austen
2. Władca Pierścieni - JRR Tolkien
3. Jane Eyre - Charlotte Bronte
4. Seria o Harrym Potterze - JK Rowling
5. Zabić drozda - Harper Lee
6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte
8. Rok 1984 - George Orwell

9. Mroczne materie (seria) - Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje - Charles Dickens
11. Małe kobietki - Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville - Thomas Hardy

13. Paragraf 22 - Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka - Daphne Du Maurier
16. Hobbit - JRR Tolkien
17 . Birdsong - Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu - JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch - George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby - F Scott Fitzgerald
23. Samotnia (w innym tłumaczeniu: Pustkowie) - Charles Dickens
24. Wojna i pokój - Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę - Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead - Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara - Fyodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu - John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów - Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame
31. Anna Karenina - Leo Tolstoy
32. David Copperfield - Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii (cały cykl) - CS Lewis
34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje - Jane Austen
36. Lew, Czarwnica i Stara Szafa - CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem - Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli (w innym tłumaczeniu: Mandolina kapitana Corellego) - Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy - Arthur Golden
40. Kubuś Puchatek - AA Milne **********
41. Folwark zwierzęcy - George Orwell
42. Kod Da Vinci - Dan Brown
43. Sto lat samotności - Gabriel Garcia Marquez
44. Modlitwa za Owena - John Irving

45. Kobieta w bieli - Wilkie Collins
46. Ania z Zielonego Wzgórza - LM Montgomery **********
47. Z dala od zgiełku - Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej - Margaret Atwood
49. Władca much - William Golding
50. Pokuta - Ian McEwan
51. Życie Pi - Yann Martel
52. Diuna - Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm - Stella Gibbons
54. Rozważna i romantyczna - Jane Austen
55. Pretendent do ręki - Vikram Seth
56. Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach - Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat - Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą (również: Dziwny przypadek z psem nocną porą) - Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy - Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie (również: O myszach i ludziach) - John Steinbeck
62. Lolita - Vladimir Nabokov
63. Tajemna historia - Donna Tartt
64. Nostalgia anioła - Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo - Alexandre Dumas **********
66. W drodze - Jack Kerouac
67. Juda nieznany - Thomas Hardy
68. Dziennik Bridget Jones - Helen Fielding
69. Dzieci północy - Salman Rushdie
70. Moby Dick - Herman Melville
71. Oliver Twist - Charles Dickens
72. Dracula - Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett **********
74. Zapiski z małej wyspy - Bill Bryson
75. Ulisses - James Joyce
76. Szklany kosz - Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki - Arthur Ransome
78. Germinal - Emile Zola
79. Targowisko próżności - William Makepeace Thackeray
80. Opętanie - AS Byatt
81. Opowieść wigilijna - Charles Dickens
82. Atlas chmur - David Mitchell
83. Kolor purpury - Alice Walker **********
84. Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary - Gustave Flaubert

86. A Fine Balance - Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty - EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom
89. Przygody Scherlocka Holmesa - Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection - Enid Blyton
91. Jądro ciemności - Joseph Conrad
92. Mały Książę - Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os - Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze - Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców (również: Sprzysiężenie osłów) - John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alece Springs - Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie - Alexandre Dumas
98. Hamlet - William Shakespeare
99. Charlie i fabryka czekolady - Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

piątek, 21 sierpnia 2009

Kolor purpury - Alice Walker


Z noty wydawcy:
Półanalfabetka Celia, bohaterka powieści, uciesznie pokracznym stylem w formie listów do Pana Boga opowiada tragiczną historię swojego życia. Była wielokrotnie gwałcona przez męża matki, pozbawiono ją dwójki dzieci, wydano za mąż za brutalnego wdowca. Nieoczekiwanie okazało się, że zadośćuczynienie za krzywdy doznane od mężczyzn kobieta może znaleźć tylko w ramionach innej kobiety. Alice Walker otrzymała za tę książkę nagrodę Pulitzera w 1983 roku. Powieść sfilmował Steven Spielberg, a w głównej roli wystąpiła Whoopi Goldberg .



Droga Celio!

Arz mnom zdrowo zatrząhło, jak żem przeczytała o twojem życiu w tej ksionszce, co to jom Alis Łoker o tobie napisała. Jak ładnie napisała, tak ładnie i porzonnie, rze my jom sobie z Ka.- mojem chopem nawzajem wyrywalim i czytalim, trochu my pojedlim, pospalim i dalijj od nowa stale i wciąż czytalim i czytalim, bo my trochu urlopu mielim to i go razem spendzalim. Ka. w końcu wzioł i mi ksionszke wyjoł z ronk, bo on powiada zara do Nimiec jedzie i bez ten czas do wyjazdu przeczytać musi. Bardzo mie to ucieszyło bo odkąt pamientom, to to jest pirwszo ksionszka jakom przecztoł.

