Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2011

Gra w kości - Elżbieta Cherezińska

Gra w kości
Elżbieta Cherezińska
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 408
ISBN 978-83-7506-581-7


Kilka ostatnich wieczorów upłynęło mi na .... grze w kości. Oooo, gdyby mój K. się o tym dowiedział, jestem pewna, że wpadłby w złość i martwiłby się, żebym nie wpadła w szpony hazardu i nie oplotły mnie zdradzieckie macki uzależnienia od chorobliwej chęci odegrania się. Gdyby jeszcze na dodatek dotarła do niego wiadomość, że w te kości grałam z pewnym przystojnym Bolesławem o zielonych oczach, ech - nie chcę nawet myśleć, co by się działo. A Bolesław przystojny jak nie wiem co, a do tego jaki chrobry...

Na szczęście nie w kasynie spędzałam ten czas, nie przy stole przykrytym zielonym suknem, nie z krupierem mówiącym po francusku (przynajmniej tak to sobie wyobrażam, bo w prawdziwym kasynie nigdy nie byłam), - o nie - przeleżałam tych kilka wieczorów na własnej kanapie z książką Elżbiety Cherezińskiej w ręku.

Jak ona to robi, ta pani Elżbieta - przywołuje w swoich powieściach świat sprzed ponad 1000 lat, opowiada o czasach zamierzchłych, archaicznych wydarzeniach, o których ledwo co się ze szkolnych lekcji pamięta - ale opowiada naprawdę rewelacyjnie. Kto czytał wcześniejsze powieści Cherezińskiej, wie z pewnością, o czym mówię (pisałam o pierwszej powieści tu, drugiej części sagi jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać) - czytanie to uczta, którą się z ogromnym smakiem delektuje. Autorka napisała tę powieść (tak, tak Kochani - nie mamy tu do czynienia li tylko z zestawieniem suchych faktów historycznych) w ścisłej współpracy z profesorem Przemysławem Urbańczykiem ( "Spotkaliśmy się tylko raz. Rozmawialiśmy niecałą godzinę. Sceptyk z entuzjastką. Tradycjonalista z wizjonerką." - prof. Urbańczyk) 

"Gra w kości" jest wizją autorki dotyczącą Bolesława Chrobrego. Akcja powieści rozgrywa się w latach 997 - 1002 i umiejscowiona jest raz na dworze piastowskim i ziemiach Słowian, a raz na dworze cesarskim młodziutkiego cesarza Ottona III i podczas jego licznych wojaży. Jak się okazuje, tych 5 lat było najważniejszym okresem w życiu polskiego władcy, a wydarzenia mające wówczas miejsce (m.in. początki chrześcijaństwa  na ziemiach polskich i w Europie, męczeńska śmierć św. Wojciecha i jego kanonizacja, walki i pielgrzymki ówczesnych władców, Zjazd Gnieźnieński), zostały przez Cherezińską przedstawione nie tyle barwnie, co przede wszystkim zgodnie z prawdą historyczną. Niezwykły talent autorki, lekkie pióro oraz dbałość o szczegóły, a i zaiste współpraca z profesorem Urbańczykiem zaowocowały tym, że powstało coś fajnego, a mianowicie powieść, która wykracza poza ramy dotychczasowej wiedzy historycznej zwykłych zjadaczy chleba - po lekturze "Gry w kości" stajemy się niemalże "ekspertami" od czasów chrobrowskich - jeszcze nigdy i w tak ciekawy i przystępny sposób nie został nam przedstawiony kawałek zamierzchłej historii. Ja osobiście dziękuję pani Elżbiecie za tę wspaniałą historyczną lekcję A co sama Autorka mówi o "Grze w kości"? - „Książka o Bolesławie Chrobrym chodziła mi po głowie od lat. Lubię drania.”((http://www.cherezinska.pl/gra_index.htm; dostęp dnia: 10.11.2010). Teraz to i ja go lubię.  

Przytoczę Wam króciutki fragment opisujący po części Emnildę, żonę Bolesława, ale przede wszystkim jego samego:
" Gdy wydawano ją za mąż, przestrzegano: dziewczyno, nie będziesz znała dnia ani godziny. Wiedziała, że miał przed nią dwie żony i obie odprawił bez cienia wyrzutów sumienia. Wróżono jej najwyżej trzy lata z księciem. Więc od początku zachowywała się tak, jakby to miały być trzy lata. Cieszyła się każdym dniem, cieszyła się każdą nocą z nim, każdą chwilą. I ani się spostrzegła, jak minęło dziesięć lat. (...)Wychowana w domu dzieci, z radością czekała na swoje. Mając wciąż w pamięci zabiegi Ody o prawa dla swych potomków, Emnilda postanowiła nie zabiegać u Bolesława o nic. Początkowo nawet wychowywała jego pierworodnego syna, Bezpryma. "Nie moje dziecko, ale przecież dziecko" - myślała. Ale gdy na świat przyszły ich dwie pierwsze córki, Bolesław zdecydował się oddalić Bezpryma z dworu. Dobrze się stało. Dzieciak był niesforny, istny szatanek, madziarski małysz, czarny i nieznośny. Coś by mu się stało, i byłoby na nią. Bolesław czekał, aż Emnilda da mu męskiego potomka. Ale gdy na świat przychodziły córki, nie dawał jej odczuć niechęci. Przynajmniej tego nie zauważyła. Za to gdy po trzech latach urodziła Mieszka, oszalał. Bała się, że coś zrobi dziecku - ściskał je, podrzucał, nosił, całował. Ją zresztą też, co Emnildę zawstydzało...Kochała go. Jak nigdy nikogo., i nawet nie mogła sobie wyobrazić. że można by kochać  bardziej. Tak, tak - każdego dnia pamiętała, że to może być jej ostatni. Ale może właśnie dlatego?Miał słabości: lubił pić, lubił kochać się dużo i często, w miłości bywał odrobinę brutalny, w codziennym życiu nerwowy, nieobliczalny, szybko się nudził. Miał też zalety: lubił dobre miody, lubił kochać się dużo i często, w miłości bywał nadspodziewanie czuły, w codziennym życiu wyrozumiały, przewidywalny w nieobliczalności, jak się nudził jechał na polowanie z drużynnikami.(...)Lubiła, gdy wodził za nią oczami jak pies.Już od dawna przestała myśleć, czy ten wzrok, czy to ściągnięcie brwi, rozpoznają dziewczyny usługujące im u stołu.Topiła się w jego zielonych oczach. Napawały ją przestrachem i jednocześnie - choć tego akurat nie chciała - rozgrzewały ją jak słońce sopel lodu. (...)"

Co mnie jeszcze urzekło w "Grze w kości"? przede wszystkim to, jak Cherezińska pisze o kobietach. "W Grze w kości" kobiety nie tyle możemy usłyszeć, co zobaczyć. Autorka wyciąga je z niebytu i ustawia obok głównych bohaterów. Jednak nie tylko je ukazuje, ale też nazywa. Przegapione przez źródła, traktowane jako bezimienne matki kolejnych pionków czy kości w grze, u Cherezińskiej stają się ważnymi figurami. Dzięki nim historia ma być dla nas bliższa. Najważniejsze jest jednak to, że sama autorka nie daje się ponieść i uchyla się przed potencjalnym oskarżeniem jej o feministyczną ingerencję w historię. Jej sugestywne i prawdopodobne obrazy kobiet mieszczą się bowiem w ramach epoki, wyzyskują możliwości permutacji dostępnych im ról, przez co przełamują prostotę schematu, jednocześnie pozostając zgodne z naszą wiedzą na temat średniowiecza." (http://pisarki.wikia.com/wiki/Elżbieta Cherezińska)


Gorąco polecam. Według mnie "Gra w kości" zasługuje na 6!


Elżbieta Cherezińska urodziła się 9 października 1972 roku w Pile (województwo wielkopolskie) i choć szybko ją opuściła, by ukończyć Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i na stałe zamieszkać w Kołobrzegu, to ze stolicą Wielkopolski połączyła ją jej pasja – pisanie książek. To właśnie poznańskie wydawnictwo zainteresowało się wydaniem jej drugiej książki Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum (Zysk i S-ka 2008) oraz pierwszych dwóch części planowanej siedmiotomowej sagi skandynawskiej, które zapewniły autorce stałe miejsce na polskim rynku literackim. Wielkopolska stała się także tłem jej wydanej w 2010 roku powieści Gry w kości.
W 2009 roku Elżbieta Cherezińska otrzymała stypendium im. Jerzego Koeniga przyznawane absolwentom Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, jednak już od 2008 roku przy jej nazwisku częściej pojawia się określenie pisarka. Teatrolożka umieszczona zostaje dopiero po przecinku. (życiorys również stamtąd)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Starorzecza - Antoni Kroh

Wydawnictwo: ISKRY
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 606



O autorze - Antonim Krohu, nie słyszałam nigdy przedtem - no bo niby z jakiej racji - nie po drodze mi było z tym - jak się okazuje - znakomitym etnografem, historykiem kultury, pisarzem, tłumaczem literatury słowackiej i czeskiej. Aż mnie dziw bierze, ale dobrze się stało, że "Starorzecza" w końcu w ręce mi wpadły. Książka, o której mówię, trafiła jak nic w moje upodobania czytelnicze - wspomnienia rodzinne, opowieści i dzieje - cytując autora powiedziałabym - kawał dobrej "przedwojennej" literatury. I mówiąc "przedwojenna" nie o umiejscowienie w czasie mi chodzi, ale o ... , a zresztą przeczytajcie (str. 15):

"W naszej ówczesnej mowie słowo "przedwojenny" oznaczało " solidny, w dobrym gatunku, godzien zaufania". Przedwojenny garnitur, przedwojenny szewc. "Dadzą mi naganę za nieobecność na zebraniu czy nie dadzą, mi to wisi jak kilo kitu u sufitu na przedwojennej agrafce" - zanotowała mama spontaniczną wypowiedź koleżanki w biurze, lata 50. "Masło przedwojenne" (sklepik w Łodzi na Piotrkowskiej, lata 40. Osoba, która to zapisała, była zdumiona, że tylu ludzi na widok tej wywieszki uśmiecha się ze zrozumieniem). (...)
Gdy położyli mnie w szpitalu, pan z sąsiedniego łóżka, starszy człowiek, był właśnie po skomplikowanej operacji. Ordynator podczas codziennego obchodu oglądał go i powtarzał:
- Zrasta się, świetnie się zrasta! Żadnych powikłań! Zuch z pana! Przedwojenna, solidna robota, od razu widać!"

Historie rodzinne, wspomnienia, plotki, anegdotki zasłyszane, zanotowane, skrupulatnie odtworzone w "Starorzeczach", zachowane dla potomnych nie tylko członków rodziny - dzięki publikacji ISKIER dla szerokiej rzeszy czytelników lubiących kilmacik w kolorze sepii, w ułańskim mundurze, z koronkowym kołnierzykiem i fryzurą w przedwojenne loki  - o ludziach, którym przyszło żyć w czasach już po II wojnie światowej, ale - jakby nie było - o "przedwojennej" tradycji rodzinnej. Czytając "Starorzecza" nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto patrzę na Polaków portret własny - są wśród pojawiających się krewnych, przyjaciół i znajomych zarówno ci wybitni, jak politycy, pisarze, wojskowi dygnitarze, utalentowani artyści, jak i ci najzwyklejsi - np. gosposia (ale z fryzurą a'la Smosarska). Dla mnie to historie smakowite tym bardziej, że wiele z nich z faktami historycznymi niewiele ma wspólnego - a nie o same fakty tu przecież chodzi - autorowi udało się napisać książkę o charakterze wspomnieniowym, ale jednocześnie taką, co to się ją czyta jak najlepszy bestseller. Co mnie się szczególnie podobało, to to, że Antoni Kroh to cudowny "opowiadacz", niektóre opisane wydarzenia mają charakter ... plotek, ploteczek. No wiecie - jedna pani drugiej pani... Ale takich fajnych ploteczek - co to nie są złośliwe, nikomu nie szkodzą... Ogromne poczucie humoru autora i barwne opisy życia wielu bohaterów w czasach bardzo różnych, najczęściej jednak ciężkich (pod względem sytuacji politycznej, gospodarczej, ekonomicznej) to lektura na kilka przyjemnych wieczorów - aż żal, że to już koniec - mnie przynajmniej jak zwykle po takiej lekturze.

sobota, 29 stycznia 2011

Wreszcie trochę czasu na poezję...