Oj, trzy światy miałaś kochana Celio z tem twojem chłopem – panem ------. Płakać mi sie chciało, jak cie poniwiroł, jak cie po pysku abo dzie popadnie proł. Tak samo jak ty byłam wtedy zestrachano. Jegu dzieciami się zajmowałaś, bo mu kobita pomarła, prałaś mu i sprzątałaś, gotowałaś i pod nos podsuwałaś, a on cie za nic mioł – ot jeszczy jedyn mebel w domu, dejmy na to taburet ino rze taburet w wianie krowy nie wnosi, a ty krowe miałaś jak sie z tobom ożenił. Z Nettie kochanom siostrom na 30 lat cie rozdzielił, a potem stale i wciąż listy od niej do kufra chowoł żebyś myślała że ona nie żyje. Zły i niedobry chop to był i mówie ci Celia, dobrze zrobiłaś, żeś go wreszcie w trombe puściła. Łajdak jedyn, łachudra i pokraka, myśloł, że gupiom kobite w domu mo, ale ty nie gupio boś w końcu na oczy przejrzała i z Cuksą do Memphis pojechałaś. Dobrze, żeś ty na tom Cukse w życiu trafiła, niby co by to było dalej z twojem życiem żebyś ty od niego nie odjachała. I tak smutne to życie miałaś... A tak to i przyjaźni i kochaniożeś posmakowała. Mie to sie najbardziej Sofia podobała – nie dała się chopu po pysku prać, a tako silno i krzepko była rze sama mu jego pysk obiła. Myśle rze jo to tysz chiba tako jak Sofia bym była i do bitki, i do wypitki i żadnemu menszczyźnie nie dałam bym sobie gemby obijać. Ale jo wjym, wjym – letko tak sobie godać, jak się chopa dobrego mo a nie takiego skurczysyna jak ten twój Albert -----. I jeszczy lekciej się godo, jak to bicie i poniewjyranie, gwałcenie i cierpjynie nos nie dotyko.
Alealealeale... ja nie po to piszem, żeby wspominki robić - ja u ciebie spodnie chciałam zamówić bo te coś mojemu chopowi na zeszłorocznom Wielkanoc poszyła już mu się na dupie przetarły – tak lubioł w nich chodzić rze nic innego i o niczym innym słyszeć nie chcioł ino stale i wciąż je ubiroł, no to się wzieny i przetarły. Dwie pary mu uszyj, bo on tera do Nimiec pojechoł do roboty, to mu się tam przydadzom. Jak pojadem na Gwiazdke to mu zabierem. A jak kiedyś do Ameryki polece, to cie z miłom chenciom odwiedze, abo ty mie odwieć, jakbyś w Polsce przypadkiem była, bo cie strasznie polubiłam.

Twoja przyjaciółka na zawsze
Kate

środa, 5 sierpnia 2009

Stern ohne Himmel - Leonie Ossowski


A u mnie znów II wojna światowa, i znów Leonie Ossowski. Pewnie ktoś znudzony tematyką i autorką powie, że "ta baba mogłaby już z tym skończyć" - ale, Kochani, po tej "niezabogatej" "Białej Masajce" musiałam sięgnąć po coś, czego w zasadzie mogłam być pewna. Poczciwa, stara Ossowski jest zawsze tak samo dobra, jak nie przymierzając Mercedes - do jakiegokolwiek typu tego auta by się nie wsiadło, zawsze jest to Mercedes - ta marka mówi sama za siebie. Tak samo jest z literaturą Leonie Ossowski - jakiej by książki nie wziąć do ręki, zawsze jest to kawał dobrej literatury. Co ciekawe - z książki na książkę, mam wrażenie, lepszej niż poprzednio czytane. O mojej ukochanej autorce pisałam przy okazji wcześniejszych recenzji - jej osobę i twórczość przedstawiłam już tu (dla ewentualnych zainteresowanych), a następnie opisałam kolejne jej książki tu , tu i tu. A dzisiaj "Stern ohne Himmel", powieść w zasadzie dla młodzieży, ale tak na dobrą sprawę, to nieważne, ile ma się lat - jeśli coś jest dobre, to trzeba po to sięgnąć. Nie możemy przestać czytać o II wojnie światowej, ani inni nie mogą przestać o niej pisać - ten rodzaj literatury to wspaniały środek na pamiętanie, nawet jeśli się nie przeżyło tego okrutnego czasu samemu.
O samej książce opowiem bardzo krótko: Akcja powieści rozgrywa się w ostatnich dniach wojny, kiedy to banda dzieciaków, bawiąc się w ruinach zbombardowanego domu, dokonuje niesamowietgo odkrycia, a mianowicie odnajdują ukryty tam magazyn żywności. Grupka przyjaciół cieszy się niesamowicie ze swego znaleziska, ale już wkrótce okazuje się, że jest jeszcze ktoś, kto poznał ich tajemnicę. Tym kimś jest Abiran, 15-letni żydowski uciekinier z obozu koncentracyjnego. Czy potraficie sobie wyobrazić rozterki targające tymi niemieckimi dzieciakami? Muszą zdecydować, czy pomogą mu się ukrywać, czy może wydadzą go niemieckim władzom. Muszę przyznać, że Leonie Ossowski jest mistrzynią opisów wojennej rzeczywistości. U niej nic nie jest albo czarne, albo białe - ona nie osądza, a pozwala czytelnikowi uzmysłowić sobie własne poglądy na nazistowskie Niemcy, nazistowskie społeczeństwo i nazistowskie zbrodnie. Co mi się szczególnie podobało, to to, że powieść jest napisana bardzo realistycznie, ale też bez zbytniego epatowania okrucieństwami wojny, bez niepotrzebnego zadęcia autorki, że "oto ja, która ten czas przeżyłam, jako jedyna mam monopol na opowiadanie o owym czasie". Nic z tych rzeczy. U Ossowski typowe jest to, że wiele kwestii poznaje się z różnych punktów widzenia, właściwych zarówno dla kogoś, kto jest Żydem, jak i jego nazistowskiego prześladowcy. Ta lektura to doskonała okazja do zastanowienia się nad minionym czasem, tym bardziej, tym bardziej, że już niebawem będziemy obchodzić okrągłą 70-tą rocznicę wybuchu II wojny światowej.

Wydanie kieszonkowe: 174 strony
Wydawnictwo: Heyne Verlag (1. marca 1989)
Język powieści: niemiecki
ISBN-10: 3453029283
ISBN-13: 978-3453029286
Rozmiar: 18,8 x 12,1 x 2 cm

niedziela, 2 sierpnia 2009

Biała Masajka - Corinne Hofmann

"Biała Masajka" to książka, którą przeczytałam na okoliczność mojego uczestnictwa w "Kolorowym czytaniu" ze względu na kolor biały w tytule. Książka została napisana przez młodą Szwajcarkę, Corinne Hofmann, która w tym swoistym pamiętniku zapisała swoje życie na przełomie kilku lat spędzonych w afrykańskim buszu, u boku Lketingi, masajskiego wojownika.