Wydawnictwo: ISKRY
ISBN: 978-83-244-0147-5
Format: 12.5x19.5cm
Ilość stron: 76
Oprawa: Twarda z obwolutą
Wydanie: 1, 2010 r.

Jakby nigdy nic to tomik baaaaardzo "refleksyjnych wierszy o miłości, przemijaniu, relacjach z bliskimi. Poeta kreuje wrażenie, że dopuszcza czytelnika do swoich najbardziej intymnych tajemnic – ale to tylko złuda, bo nie o sobie opowiada, ale o przeżyciach, których doświadczamy wszyscy" - tyle nota wydawcy. A moja? Czytelnika? Kobiety niemającej czasu na czytanie poezji? Wreszcie - kobiety, która ten czas w końcu znalazła? I wiecie co? Ogromnie się z tego cieszę - nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam jakiś tomik poezji w ręku... a zaczytywałam się nią w latach moich odległych licealnych, potem studenckich. A potem przyszło życie - a z nim ten ciągły pęd za czymś albo chęć poradzenia sobie, albo sprostania jakimś wymaganiom, czyimś oczekiwaniom - męża, dzieci, pracodawcy, znajomych i przyjaciół - i zabrakło czasu na poezję, na kontakt z nią i "ubogacające" obcowanie - a z perspektywy lat mogę tylko powiedzieć, że to ogromna szkoda. Bo poezja sprawia, że dusza mniej boli, a czytając słowa, które wyszły spod pióra poety - ja sama przynajmniej - mam często wrażenie, że to jest to, co mi w duszy gra, co dokładnie tak samo czuję i chciałabym powiedzieć, wyrazić - ale ani tak pięknie tego zrobić nie mogę, ani nie potrafię. Pamiętam, że w szkole nie lubiłam na samym początku lekcji polskiego poświęconym wierszom - tej odwiecznej analizy i dociekania, co poeta miał na myśli. Gęsiej skórki dostaję nawet dzisiaj na samą myśl o tym. A prawdę powiedziawszy - guzik mnie to dziś obchodzi i niewiele więcej obchodziło kiedyś. Dla mnie liczy się to, czy wiersz porusza jakieś struny w mojej duszy, skłania do refleksji, czy mam wrażenie, że oto właśnie przeczytałam coś, co i mnie po głowie się tłukło, ale wyjść z niej nie mogło, bo ogranicza mnie całkowity brak talentu w tym względzie i język jak kołek - bo jak potrzeba, to on już nie taki giętki, żeby wyrazić to wszystko, o czym pomyśli głowa. Chociaż - tak naprawdę, to ja nawet chyba nie potrafię tak pięknie jak poeta pomyśleć, ale tak mi się często podczas czytania poezji zdaje - że ja tak samo własnie pomyślałam. Ech, skomplikowane to wszystko - a wiersze Tomasza Jastruna, poety, prozaika, krytyka literackiego i eseisty, autora reportaży (a tak zupełnie prywatnie syna poetki Mieczysławy Buczkówny i pisarza Mieczysława Jastruna) są świetne. Refleksyjne i wzruszające. Piękne. Lubię w poezji to, że mogę czytać "na chybił - trafił", otworzyć książkę, gdzie popadnie i czytać. A dawno tego nie robiłam. Czas wrócić do dobrych zwyczajów i nawyków

***
Pieśń nad pieśniami

Moja mama
Dziwi się, że jestem taki stary
- Jezus Maria
Co się z tobą stało - 
Dotyka czułą dłonią 
Mojej twarzy
I próbuje ją wygładzić
- Przecież mój ojciec
Gdy ginął w obronie Warszawy
Mógł być teraz twoim synem 
Wszystko tak się poplątało -

Nawet jeśli się poplątało
Mamo
To już się rozplątuje

A mój mały synek
Od tysiącleci 
Ssie pierś swojej mamy
I sapie
I  mruczy pieśń nad pieśniami
***

Mój mały synek też ją często mruczy, kiedy czytam leżąc obok niego...

czwartek, 30 grudnia 2010

Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia...

Moje szczęście do dobrej literatury nie opuszcza mnie. Mam nosa do dobrych książek. Naprawdę. I uważam tak nie tylko dlatego, że generalnie lubię książki o takiej tematyce, zachwycona jestem przede wszystkim sposobem narracji, przedstawienia minionych kontrowersyjnych wydarzeń i postaci w taki sposób, że nie można się oderwać od czytania  - o trudnym nie tylko w odbiorze temacie, bez chowania głowy w piasek i uciekania od niewygodnej prawdy.  Najbardziej cieszy mnie jednak fakt, że "Łąka umarłych" to powieść polskiego autora  - Marcina Pilisa, traktująca o zbrodni z okresu II wojny światowej, a przedstawiona czytelnikowi na trzech płaszczyznach. O zbrodni wojennej - wbrew pozorom nie tylko nazistowskiej - ale takiej, której dopuścili się Polacy - mieszkańcy Wielkich Lip, wioski na końcu świata, wydawałoby się, że zapomnianej przez Boga i ludzi, ale nie przez diabła. O zbrodni tak bezsensownej i wstrząsającej, że nie można oprzeć się wrażeniu, że już chyba tylko diabeł tych ludzi opętał i za sprawą jego parszywych podszeptów wszystko się wydarzyło.


"Łąka umarłych" to książka pokazująca, że Polak potrafi, że Polak jest zdolny - ale w tym złym tych słów znaczeniu - że nie wiedzieć czemu ten Polak staje się równy naziście i dopuszcza się obrzydliwej zbrodni na znajomych i sąsiadach, na ich niewinnych dzieciach, tylko dlatego, że byli oni Żydami. Trudno jest przyjąć do wiadomości ten fakt, trudno to zrozumieć, tym bardziej, że przecież WSZYSCY potępiają hitlerowskie Niemcy za zbrodnie, jakich dopuścili się na Żydach, że przecież Polacy byli w czasie wojny tymi "dobrymi", ratującymi, często ryzykującymi własne życie, sprawiedliwymi wśród narodów świata - a u Pilisa dostajemy tak wstrząsającą prawdę o Polakach i ich udziale w wydarzeniach z 1942 roku, które rozegrały się w Wielkich Lipach, że tak naprawdę człowiek zaczyna wątpić - w swoją wiedzę i historyczną prawdę o II wojnie światowej. Na szczęście opisywane u Pilisa wydarzenia to nie fakty, ale fikcja literacka - przedstawiona jednakże tak, że można by się pokusić o stwierdzenie jej autentyczności - nie mniej jednak nawiązuje ona do autentycznych tragicznych wydarzeń z czasów wojny w Jedwabnem. Dla mnie jest to tylko dowód na to, że Marcin Pilis to autor zasługujący na miano mistrza nie tyle pióra, co mistrza trudnego tematu.


Napisałam w tytule tego posta, że - cytując Emila Ciorana ("Zeszyty 1957-1972") - książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia - i "Łąka umarłych" taka właśnie jest - targa naszymi emocjami i gra na uczuciach nie pozwalając ani na moment zapomnieć o czytanym tekście. Opisuje dramat nie tylko Żydów z 1942 roku, ale również ich polskich katów po kilku dziesięcioleciach od tamtych wydarzeń. I pokazuje jak trudno jest żyć z piętnem minionej zbrodni, jak może i chciałoby się uciec od odpowiedzialności i wieść normalne życie, ale i pokazując jednocześnie, jak bardzo jest to niemożliwe. Nie chcę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdradzić zbyt wielu faktów, jestem przekonana, że wielu z Was zepsułoby to przyjemność czytania powieści - jeśli jednak jesteście czytelnikami o wysokich wymaganiach wobec czytanej książki, to sięgnijcie po "Łąkę umarłych" Pilisa - na pewno Was nie zawiedzie, a przez Waszą duszę przetoczy się niczym tornado, pozostawiając obrażenia porównywalne z tymi, jakie zostają po wybuchu granatu. Jedno jest pewne - zostaniecie dosłownie zmuszeni do zastanowienia się nad tym, skąd tyle zła bierze się w człowieku. I czy możliwe jest przeciwdziałanie takiemu złu. 

Tytuł: Łąka umarłych
Autor: Marcin Pilis
Wydawca: Wydawnictwo SOL
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2010
Język: polski
Numer ISBN: 9788362405138
Liczba stron: 384

czwartek, 21 października 2010

Książka dla koneserów wielkiej historii

Polskie Kresy i tematyka z nimi związana to mój konik od bardzo dawna - choć przypuszczam, że książka, o której dziś chcę opowiedzieć pewnie jeszcze długo by czekała na swoją kolej (z racji ogromnej ilości książek w kolejce do przeczytania), ale tak się szczęśliwie złożyło, że jeszcze do niedawna (z różnych, w większości wiadomych przyczyn), nie spałam po nocach i miałam sporo czasu na nadrabianie czytelniczych zaległości. Kolejka (a raczej kupka) książek zdecydowanie zmalała, nie zmalały natomiast blogowe zaległości, które ni mniej ni więcej zostaną nadrobione.

"Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda" Stanisława Sławomira Nicieji - historyka, biografisty, eseisty, długoletniego rektora Uniwersytetu Opolskiego, wreszcie senatora V kadencji, który jest autorem kilkunastu książek, setek artykułów i wielu dokumentalnych filmów telewizyjnych,
i który określany jest wielkim znawcą Polskich Kresów -to pozycja na rynku czytelniczym, o której mogę śmiało powiedzieć, że jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest legenda o Lwowskich Orlętach - o której każdy z nas coś słyszał, czasami temat pojawia się przecież w prasie, w wiadomościach telewizyjnych itp., ale tak naprawdę i do końca nie każdy z nas może coś konkretnego na ten temat powiedzieć. Dzięki profesorowi Nicieji - strażnikowi pamięci o tamtym pamiętnym listopadzie roku 1918 we Lwowie - historia ta jest ciągle żywa. Dzieje się tak za sprawą jego książki, w której w nie tylko bardzo przystępny sposób przedstawia opis walk o Lwów, sylwetki ich uczestników oraz tworzenie się legendy i dzieje Cmentarza Orląt - jego relacja jest - można rzec - obiektywna i rzetelna. Lubię  takie jasne przedstawienie tematu, bez konieczności zastanawiania się, co też autor chciał nam powiedzieć

Mianem Orląt Lwowskich określa się młodych mieszkańców Lwowa, którzy wobec braku we Lwowie polskich oddziałów wojskowych, w listopadzie 1918 bronili miasta przed oddziałami wojsk ukraińskich. Młodzi ochotnicy walczyli też z wojskami radzieckimi w 1920. W skład ochotniczych wojsk polskich wchodzili uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy, chłopcy i dziewczęta. Walczono najpierw praktycznie gołymi rękami, później – już ze zdobytą na wrogu bronią. Wobec braku regularnych wojsk, wysłanych przez austriackie dowództwo w inne regiony Europy, młodzi obrońcy postanowili wyzwolić swoje miasto przekazane przez ustępujących zaborców wojskowym oddziałom ukraińskim, ściągniętym celowo do Lwowa. W sumie w walkach po stronie polskiej brało udział 6022 osoby, spośród których 1421 nie przekroczyło 17. roku życia, zaś najmłodszy miał zaledwie 9 lat. Jeden z nich, 13-letni Antoś Petrykiewicz został najmłodszym w historii kawalerem Orderu Virtuti Militari.