Nie potrafię jeszcze zebrać moich wszystkich myśli i odczuć po lekturze tej książki. Sięgnęłam po nią po bardzo entuzjastycznej rekomendacji mojej przyjaciółki. Zachwycona "Białą Masajką" sama mi ją przywiozła ze słowami: "Czytaj, czytaj - ja zabieram Klarkę na spacer, a ty czytaj. Jak znam życie, to jeśli zaraz nie zaczniesz jej czytać, to będzie leżeć na półce, aż nie poproszę o jej zwrot. Czytaj, kochana, o nic się nie martw". Co miałam zrobić, zaczęłam czytać - przyjaciółka nie zostawiła mi żadnego wyboru...

Nie wiem, co jest dziś silniejsze - moje poirytowanie postępowaniem autorki, jej naiwnością, krótkowzrocznością, czy może jednak jest to w pewnym sensie podziw - jakby nie było, dla miłości rzuca wszystko - całe swoje dotychczasowe życie, rodzinę i przyjaciół, pracę, dobrze prosperujący butik - i poślubia dumnego Masaja, mając nadzieję na wspaniałe życie u jego boku, wielką życiową przygodę w Afryce, poznanie nowych ludzi. Oboje znają kilka słów po angielsku, a mimo to udaje im porozumieć. Tylko, że ja mam nieodparte wrażenie, że cała ta miłość i ślub są jakieś takie naciągane. Masaj w ogóle nie mówi o uczuciu, bardziej zajęty jest swymi kolegami i kolorowymi koralikami na szyi niż naszą bohaterką i autorką w jednej osobie. Jest raczej zdumiony jej kolejnymi przyjazdami do Kenii i okazywanym mu zainteresowaniem z jej strony.

Po długim namyśle dochodzę jednak do wniosku, że książka bardziej mnie denerwowała niż mi się podobała. W wielu momentach myślałam o bohaterce nawet "jaka ona głupia", ale jest coś takiego w tym, co Hofmann opisuje, co nie pozwala się oderwać od czytanego tekstu i każe czytać dalej. Ciekawość innego świata? Ciekawość, jak zareaguje czy jak sobie poradzi z jakimś problemem? Nie wiem, to wszystko jeszcze jest za świeże. Faktem jest, że może podobać się czytelnikowi upór Corinne, jej determinacja, z jaką dosłownie walczy o załatwienie paszportów i wiz dla męża i córki; fantazja, która pozwala jej kupować kolejne zdezelowane auta i jeździć nimi po afrykańskich bezdrożach; odwaga i siła, z jakimi prowadzi sklep w małej afrykańskiej wiosce; zdecydowanie, które pomaga jej działać, gdy inna kobieta ma kłopoty podczas porodu - to tylko kilka przykładów przemawiających na korzyść autorki. W większości jednak, uczuciem, które mi towarzyszyło podczas lektury była zwyczjna irytacja, że autorka nawet nie zrobiła sobie szczepień wyjeżdżając do Kenii, że miłość do Lketingi tak ją zaślepiła, że nie widziała tego, jak wiele różnic kulturowych ich dzieli, jak bardzo przedmiotowo on ją traktuje, złościło mnie, że ona nie widzi jego - nie wiem - lenistwa czy nieróbstwa - był przecież wojownikiem, a dumni masajscy wojownicy nie kalają się pracą. Jej zaślepienie jest ogromne. Tylko, że mnie spokoju nie dawała myśl, co ona sobie po tym związku obiecywała, czego oczekiwała? Jasne jest przecież to, że Masaj wychowany w tradycji plemiennej nie bierze sobie żony, żeby po ślubie iść do pracy i pracować na utrzymanie nowej rodziny - sytuacja jest zupełnie odwrotna - to żona musi się wszytskim zająć, wyżywieniem i utrzymaniem rodziny. Zderzenie tych dwóch kultur jest tak ogromne, że nie sposób o tym nie myśleć jeszcze jakiś czas po przeczytaniu "Białej masajki" - a wierzcie mi, naprawdę jest nad czym myśleć i zastanawiać się. Czy ktoś z Was byłby gotów poświęcić wszystko dla takiej miłości? Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co byście powiedzieli, gdyby córka przyszła i powiedziała: "Mamo, tato - wychodzę za Masaja i wyjeżdzam do Afryki, będziemy się widywać raz w roku, albo i rzadziej" - czy ktoś z Was zastanawiał się nad tym? No, oczywiście - sprawa jest jasna - nie ma co łamać sobie głowy na zapas - jak córka tak kiedyś powie, to będziemy myśleć (choć i tak z pewnością niewiele zdziałamy - na miłość nie ma przecież lekarstwa). Ale ja Wam jedno powiem po lekturze "Białej masajki" - ja mam trzy córki, i pewna myśl nie daje mi spokoju...

Autor: Corinne Hofmann
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka
Wydawca: Platon

Liczba stron: 304

sobota, 1 sierpnia 2009

Los utracony - Imre Kertész

Literacka Nagroda Nobla 2002 "za pisarstwo, które wynosi doświadczenia jednostki ponad przeciwieństwa brutalnej historii".


Imre Kertesz urodził się 9 listopada 1929 roku w Budapeszcie w ubogiej rodzinie żydowskiej. W roku 1944, jako 15-latek został wywieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, a następnie przeniesiony do Buchenwaldu. Bolesne doświadczenia spowodowane pobytem w obozach wywarły głęboki wpływ na jego późniejszą twórczość. Po powrocie na Węgry, w 1948 roku, zaczął pracować w gazecie "Vilagossag", ale w 1951 został zwolniony, gdy gazeta przyjęła linię partii komunistycznej. Po odbyciu 2-letniej służby wojskowej Kertesz pracował jako niezależny pisarz i tłumacz autorów niemieckich, takich jak Nietzsche, Schnitzler, Freud, Roth, Wittgenstein, Hofmannstahl i Canetti. Jest laureatem wielu węgierskich i zagranicznych nagród literackich, m.in. Brandenburger Literaturpries (1995), Liepziger Buchpreis (1997) oraz WELT-Literaturpreis (2000).