„W ulicznych walkach 1918 r. we Lwowie Polacy wygrali z Ukraińcami przede wszystkim dlatego, że było to ich miasto– i to nie tylko w jakimś abstrakcyjno-historycznym wymiarze, ale właśnie w wymiarze konkretnym, osobistym – to były ich bramy, podwórza, zaułki, to oni znali je na pamięć, choćby dlatego, że umawiali się tam ze swoimi pannami”. - to słowa znanego pisarza ukraińskiego Jurija Andruchowycza, przytoczone przez Profesora Nicieję na kartach swej książki. Najbardziej porusza w bitewnych relacjach zaangażowanie, determinacja i ogromny patriotyzm uczestników, będących niejednokrotnie w wieku naszych dzieci (co czwarty obrońca Lwowa nie miał ukończonych 18 lat) - grupę najmłodszych żołnierzy symbolizują dwa nazwiska poległych: 13-latka Antosia Petrykiewicza i 14-latka Jurka Bitschana. Historyczna prawda o tamtych dniach to - jak już wcześniej zaznaczyłam - prawda nie tylko obiektywna, to również prawda kontrowersyjna - i jak się okazuje - pomimo wysiłków, aby to zmienić - do niedawna, a i chyba nawet w dalszym ciągu nadal inaczej postrzegana przez Polaków i Ukraińców, którzy przez wiele lat utrudniali, byli wręcz przeciwni, odbudowie Cmentarza Orląt Lwowskich ( a ostatecznie nie zgodzili się na odtworzenie monumentalnej kolumnady). To, że lwowski cmentarz poległych w obronie miasta to po 1989 roku jeden z największych sukcesów w walce o narodową pamięć i tożsamość, nie podlega żadnym wątpliwościom ani dyskusjom - legendy i ich bohaterowie potrzebują pamięci nie tylko książkowej, potrzebują także, a może przede wszystkim - miejsc o nich opowiadających. Zwoleników tej idei jednoczy przekonanie o słuszności tej tezy, nawet pomimo takich głosów, jak chociażby ten, Jacka Kuronia (nota bene urodzonego we Lwowie), przeciwnika odbudowy cmentarza: „W Polsce nie ma w żadnym mieście panteonu triumfu oręża niemieckiego, rosyjskiego czy żadnego innego”.

Książka profesora Nicieji podzielona jest na prolog, trzy rozdziały i epilog. Na końcu znajduje się bibliografia ze wskazaniem materiałów źródłowych: tych niedrukowanych oraz czasopism, opracowań i artykułów prasowych. Autor zadał sobie też trud tworząc wykaz szkół noszących imię Orląt Lwowskich. Dla co bardziej dociekliwych znajuje się też na końcu książki indeks osób (a nie nazwisk, jak to się czasami w różnych publikacjach spotyka).

"Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda" to lektura - mimo wielkiej historii, którą opisuje - bardzo przyjemna i łatwa w odbiorze, napisana językiem zrozumiałym dla każdego laika (również tego tzw. "odpornego" na przyswajanie wiedzy każdego rodzaju, a zwłaszcza wiedzy historycznej) - napisana (jak to powiedział docent 73) "bez dygresji i komentarzy, bez przesadnego moralizatorstwa, patriotycznego nadęcia, czy „politykierstwa”. " (zainteresowanych odsyłam do niego - naprawdę świetna recenzja). I co jeszcze ważne (z pewnością nie tylko dla mnie) - książka jest świetnie wydana - ale to już norma, jeśli chodzi o książki Wydawnictwa ISKRY - sztywna okładka z obwolutą, zszywana (jak ja nie lubię klejonych grzbietów), wspaniały papier (taki już trochę "pożółkły"), na którym zamieszczone są historyczne fotografie bohaterów oraz miejsc, o których w książce mowa - wszystko to razem oddaje niepowtarzalnego ducha tej książki. A tak na marginesie - może to i będzie kryptoreklama, ale to mój blog i mogę sobie na nim pisać, co mi się żywnie podoba - ja naprawdę kocham ISKRY za ich profesjonalizm i dbałość o szczegóły, za to, że każdy klient - czytelnik (a więc i ja również) jest dla nich najważniejszy, a jego zadowolenie to priorytet nad priorytetami) - nic dodać, nic ująć :-) Ja do kompletu i pełni szczęścia z taką książką potrzebuję jeszcze tylko ulubionego kubka z ulubioną waniliową albo karmelową herbatą, ulubionej sofy i ulubionego patchworka. No i jeszcze ciszy i spokoju - a o to z kolei w ostatnich tygodniach raczej trudno u mnie.
Na bramie cmentarza Orląt widnieje napis „Morituri sunt ut liberi vivamus” – Umarli, abyśmy żyli wolni. Tej ofiary starczyło, niestety, tylko na 20 lat. W tym czasie, w polskim Lwowie wykładali: Stefan Banach, Roman Ingarden, Eugeniusz Romer, Juliusz Kleiner, Ignacy Mościcki, urodzili się zaś: Stanisław Lem, Stanisław Skrowaczewski, Zbigniew Herbert, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Kurylewicz, Roman Cieślewicz, Kazimierz Górski. Lwów – które serce polskie nie drgnie na to miano! (Rzeczpospolita)

Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2009

Oprawa: twarda w obwolucie
ISBN: 978-83-244-0117-8
Stron: 308
Wymiary: 175x245

czwartek, 21 stycznia 2010

„Życie polskie w XIX wieku” - Stanisław Wasylewski

„Życie polskie w XIX wieku” to po „Sensacjach z dawnych lat” kolejna perełka, rarytas literacko – historyczny, który wzięłam na swój czytelniczy warsztat w ostatnim czasie. Im więcej takich książek wpada mi w ręce, tym bardziej ogarnia mnie zadowolenie, ba! - powiedziałabym nawet, że wielkie zadowolenie, bo moje umiłowanie historii nie zawsze idzie w parze z rzetelną wiedzą w tej materii, a dzięki takim publikacjom, jak „Życie polskie w XIX wieku” Wasylewskiego mogę te moje luki w wiedzy pouzupełniać w sposób - powiedziałabym – baaaardzo interesujący i jeszcze bardziej przyjemny. Autor, Stanisław Wasylewski (1885-1953), był bardzo znanym i popularnym pisarzem historycznym w mojej ukochanej międzywojennej Polsce, publicystą oraz utalentowanym popularyzatorem historii. Jego sposób pisania był bardzo barwny (dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię ogromnej rzeszy czytelników), oparty często na anegdotach, ciekawostkach i intrygujących faktach z tamtego okresu; w swojej literackiej spuściźnie pozostawił kilkanaście książek oraz setki felietonów i artykułów w gazetach. „Życie polskie w XIX wieku" gotowe było w swej podstawowej formie już w 1936 r., ale drukiem ukazało się dopiero w 1962 – przygotowane i ostatecznie dokończone przez Zbigniewa Jabłońskiego - edytora wielu pamiętników i wybitnego znawcy dziejów kultury (uzupełnieniami i redakcją zajmował się Wasylewski aż do końca, ale pozostawił swoje dzieło niedokończone, ukazało ono się bowiem blisko 10 lat po jego śmierci) – i jest efektem wieloletnich badań historycznych nad dziejami kultury i obyczajów w Polsce XIX wieku. Książka składa się z 25 rozdziałów – w każdym zostało przedstawione życie przede wszystkim błękitnych snobów (jak określał polską arystokrację), od ubiorów i biżuterii począwszy, poprzez umeblowanie i urządzenie dworków i pałaców, przez bale, rauty i przyjęcia, zwyczaje dotyczące żywienia, korespondencji, życia towarzyskiego i podróży na wyścigach konnych i umiłowaniu koni w ogóle skończywszy. Wasylewski pisze nie tylko o życiu codziennym, ale również o sprawach politycznych, gospodarczych, zajmuje się też literaturą, muzyką, teatrem - sztuką w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. I mimo dość pokaźnych rozmiarów (książka liczy sobie 612 stron), czyta się ją dość szybko – ogromną zasługą jest tutaj styl autora, który nie podaje czytelnikowi tylko i wyłącznie suchych faktów, a raczej snuje bardzo ciekawą opowieść, jak wytrawny gawędziarz okraszając swoje opowieści co i rusz pikantnymi szczegółami.



"Myślałem o takiej książce od lat. Bobrując w dokumentach i pamiętnikach, przebiegałem pod kątem życia obyczajowego rozliczne, odległe od siebie dziedziny historii politycznej, polonistyki, historii sztuki, krajoznawstwa. Ciekawiły mnie sprawy zazwyczaj nie intersujące naukowców naszych. Historia kultury obyczajowej traktowana jest u nas z lekceważeniem, spychana na ostatni plan, niegodna zainteresowań szanującego się badacza dziejów. Nie ma swych adeptów i znawców, tym mniej metodyków. Miewaliśmy i mamy dziś zankomitych mniej i więcej syntetyków naszej kultury - brak nam fachowych zanwców realiów jej obyczajów. Pod tym względem zasługujemy zaiste na miano Francuzów Północy" ["Od autora" str. 15]


Wasylewskiemu zarzucano swego czasu niekonsekwencję, mnóstwo nieścisłości, swobodne podejście do faktów i dat, a to z kolei dyskredytowało go w oczach historyków. Jego karierę zniszczyła wojna, którą spędził we Lwowie, gdzie po pisywał w „Czerwonym Sztandarze", „Nowych Widnokręgach", współpracował z teatrem i radiem (wówczas, gdy miasto zajęte było przez czerwonoarmistów). Zresztą w tym czasie czyniło tak wielu polskich pisarzy i artystów, którym przyszło w tym mieście spędzać czasy zawieruchy wojennej. W 1941 r. Lwów znalazł się jednak w rękach niemieckich i Wasylewski zgodził się współpracować z „Gazetą Lwowską", niemieckim organem prasowym na dystrykt Galizien. Twierdził później, że uczynił to za wiedzą i zgodą podziemnej Armii Krajowej. Gdy jednak po zakończeniu II wojny światowej został oskarżony o kolaborację z Niemcami , to choć sąd go uniewinnił, wycofał się całkowicie z życia towarzyskiego i literackiego. "Schorowany i złamany moralnie" - jak pisze prof. Sławomir Nicieja zamieszkał w Opolu. Pod pseudonimem Tadeusz Szafraniec publikował we wrocławskim "Słowie Polskim"


Niniejszy tom "Życia polskiego w XIX wieku" przygotował do obecnej edycji prof. Janusz Tazbir, opatrując go bardzo interesującą przedmową, natomiast Wydawca zamieścił też obszerne posłowie autorstwa prof. Stanisława Sławomira Nicieji („Casus Stanisława Wasylewskiego"). Muszę jeszcze zaznaczyć - a jest to dla mnie bardzo ważny aspekt - że książka jest przepięknie wydana - twarda oprawa z obwolutą w kwiatowy deseń.
165 x 235 MM
612 STRON
OPRAWA twarda z obwolutą
ISBN 978-83-244-0061-4
ROK WYDANIA 2008

czwartek, 7 stycznia 2010

Mój język prywatny - Jerzy Bralczyk

Profesor Bralczyk to jeden z tych nielicznych facetów, których nie tylko podziwiam, ale darzę ogromną sympatią - po moim mężu, Kurcie Wallanderze i boskim Nicholasie Cage'u. Kolejność tych panów nie ma znaczenia, zresztą zmienia się ona w zależności od chwilowych upodobań. A obecnie profesor bije u mnie wszelkie rekordy popularności. Jego "Mój język prywatny" przeczytałam już kilka tygodni temu, a do dziś noszę w torebce i co i rusz po nią sięgam - w korku, w kolejce w banku, w poczekalni u lekarza i śmieję się w głos - wzbudzając tym ogólne zdziwienie, a może sympatię (dzięki Bogu dotychczas nikt nie popatrzył na mnie z politowaniem). To kolejna "perłka" w naszym domu do głośnego podczytywania i kolejna do czytania "dowolnego" - na chybił - trafił: gdzie otworzysz, tam możesz czytać. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to szanowny małżonek niebawem chyba zacznie czytać, bo już polubił, gdy mu co smaczniejsze "kąski" podczytuję na głos (a że nie czyta, to o tym już kilka wtajemniczonych osób wie) - biedny, nawet się nie spodziewa, że niedawno ukartowałam "PERFIDNY PLAN ZROBIENIA Z NIEGO MOLA KSIĄŻKOWEGO" i powoli, aczkolwiek skutecznie wprowadzam go w życie...
"Mój język prywatny" to zbiór krótkich i z ogromną lekkością pióra napisanych felietonów językoznawczych na temat wybranych słów czy fraz z naszego języka polskiego. Można przy ich lekturze nie tylko dobrze się bawić (ba! pękać ze śmiechu), ale jednocześnie dowiadywać się bardzo ciekawych rzeczy z dziedziny lingwistyki (prawda, że pięknie brzmi?) Felietony są z reguły na około półtora strony długie (a w zasadzie krótkie), zawsze z króciótkim wstępem autora - jeśli do tej pory nie czytaliście niczego z językoznawstwa, bo "nudne, zawiłe i zupełnie nie-moje-klocki" to "Mój język prywatny" to z całą pewnością zmieni - jeszcze nikt tak ciekawie nie opowiadał o językoznawczych aspektach naszego ojczystego języka.