O II wojnie światowej i jej okropieństwach napisano już z pewnością miliony stron i z pewnością drugie tyle zostanie jeszcze napisane w przyszłości - tak wielu ludzi opowiedziało czytelnikom na całym świecie o swoich strasznych przeżyciach i doświadczeniach oraz o ich wpływie na dalsze ich życie, że w zasadzie można by już stwierdzić, że jeśli o II wojnę chodzi, to już niewiele jest nas w stanie zadziwić, przerazić albo zszokować. W zasadzie to można by też sobie powiedzieć: "O II wojnie światowej przeczytałam już tyle książek, że nie muszę czytać żadnej innej". Ja właśnie tak myślałam - do momentu, aż nie sięgnęłam po "Los utracony" Kertesza. Okazuje się, że temat II wojny to przysłowiowa studnia bez dna i ilu autorów, tyle wizji i poglądów, ilu autorów - tyle jej naróżniejszych obliczy. Niezmienne jest tylko to, że kto tę wojnę przeżył, nigdy tak do końca nie otrząsnął się z tragicznych wspomnień tamtego okresu.


"Los utracony" po raz pierwszy opublikowano w 1975 r., ale - mimo, że to najgłośniejsza powieść Kertesza - nie od razu zyskała popularność. Kertesz oparł fabułę tej powieści na swoich tragicznych doświadczeniach wyniesionych z pobytów w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Wprawdzie nosi ona znamiona autobiografii, nie można jej jednak sklasyfikować jako powieść autobiograficzną.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest 14-letni chłopiec, Żyd z Budapesztu, który pewnego dnia w drodze do pracy zostaje aresztowany w "łapance" i trafia do obozu w Oświęcimiu, a następnie do obozu w Buchenwaldzie. Czytając ten zadziwiający "reportaż" z tamtych wydarzeń można ulec złudzeniu, że ten chłopak nie opowiada o obozie koncentracyjnym, o esesmanach i gestapowcach, ale o normalnym życiu normalnego nastolatka - bohater Kertesza jest do bólu naiwny i dziecinny i wszystko odbiera jako wspaniałą przygodę, a mnie... irytuje i mam ochotę wykrzyczeć mu w tym momencie kilka słów prawdy o faszystach. Obozowe życie jawi mu się jako to "prawdziwie szczęśliwe", on sam przystosowuje się do warunków nowego życia z zadziwiającą łatwością, ba! - nie rozumie współwięźniów, którzy nie godzą się z tym, co ich spotkało i podejmują próby walki. Cieszy się, gdy po przybyciu do Oświęcimia widzi boisko do piłki nożnej - myśli, że razem z chłopakami pograją sobie po pracy. Cieszy się też, że będzie pracować - nie będzie się musiał nudzić.
Przyznaję, że z takim przedstawieniem życia i relacji w obozie koncentracyjnym spotkałam się po raz pierwszy. Pamiętam lekturę innych książek - np. "Otwierają się bramy obozów" czy "Pożegnanie z Marią" - których przekaz jest o wiele bardziej drastyczny, brutalny i dosadny. U Kertesza czytelnik spokojnie, bez większych emocji (poza irytacją np. w moim przypadku) jedzie bydlęcym wagonem w nieznane, przystosowuje się do obozowych warunków, nikogo nie obwinia ani nie ocenia, ba! - tłumaczy i usprawiedliwia postępowanie strażników.

"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś
nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."


Imre Kertesz "Los utracony"
wydawca: Wydawnictwo W.A.B.

tytuł oryginału: Sorstalansag
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 2002
nr wydania: IISBN: 83-88221-68-X
liczba stron: 270
kategoria: literatura faktu
tłumacz: Krystyna Pisarska
projekt okładki: Zuzanna Lewandowska
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
okładka: miękka

piątek, 31 lipca 2009

Herrn Rudolfs Vermächtnis - Leonie Ossowski


Ostatnia wola pana Rudolfa

Jak ta Leonie Ossowski to robi, że po wzięciu jej powieści do ręki nie można się od jej stronic oderwać? „Herrn Rudolfs Vermächtnis” jest kolejną świetną książką autorstwa tej niemieckiej pisarki, która jest nie tylko bardzo uważną obserwatorką, ale przede wszystkim znawczynią ludzi i ich psychiki, a przy tym mistrzynią pióra – usidliła mnie swymi opowieściami i swoim stylem. Kocham Leonie Ossowski i to jak ona pisze – nic na to nie poradzę, czy Wam się to podoba, czy nie.

Jest wojna. Zima. Rok 1944. I jest też sześć sierotek, które po śmierci matki uciekają z terenów Prus Wschodnich i marzą o tym, aby przedostać się do Niemiec. Czwórka z nich to rodzeństwo: Lotte, Ute, Kurt i Stefan, dwie pozostałe sierotki to ich kuzynowie Thomas i Karl. Ossowski przedstawia w swojej powieści nie tylko tych sześciu bohaterów (w zasadzie każdy z rozdziałów jest poświęcony jednemu z nich), ich wspólną drogę i zmagania, ale również walkę – często jest to walka pomiędzy nimi samymi, przeciwko sobie, np. o kromkę chleba, o kąt do spania czy po prostu – o przeżycie. Różnie się ich losy układają, wspólne drogi rozchodzą się w cztery świata strony. Po bardzo wielu latach wydarza się jednak coś, co wywraca ich życie do góry nogami. Rudolf, adopcyjny ojciec jednego z naszych bohaterów umiera i jego ostatnim życzeniem jest, aby jego syn zaprosił swoich kuzynów na pogrzeb – marzy mu się pojednanie po latach, wybaczenie wzajemnych win i krzywd. Ale co zrobić, gdy w oczach tych ludzi znów pojawia się strach, zagubienie i wzajemna nienawiść? Leonie Ossowski zabiera nas w podróż do czasów wojennego dzieciństwa, naznaczonego nieodwracalnymi przeżyciami, opowiada nam o tamtych zdarzeniach z perspektywy dorosłych już dziś mężczyzn i kobiet – tylko czy wymazanie tamtego okresu i całego jego okrucieństwa po 50 latach jest w jakiś sposób możliwe? Czy bohaterowie wybaczą sobie nawzajem i zapanuje pokój? Autorka stawia wiele pytań, komentuje okropności wojny nie poddając ich jednocześnie surowej ocenie i nie ubarwiając niczego niepotrzebnie.

„Herrn Rudolfs Vermächtnis” jest dla mnie kolejnym dowodem wielkiego mistrzostwa Leonie Ossowski. To moja czwarta – jak dotąd – książka tej autorki i na pewno nie ostatnia. Trochę smutna, ale i czasy które opisuje do wesołych nie należały...


Wydawnictwo: Ullstein Tb (Grudzień 2007)
Język powieści: niemiecki
ISBN-10: 3548267688
ISBN-13: 978-3548267685
Rozmiar: 18,8 x 12 x 2,2 cm

czwartek, 30 lipca 2009

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz - Lisa See

Chiny to w tej chwili kraj nr 1 na mojej liście marzeń - chciałabym tam kiedyś pojechać, a ochoty na tę wyprawę nabrałam dzięki lekturze "Kwiatu Śniegu i sekretnego wachlarza" Lisy See. Do tej pory nie czytałam jeszcze żadnej powieści z tego rejonu świata, choć muszę przyznać, że książka ta przeleżała na mojej półce już jakiś czas - obawiałam się, że bedzie to coś w rodzaju Memoirs of a Geisha (filmu, który jakiś czas temu obejrzałam).
Na szczęście okazało się, że niewiele mają ze sobą wspólnego poza złym traktowaniem kobiet...

"Kwiat Śniegu i sekrteny wachlarz" to historia przyjaźni dwóch chińskich laotong - dziewczynek, a poźniej kobiet, które pochodziły z rodzin o bardzo zróżnicowanym statusie społecznym; to historia przyjaźni na całe życie, o wzajemnej lojalności i miłości w tym jakże innym od naszego świecie. Autorce udało się w sposób bardzo naturalny i realistyczny oddać wartości zhierarchizowanego społeczeństwa XIX-wiecznych Chin - przywiązanie do tradycji i obrządków, które były ponad wszystko i wszystkimi - np. jak nakazywał obyczaj, matki krępowały swoim 6-letnim córkom stopy ciasnymi bandażami, aby w efekcie kości ich stóp połamały się, a po 2 latach krępowania ich palce spotkały się z piętą, tworząc tak upragnione przez mężczyzn lilie o dłgości 7 cm, na których kobietom trudno było się poruszać i w rzeczywistości spędzały całe swoje życie na piętrach swoich domów, w izbach dla kobiet. Zajmowały się tam szyciem, haftowaniem i tkaniem, a dla umilenia sobie czasu śpiewały sobie lub opowiadały różne historie.
Przyznaję szczerze, że opisy krępowania stóp tych małych dziewczynek, ich cierpienie i ból były dla mnie największym barbarzyństwem, o jakim ostatnio czytałam, i to mnie poruszyło do tego stopnia, że płakałam nad książką jak przysłowiowy bóbr.

Dzięki książce udało mi się poznać życie w dawnych Chinach, dowiedziałam się o wpływie konfucjanizmu na życie Chińczyków, o obyczajach i tradycjach nieznanych nam, wychowanym we współczesnej kulturze Zachodu, o hierarchii nie tylko w chińskim społeczeństwie, ale przede wszystkim w chińskiej rodzinie - pozycję w rodzinie określa kolejność narodzin oraz płeć dziecka, którego w zasadzie do 5 roku życia nie traktuje się poważnie ze względu na wielką umieralność. Natomiast na pozycję społeczną największy wpływ ma pochodzenie oraz zamożność rodziny i piastowane przez jej członków urzędy.

Oprócz wspomnianego już wcześniej krępowania stóp Lisa See przedstawia czytelnikom aranżowanie małżeństw, zawieranie związków przyjaźni laotong albo zaprzysiężonych sióstr. I mimo, że akcja opisanych wydarzeń ma charakter bardzo statyczny, to muszę przyznać, że książka wciąga w swój nurt od pierwszej strony i trzyma czytelnika w napięciu aż do ostatniej. Ja nie mogłam się od niej oderwać, tak ekscytująca była dla mnie ta czytelnicza podróż w nieznane mi dotąd rewiry naszpikowane obco i trochę niewiarygodnie brzmiącymi nazwami - laotong, nu shu, Dni upinania włosów, Święto chwytania chłodnych podmuchów.

Trudno mi oceniać, na ile obraz Chin przedstawiony przez Lisę See jest rzetelny - nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, nie mam też możliwości porównania z innymi źródłami -informacje pozostałe mi ze szkolnych lekcji historii czy geografii, jak również z gazet czy telewizji, na temat życia w Chinach określiłabym jako bardzo "śladowe". Ale dla mnie, jako laika, "Kwiat Śnegu i sekretny wachlarz" to bardzo interesująca chińska lekcja historyczno - obyczajowa:-))


Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz (okładka miękka)
Autor: Lisa See
Wydawnictwo:
Świat Książki , Wrzesień 2005
ISBN:83-247-0147-8
Liczba stron:352
Wymiary:125 x 200 mm

środa, 29 lipca 2009

Projekt NOBLIŚCI

Ruszyło nowe wyzwanie czytelnicze "NOBLIŚCI" - zorganizowane przez Annę. To świetny pomysł, bo za mną tak samo, jak za nią, chodziło przekonanie, że noblistów czytać należy - a że braki w tej dziedzinie w moim przypadku są pokaźne, postanowiłam je przy okazji nowego wyzwania nadrobić. Wyzwanie nie jest ograniczone żadnym terminem - można czytać i czytać, i jeszcze raz czytać - bez końca...