Wybór słów, o których profesor nam opowiada, jest bardzo różny - są w tym "Słowniku autobiograficznym" (bo taki podtytuł nosi książka) nie tylko słowa współczesne, często używane, ale i takie, które z użycia już wyszły albo rzadko nam się zdarza, aby ktoś ich używał - niemnmiej jednak warto o nich poczytać. Słowa od "absolutnie" po "żeby" poprzez "chciałbym", "los" i "seks". naprawdę warto poczytać, zwłaszcza to, co na ten temat ma do powiedzenia profesor Bralczyk - świetny gawędziarz i bardzo spostrzegawczy obserwator naszej językowej rzeczywistości - bawi się słowami, dowcipkuje, stroi sobie zarty. Wspaniała lektura, zabawa przednia - a na zachętę krótki fragment - felieton o słowie "cóż". Ja osobiście uwielbiam w tym felietonie ten fragmencik o tej subtelnej różnicy pomiędzy "co" a "cóż". Rewelacja!


Chciałabym jeszcze tylko tak na marginesie, ze ksiązkę profesora Bralczyka dostałam od mojej Najstarszej Licealistki na Mikołaja - z autografem autora - w zasadzie to sam autograf, bo ksiązkę juz miałam. Tak się złożyło, ze na początku grudnia jej szkoła oragnizowała wyjazd do Poznania na wykłady profesora, a ze dziecię moje po mnie humanistyczne pasje odziedziczyło, więc na wspomnianą wycieczkę pojechało. Wróciła z egzemparzem ksiązki podpisanej dla mnie i ze słowami: "Mamuś, pan profesor bardzo się ucieszył, bo wszyscy po autograf lecieli z kartkami z zeszytu, tylko ja miałam ksiązkę. I pytał, czy czytałam. No to odpowiedziałam, ze rewelacyjna, a najbardziej to podobał mi się felieton o "w ogóle" - ucieszył się jeszcze bardziej i tak szczerze roześmiał". Kochana ta moja Najstarsza:-)


Zapraszam do lektury!


Bezradność to miły stan. Mogę z czystym sumieniem dawać jej wyraz. Nic nie
poradzę, więc nie muszę się przejmować. Żona moją bezradność nazywa
wyuczoną.
Może i tak jest, ale cóż z tego!

Cóż


No cóż, „cóż” to czasem tylko bardziej eleganckie, trochę wyszukane „co”. Zamiast: „cóż, polewki dziś nie dacie?” mogę niby zapytać: „co, polewki dziś nie dacie?”. Ale pewnie wtedy mógłbym dłużej na czczo czekać. A zamiast „cóż u czarta za szaleństwo?” albo „cóż to, dżumę w zamku macie?” mógłbym wprawdzie pytać „co u czarta za szaleństwo?”. I „co to, dżumę w zamku macie, czy co?”.



Ale cóż... lepiej jednak „cóż”.


Kiedy pytam, chcę odpowiedzi. Ale takiej, która mi odpowiada. Cóż z tego, że ktoś odpowie, kiedy to nie będzie to? Na „co” możesz odpowiedzieć, jak chcesz. A na „cóż”? A to już bardziej, jak ja chcę.


W "cóż" jest trochę dystansu, trochę wyniosłości. A czasem w ogóle oddala się od prostackiego „co?”. W „co to?” mam zwyczajne pytanie niezorientowanego, w „cóż to?” eleganckie zdziwienie zorientowanego lepiej. Cóż stąd, że różnica mała, że to „-ż” to tylko wzmacniająca partykuła? Spróbuj tak zapytać przez „co”: „co stąd?”. Brrr.


I cóż Ty na to? (jestem grzeczny: gdybym zapytał: "co Ty na to?” tak grzeczny bym nie był).„No dobrze, może nawet tak jest” - powiesz - „i co z tego?”. Wtedy zrobi mi się trochę przykro, bo się starałem, a tu nic. A jak zapytasz „cóż z tego?”, poznam, że mogę się postarać jeszcze. Cóż mi, że na razie nie rozumiesz. Dogadamy się. A jak się nie dogadamy, to mam ładny sposób wyrażenia łagodnej rezygnacji. Powiem: „no cóż...” Nawet nie zapytam.

No cóż, to tylko słówko...
Autor: Jerzy Bralczyk
Wydawnictwo:Iskry , Kwiecień 2004
ISBN:83-207-1754-X
Liczba stron:344
Wymiary:120 x 190 mm