Na biało zaznaczyłam sobie autorów, których przeczytałam - nie jest ich wielu - ale od czego to wyzwanie? Nadrabiać zaległości czas zacząć:-)))

W trakcie trwania wyzwania, jak tylko przeczytam jakiegoś autora, zaznaczę go na różowo
1901 Sully Prudhomme, Francja
1902, Theodor Mommsen, Niemcy
1903 Bjornstherne Bjornson, Norwegia
1904 Frédéric Mistral, Francja José Echegaray, Hiszpania
1905 Henryk Sienkiewicz, Polska("Krzyżacy", "W pustyni i w puszczy", "Quo vadis", "Pan Wołodyjowski", "Potop", "Ogniem i mieczem", "Rodzina Połanieckich", "Latarnik", "Szkice węglem", inne nowele )
1906 Giosuè Carducci, Włochy
1907 Rudyard Kipling, Wlk. Brytania
1908 Rudolf Eucken, Niemcy
1909 Selma Lagerlöf, Szwecja ("Cudowna podróż")
1910 Paul Heyse, Niemcy
1911 Maurice Maeterlinck, Belgia
1912 Gerhart Hauptmann, Niemcy ("Die Weber")
1913 Rabindranath Tagore, Indie
1914 ------
1915 Romain Rolland, Francja
1916 Verber von Heidenstam, Szwecja
1917 Karl Gjellerup, Dania,
Henrik Pontoppidan, Dania
1918 ------
1919 Carl Spitteler, Szwajcaria
1920 Knut Hamsun, Norwegia
1921 Anatole France, Francja

1922 Jacinto Benavente, Hiszpania
1923 William Butler Yeats, Irlandia
1924 Władysław Reymont, Polska("Chłopi")
1925 George Bernard Shaw, Irlandia
1926 Grazia Deledda, Włochy
1927 Henri Bergson, Francja
1928 Sigrid Undset, Norwegia("Krystyna córka Lavransa")

1929 Thomas Mann, Niemcy ("Der Tod in Wenedig")
1930 Sinclair Lewis, USA

1931 Erik Axel Karlfeldt, Szwecja
1932 John Galsworthy, Wlk. Brytania
1933 Iwan Bunin, ZSRR
1934 Luigi Pirandello, Włochy
1935 -----
1936 Eugene O'Neill, USA
1937 Roger Marin du Gard, Francja
1938 Pearl S. Buck, USA
1939 Frans Eemil Sillanpää, Finlandia
1940 -----
1941 -----
1942 -----
1943 -----
1944 Johannes Vilhem Jensen, Dania
1945 Gabriela Mistral, Chile
1946 Hermann Hesse, Szwajcaria
1947 André Gide, Francja
1948 Thomas Stearns Eliot, Wlk. Brytania
1949 William Faulkner, USA
1950 Bertrand Russel, Wlk. Brytania
1951 Pär Lagerkvist, Szwecja
1952 Francois Mauriac, Francja
1953 Winston Churchill, Wlk. Brytania
1954 Ernest Hemingway, USA("Stary człowiek i morze", "Komu bije dzwon")
1955 Halldór Laxness, Islandia
1956 Juan Ramón Jiménez, Hiszpania
1957 Albert Camus, Francja ("Dżuma")
1958 Boris Pasternak, Rosja
1959 Salvatore Quasimodo, Włochy
1960 Saint-John Perse, Francja
1961 Ivo Andrić, Jugosławia
1962 John Steinbeck, USA
1963 Giorgos Seferis, Grecja
1964 Jean-Paul Sartre, Francja
1965 Michaił Szołochow, ZSRR
1966 Samuel Josef Agnon, Izrael, Nelly Sachs, Szwecja
1967 Miguel Ángel Asturias, Gwatemala
1968 Yasunari Kawabata, Japonia
1969 Samuel Beckett, Irlandia
1970 Aleksander Sołżenicyn, ZSRR
1971 Pablo Neruda, Chile
1972 Heinrich Böll, Niemcy ("Ansichten eines Clowns")
1973 Patrick White, Australia
1974 Eyvin Johnson, Szwecja, Harry Martinson, Szwecja
1975 Eugenio Montale, Włochy
1976 Saul Bellow, USA
1977 Vicente Aleixandre, Hiszpania
1978 Isaak Bashevis Singer Polska/USA
1979 Odysseas Elytis, Grecja
1980 Czesław Miłosz, Polska( poezje)
1981 Elias Canetti, Wlk. Brytania
1982 Gabriel Garcá Márquez, Kolumbia
1983 William Golding, Wlk. Brytania

1984 Jaroslav Seifert, Czechosłowacja
1985 Claude Simon, Francja
1986 Wole Soyinka, Nigeria
1987 Joseph Brodsky, USA
1988 Nagib Mahfuz, Egipt
1989 Camilo José Cela, Hiszpania
1990 Octavio Paz, Meksyk
1991 Nadine Gordimer, RPA
1992 Derek Walcott, St. Lucia
1993 Toni Morrison, USA
1994 Kenzaburo Oe, Japonia
1995 Seamus Heaney, Irlandia
1996 Wisława Szymborska, Polska(wiersze)
1997 Dario Fo, Włochy
1998 José Saramago, Portugalia
1999 Günter Grass, Niemcy ("Blechtrommel", "Das Treffen in Telgte")
2000 Gao Xingjian, Francja
2001 V.S. Naipaul, Trynidad i Tobago
2002 Imre Kertész, Węgry (Los utracony - 1.08.2009)
2003 J.M. Coetzee, RPA
2004 Elfriede Jelinek, Austria
2005 Harold Pinter, Wlk. Brytania
2006 Orhan Pamuk, Turcja
2007 Doris Lessing, Wlk. Brytania ("Lato przed zmierzchem")
2008 Jean-Marie G. le Clézio, Francja
2009 Herta Müller, Niemcy

czwartek, 16 lipca 2009

Ali i Nino - Kurban Said

Moje czytanie peryferyjne zaczynam od Gruzji - zupełnie przypadkiem, bo listy lektur do dziś nie stworzyłam, a w bibliotece niewielki był wybór. Padło na "Ali i Nino" autorstwa Kurbana Saida, ponieważ jeszcze nigdy w życiu niczego z Gruzji i o Gruzji nie czytałam. Książeczkę (zaledwie 239 stron) wydano po raz pierwszy w 1937 r. w Wiedniu i tak naprawdę do 1999 r. nie było wiadomo, kim właściwie był Kurban Said. Niektóre z tez głosiły, że był Tatarem. Zagadkę pochodzenia tajemniczego autora rozwiązał w 1999 amrykański dziennikarz, Tom Reiss - w wyniku przeprowadzonych przez niego badań okazało się, że "Kurban Said" to literacki pseudonim Lwa Nissenbauma, urodzonego w 1905 w Baku jako syn niemieckiego Żyda, prowadzącego swoje interesy na terenach zakaukaskich. Hipotez na temat Nissenbauma, jego pochodzenia i burzliwych losów jego życia było bardzo wiele - do dziś w zasadzie nie wiadomo niczego pewnego - większość faktów poprzedzanch jest słowami "rzekomo" i "prawdopodobnie".

O samej Gruzji wiedziałam do tej pory bardzo niewiele - była republika radziecka, która wiosną 1991 roku opowiedziała się za swoją niepodległością i suwerennością, a z wiadomości z ostatnich dni dowiedziałam się, że Gruzję właśnie opuścili ostatni obserwatorzy ONZ, gdyż z powodu rosyjskiego weta nie udało się Radzie Bezpieczeństwa przedłużyć swojej misji w tym rejonie. No cóż, moja ignorancja dotycząca wiedzy o tym państwie jest - powiedzmy - znaczna, ale trochę w tej dzidzinie udało mi się nadrobić - dzięki mojej ostatnio przeczytanej wakacyjnej lekturze.


"Ali i Nino" to historia miłości azerskiego muzułmańskiego Romea (Ali Chan Szirwanszir) i gruzińskiej chrześcijańskiej Julii (Nino Kipiani), napisana w taki sposób, że podczas czytania trudno oderwać się od stron powieści. Można się przy niej nie tylko śmiać, ale również płakać ze wzruszenia albo smutku - to książka, która nikogo nie pozostawi obojętnym na to, co opisuje - wielkie uczucie dwojga młodych ludzi z wielką historią w tle (wybuch I wojny światowej, Rewolucja Październikowa, powstanie i upadek pierwszego niepodległego Azerbejdżanu). "Ali i Nino" była dla mnie wspaniałym doświadczeniem, doskonale oddającym charakter i klimat tamtego rejonu świata - wspaniałe opisy sprawiają, że chciałoby się tam pojechać i zwiedzić te nieznane nam do tej pory tereny - przejść się starymi, urokliwymi uliczkami przepięknych miast (Baku, Tyflis czy Szuszy) czy poczuć pod stopami parzący złoty piasek pustyni. Co mnie bardzo pozytywnie uderzyło w powieści, to serdeczność ludzi i ich wzajemna otwartość - wspólne biesiadowanie, świętowanie przy ogniskach i wtórze charakterystycznej, wschodniej muzyki. Bardzo interesujące dla nas, wychowanych w kulturze europejskiego Zachodu, są rodzinne zwyczaje, przywiązanie do tradycji i rodziny oraz religii przyprawione - jak dla mnie - nutką fanatyzmu. I co w dzisiejszych czasach rzadko spotykane - umiłowanie tych ludzi do poezji (w książce autor opisuje nie tylko uczty z udziałem poetów, ale również wioski zamieszkane tylko przez tych artstów oraz ich wielkie pojedynki, obserwowane przez tłumy publiczności).


Dla mnie była to wielka czytelnicza uczta - udział w takich wprost uwielbiam... 6/6
Autor: Kurban Said
Wydawnictwo:
Świat Książki
Liczba stron: 240
Format: 13x20,5 cm, oprawa twarda
ISBN: 83-7391-126-X
Rok wydania: 2004

środa, 15 lipca 2009

A po burzy zawsze słońce...

Nad naszym miasteczkiem przeszła dziś straszna nawałnica, nagle zrobiło się ciemno jak w nocy, a z nieba oprócz zwyczajowego deszczu spadł grad. Z okna mojego biura nie było nic widać. Rzecz działa się o 14.50, a gdy 10 minut później jechałam do domu, u nas zaświeciło przecudne słońce, "pompa" natomiast przeniosła się w tym czasie nad centrum.




Prawda, że pięknie kontrastuje ten biały budynek z granatowym odcieniem nieba? Ale szczerze przyznaję, że przez moment powiało grozą...

wtorek, 14 lipca 2009

Marcowe fiołki - Philip Kerr

Zbrodnia z nazistowskim Berlinem w tle

Tytuł spodobał mi się już w momencie, gdy ujrzałam tę powieść w zapowiedziach wydawniczych na ten rok, ale przyznam szczerze, że sama już nie wiem dokładnie, co wtedy z nim, z tymi marcowymi fiołkami skojarzyłam, ale chyba podziałał na mnie tak jakoś wiosennie – w kalendarzu był wtedy styczeń, a za oknem zimno i buro. Okazuje się, że „Marcowe fiołki” Philipa Kerra z wiosną mają niewiele wspólnego, babskim czytadłem również nie są na pewno. Jak więc je określić? Ja pokusiłabym się o takie stwierdzenie: Świetny kryminał wpisany w wielką historię nazistowskich Niemiec 1933 roku. Mianem „marcowych fiołków” określano w owym czasie karierowiczów z NSDAP, którzy po wygranych marcowych wyborach przez partię Hitlera masowo wstępowali w jej szeregi (w pewnym momencie kandydatów było tak wielu, że nawet wstrzymano przyjęcia nowych członków) – posiadanie partyjnej legitymacji było dla nich nadrzędnym celem, a prywata, korupcja i czarny rynek kwitły jak nie przymierzając dzisiaj swobody obywatelskie narodu amerykańskiego. Kerr w doskonały sposób oddaje realizm tamtych czasów, trzymając się historycznych faktów i oszczędzając nam swojego fantazjowania. Bardzo przyjemnie czyta się opisy przedwojennego Berlina i przygotowań do olimpiady.