niedziela, 27 grudnia 2009

Sensacje z dawnych lat - Roman Kaleta

Niech Was nie przeraża ilość stron tego dzieła - bo dziełem "Sensacje..." są z całą pewnością - jest to bowiem blisko 900 stron przyjemności czytelniczej i historycznej - co dla mnie (mola książkowego z historycznym zacięciem) okazało się niemałą gratką. Dzięki tym dziewięciuset stronom moja przyjemność czytania trwała, i trwała, i trwała... Czytałam tę książkę przez wiele tygodni - ale tylko dlatego, żeby nie kończyć jej zbyt szybko, dawkowałam sobie te dowcipy, anegdoty i ciekawostki historyczne i obyczajowe nie tylko sprzed lat, ale i sprzed wieków - dzięki autorowi wydobyte z zachowanych zabytków rękopiśmiennych, starych kalendarzy, czasopism, podesłane przez czytelników poprzednich wydań oraz ukazyjących się od 1965 r. "Sensacji..." we wrocławskim "Słowie Polskim", na łamach którego publikowane były przez bitych pięć lat. Roman Kaleta, historyk literatury polskiej, nie uporządkował ich ani tematycznie, ani chronologicznie, a przedstawił w nich na kształt silva rerum, w ciekawostkach, anegdotkach i dykteryjkach przezabawnych, często "korzennych", iście pikantnych, a nawet bardzo "pieprznych", obraz rzeczywistości od schyłku XVI wieku po pierwsze lata wieku XX - lubię ten styl pisania dający mi podczas czytania poczucie, że nie jestem "uwiązana" - lubię przeskoczyć kilka kartek lub rozdziałów, lubię po jednej historii poczytać o innej, zupełnie z nią nie związanej tematycznie. I lubię książki, które bawią swoją treścią, bo po prostu są zabawne, a nie dlatego, że tak twierdzi wydawca. "Sensacje z dawnych lat" to wspaniała rozrywka, do tego na bardzo wysokim poziomie. Dodam, że trafiająca do każdego czytelnika - i nie-czytelnika również. Mój mąż - zaintrygowany moimi częstymi wybuchami głośnego śmiechu - poprosił o przeczytanie tych co zabawniejszych fragmentów - w efekcie siedzieliśmy razem nad książką wspólnie się zaśmiewając - często dołączała do nas Najstarsza Licealistka ze słowami "Ja cie nie mogę - ale fajne. Na weekend, jak będzie u mnie spała Ola, to ja zamawiam ją do czytania. Ale oczy zrobi, jak jej to przeczytam!" - a muszę przyznać, że i jej niejednokrotnioe oczy z orbit wychodziły na zasłyszane ciekawostki - "Biskup Krasicki ten od bajek? Nie stronił od gorzałeczki? Jestem bardzo ciekawa, czy nasza pani od polskiego o tym wie..." Dla mnie to dowód na to, że niebanalne ujęcie tematu, prawdziwe kurioza, perełki, są w stanie zainteresować w dzisiejszych głupich "multimedialnych", nastawionych na konsumpcję czasach - nawet nie czytającego męża i 16-latkę o zgoła innych zainteresowaniach, wprawdzie ksiązki czytającą, ale i piszącą kilkadziesiąt sms-ów dziennie.
W przedmowie do niniejszego wydania "Sensacji z dawnych lat", Lena Kaletowa napisała: "Być może nie byłoby tej książki, gdyby nie stolik Bractwa Tłustej Gęby. Pokryty poplamioną ceratą stał w stołówce pracowniczej Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich przy ul. Szewskiej we Wrocławiu. Miejsce i czas były dość ponure; cuchnęło kapustą i polityczną duchotą lat pięćdziesiątych. I jakby dla kontrastu z tym smutnym otoczeniem - w porze wydawania cienkiej zupki i pierogów - w sposób magiczny zatłoczone pomieszczenie zamieniało się w najprawdziwszy salon literacki. Stołowała się tu cała ówczesna elita intelektualna Wrocławia: legendarni ossolińczycy, profesorowie położonego w pobliżu uniwersytetu i ich asystenci. Niepisanym zwyczajem jeden stolik czekał na stałych bywalców. Rej wodził przy nim profesor Jerzy Łanowski, nieformalny prezes doborowej kompanii, obdarzony wielkim poczuciem humoru i z łatwością improwizujący nie zawsze cenzuralne fraszki. Kto był twórcą stolikowego zwyczaju i nazwy (zapewne za Charlese'em de Costerem, autorem "Wesołego Bractwa Tłustej Gęby"), historia milczy.
(...) Dosiadali się też i inni - dopuszczano jednak tylko tych, któzy wkupili się dowcipem, anegdotą, wierszykiem. Tam też były dyskutowane najnowsze, jeszcze ciepłe odkrycia archiwalne, oczywiście głównie te mocno korzenne, mogące rozbawić przyjaciół. A że anegdoty i śmiech od stolika Bractwa Tłustej Gęby niosły się daleko, chcąc nie chcąc, przysłuchiwali się im i inni stołownicy. "Niektóre z dykteryjek, powtarzane wielokrotnie przez pierwszych słuchaczy, wędrowały potem w miasto, przyprawiając o śmiech ludzi postronnych, obdarzonych przez naturę bodaj odrobinką poczucia humoru" - pisał Roman Kaleta, dostaraczający do stolika Bractwa głównie opowieści o jaśniepańskich cudacznych wybrykach magnatów doby stanisławowskiej. (...)" (str.5)

A na zachętę jeden fragment, nie - dwa (nie mogę sobie odmówić przyjemności przytoczenia dwóch fragmentów, choć najchętniej zacytowałabym całą książkę). Jako że jestem tłumaczem, szczególnie ubawił mnie fragment "językowy" - wszyscy tłumacze wiedzą, ze gdy zabraknie jakiegoś słowa, bo albo się go nie zna, albo po prostu wyleciało z pamięci, trzeba się ratować stworzeniem "formy opisowej" - i tutaj przezabawny przykład na to:


Madame boeuf (str.676)


Gdy Francuzi w r. 1812 w czasie przechodu przez Polskę brali po włościach potrzebne sobie produkta, pewien generał zażądał od podprefekta Polaka karmnego wołu. Rekwizycja była napisana po francusku i wyraz boeuf niemało nabawił kłopotu naszego urzędnika, któremu właśnie na wole zbywało. Tłumacząc się tedy przed cudzoziemcem, oświadcza i wyrazem, i poruszeniem, że boeuf nie ma, ale jest dwie madame boeuf. Długo się potem nie mogli Francuzi dorozumieć, co by mogło znaczyć madame boeuf, ale obojga języków świadomy uwiadomił ich na koniec, że ofiarowano dwie krowy na miejsce karmnego wołu.

„Motyl”, nr 13 z 23 V 1828 r.

Węgierski do Rogalińskiego prosząc o pożyczenie kolaski (str. 160)


Jeżelibym z Pańskiej łaski
Mógł mieć na dzisiaj kolaski,
Dziękowałbym mocno za nią:
Chciałbym nią jechać do Woli,
Gdzie mi zapewne pozwoli
Miłość wleźć na pewną panią.

(...)


Czy nabraliście apetytu na "Sensacje z dawnych lat"? Mam nadzieję, że tak. I wierzę, że gdy już po nią sięgniecie, pokochacie tę książkę, tak jak wszyscy, którzy już ją kochają (tzn. już przeczytali).
Wydawnictwo: Iskry
Oprawa: twarda w obwolucie
ISBN: 978-83-244-0088-1
Stron: 890
Wymiary: 165x235