Główny bohater, prywatny detektyw Bernhard Gunther, chodzi w kapeluszu i długim płaszczu, jeździ czarnym Hanomagiem, o proszszsz.... takim właśnie - tak przypuszczam (już za samo posiadanie TAKIEGO samochodu będę Berniego uwielbiać po wsze czasy. Wprawdzie modeli Hanomaga z tamtego okresu znalazłam kilka, ten jednak podoba mi się najbardziej:-)

Bernie Gunther w rozwiązywaniu prowadzonych spraw i śledztw wykorzystuje swoje i innych koneksje. Kiedyś pracował jako oficer policji kryminalnej na Aleksie, obecnie jest prywatnym detektywem. Jego chleb powszedni to przede wszystkim poszukiwanie zaginionych osób, głównie Żydów, którzy znikali wówczas często bez śladu, a zdeterminowane rodziny pragnęły uzyskać o nich jakiekolwiek informacje. Tak więc nasz detektyw na brak zleceń nie narzeka, aż tu pewnego dnia, a w zasadzie pewnej nocy, kiedy Bernie tak niecałkiem jest trzeźwy, otrzymuje pewne bardzo intratne, ale nie do końca bezpieczne zlecenie...

Książka napisana jest – powiedziałabym – mocnym, męskim językiem (są i przekleństwa, i kobiety określane mianem „starych kurw” - mnie skojarzyły się w tym momencie powieści Marka Krajewskiego o podobnym klimacie, chociaż „Festung Breslau” nie podobała mi się w odróżnieniu od opisywanych tu „Marcowych fiołków". Co zwróciło moją szczególną uwagę w sposobie pisania Kerra, to używanie bardzo dużej ilości porównań, np.:
"Schemm znów westchnął, tym razem z niesmakiem, niczym stara dewotka, którą
doleciał zapach dżinu z ust pastora."

Patronat medialny nad serią objął serwis Zbrodnia w Bibliotece, a fragment "Marcowych fiołków" można przeczytać tu

"Marcowe fiołki" to pierwszy z serii czarnych kryminałów o Bernim Guntherze. Z całą pewnością sięgnę po następne części, bo to naprawdę czysta przyjemność. Polecam!!!

piątek, 10 lipca 2009

Psy z Rygi - Henning Mankell


Moja wakacyjna miłość do Wallandera kwitnie i ma się jak najlepiej. "Psy z Rygi" przeczytałam już jakiś czas temu, zaraz po "Mężczyźnie, który się uśmiechał", ale czasu na napisanie krótkiej chociażby notki brak mi notorycznie, dlatego dopiero dziś wzmianka. I od razu na początku muszę zaznaczyć, że jak tak dalej pójdzie, to przeczytam wszystkie książki Mankella i co wtedy? Chyba sobie w łeb strzelę z żalu, że wszystko przeczytałam, i dalej już tylko pustka.... Ale póki co, przeczytałam dopiero drugą jego książkę (więc jeszcze kilka przede mną – całe szczęście), a ta znów bardzo mi się spodobała, chociaż … mam małe „ale”

W „Psach z Rygi” Wallander znów pracuje nad rozwiązaniem kryminalnej zagadki, tym razem związanej z tajemniczym pontonem ratunkowym, który przybija do wybrzeży Szwecji. Zostają w nim odkryte zwłoki dwóch mężczyzn, jak się później okazuje są to obywatele Łotwy powiązani z tamtejszym światkiem przestępczym. W celu wyjaśnienia tej zagadki przyjeżdża do Ystad łotewski policjant, major Liepa. To co łączy obu panów, Wallandera i Liepę, to nie tylko wspólna praca, nawiązuje się między nimi coś, co wprawdzie trudno nazwać przyjaźnią, ale na pewno jest to zabarwione sporą dawką wzajemnej sympatii.
W książce dzieje się wiele, akcja toczy się wartko, Wallander wypija kolejne litry kawy, a nawet ląduje w szpitalu, bo jego organizm zmęczony długotrwałym stresem i niezdrowym trybem życia odmawia współpracy.
Gdy po powrocie na Łotwę Liepa zostaje zamordowany, Wallander jedzie na Łotwę, aby wesprzeć łotewską milicję w pracy nad wyjaśnieniem tego skomplikowanego morderstwa. W tym momencie pierwsze śledztwo z pontonem w tle schodzi na dalszy plan, a książkę zaczyna się czytać, jakby była kanwą do scenariusza amerykańskiego filmu akcji rodem z Hollywood zwłaszcza samo zakończenie w iście hollywoodzkim stylu. To moje pierwsze „ale”. Drugie: bardzo naciągany wydaje mi się „wątek miłosny” - Mankell o wiele lepiej opisuje Wallandera i jego pracę niż kiełkujące w nim uczucie – a może tak mi wygodniej? Może Wallander podoba mi się właśnie dlatego, że u jego boku nie ma kobiety, a w „Psach...” jedna się pojawia? Sama nie wiem, czemu tak bardzo raził mnie ten wątek w powieści. Z nieskrywaną przyjemnością czytałam, jak Mankell opisał całą tę szwedzką otoczkę, która sprawia, że czytelnik poznaje Szwecję od innej strony, Szwecję zupełnie inną od tej przedstawianej w turystycznych folderach. Bardzo realistyczne wydaje się przedstawienie przez Mankella łotewskich realiów społeczno - politycznych, biedy zwykłych ludzi, wyznawanych przez nich wartości i dążeń narodowowyzwoleńczych z jednej strony i bogactwo, polityczne machlojki i skorumpowanie wysokich urzędników z drugiej strony. Poza tym trochę za dużo tu polityki, a to sprawia, że z kryminału stają się „Psy z Rygi” w pewnym momencie thrillerem – ALE mimo to, a może właśnie dzięki temu, czyta się toto z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Zdecydowanie jest to pozycja godna polecenia na kolejne wakacyjne spotkanie z książką.

Zakończę bardzo banalnym stwierdzeniem - dla mnie Wallander i opowieści o nim to prawdziwa czytelnicza uczta. Już nie mogę się doczekać kolejnej książki