Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytałam w 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytałam w 2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2010

Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia...

Moje szczęście do dobrej literatury nie opuszcza mnie. Mam nosa do dobrych książek. Naprawdę. I uważam tak nie tylko dlatego, że generalnie lubię książki o takiej tematyce, zachwycona jestem przede wszystkim sposobem narracji, przedstawienia minionych kontrowersyjnych wydarzeń i postaci w taki sposób, że nie można się oderwać od czytania  - o trudnym nie tylko w odbiorze temacie, bez chowania głowy w piasek i uciekania od niewygodnej prawdy.  Najbardziej cieszy mnie jednak fakt, że "Łąka umarłych" to powieść polskiego autora  - Marcina Pilisa, traktująca o zbrodni z okresu II wojny światowej, a przedstawiona czytelnikowi na trzech płaszczyznach. O zbrodni wojennej - wbrew pozorom nie tylko nazistowskiej - ale takiej, której dopuścili się Polacy - mieszkańcy Wielkich Lip, wioski na końcu świata, wydawałoby się, że zapomnianej przez Boga i ludzi, ale nie przez diabła. O zbrodni tak bezsensownej i wstrząsającej, że nie można oprzeć się wrażeniu, że już chyba tylko diabeł tych ludzi opętał i za sprawą jego parszywych podszeptów wszystko się wydarzyło.


"Łąka umarłych" to książka pokazująca, że Polak potrafi, że Polak jest zdolny - ale w tym złym tych słów znaczeniu - że nie wiedzieć czemu ten Polak staje się równy naziście i dopuszcza się obrzydliwej zbrodni na znajomych i sąsiadach, na ich niewinnych dzieciach, tylko dlatego, że byli oni Żydami. Trudno jest przyjąć do wiadomości ten fakt, trudno to zrozumieć, tym bardziej, że przecież WSZYSCY potępiają hitlerowskie Niemcy za zbrodnie, jakich dopuścili się na Żydach, że przecież Polacy byli w czasie wojny tymi "dobrymi", ratującymi, często ryzykującymi własne życie, sprawiedliwymi wśród narodów świata - a u Pilisa dostajemy tak wstrząsającą prawdę o Polakach i ich udziale w wydarzeniach z 1942 roku, które rozegrały się w Wielkich Lipach, że tak naprawdę człowiek zaczyna wątpić - w swoją wiedzę i historyczną prawdę o II wojnie światowej. Na szczęście opisywane u Pilisa wydarzenia to nie fakty, ale fikcja literacka - przedstawiona jednakże tak, że można by się pokusić o stwierdzenie jej autentyczności - nie mniej jednak nawiązuje ona do autentycznych tragicznych wydarzeń z czasów wojny w Jedwabnem. Dla mnie jest to tylko dowód na to, że Marcin Pilis to autor zasługujący na miano mistrza nie tyle pióra, co mistrza trudnego tematu.


Napisałam w tytule tego posta, że - cytując Emila Ciorana ("Zeszyty 1957-1972") - książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia - i "Łąka umarłych" taka właśnie jest - targa naszymi emocjami i gra na uczuciach nie pozwalając ani na moment zapomnieć o czytanym tekście. Opisuje dramat nie tylko Żydów z 1942 roku, ale również ich polskich katów po kilku dziesięcioleciach od tamtych wydarzeń. I pokazuje jak trudno jest żyć z piętnem minionej zbrodni, jak może i chciałoby się uciec od odpowiedzialności i wieść normalne życie, ale i pokazując jednocześnie, jak bardzo jest to niemożliwe. Nie chcę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdradzić zbyt wielu faktów, jestem przekonana, że wielu z Was zepsułoby to przyjemność czytania powieści - jeśli jednak jesteście czytelnikami o wysokich wymaganiach wobec czytanej książki, to sięgnijcie po "Łąkę umarłych" Pilisa - na pewno Was nie zawiedzie, a przez Waszą duszę przetoczy się niczym tornado, pozostawiając obrażenia porównywalne z tymi, jakie zostają po wybuchu granatu. Jedno jest pewne - zostaniecie dosłownie zmuszeni do zastanowienia się nad tym, skąd tyle zła bierze się w człowieku. I czy możliwe jest przeciwdziałanie takiemu złu. 

Tytuł: Łąka umarłych
Autor: Marcin Pilis
Wydawca: Wydawnictwo SOL
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2010
Język: polski
Numer ISBN: 9788362405138
Liczba stron: 384

sobota, 3 lipca 2010

Uśmiech Lisy - Donna Jo Napoli

Wychodzi na to, że sporo ostatnio czytam tzw. "młodzieżówek", ale co zrobić - domowa młodzież czyta (ostatnio wręcz namiętnie), czasami sama nie wie czego chce, więc żeby móc służyć radą i nie być gołosłowną polecając coś do czytania, muszę znać temat, bo inaczej wyszłabym na idiotkę. Nie lubię też używać sformułowania "idź i weź sobie sobie coś z tej i tej półki", bo najprawdopodobniej nie weźmie sobie niczego. Ale w tym przypadku było inaczej. Tej książki nie przeczytałam! Przyznaję się bez bicia. Starszomłodsza - chyba powodowana uwielbieniem do innej książki o podobnym klimacie, o której pisałam w zeszłym roku (mowa oczywiście o "Primaverze") - sama z siebie, z własnej nieprzymuszonej woli przeczytała "Uśmiech Lisy"... No po prostu miód na moje matczyne serce:-) Aż się zdziwiłam po ostatniej fascynacji "Błękitnokrwistymi". Ale pamiętam, jak wtedy podobała jej się opowieść o renesansowej Florencji, pewnie więc i teraz miała nadzieję na podobne przeżycia. To, co poniżej napiszę - opowiedziała mi moja córka.

"Uśmiech Lisy" to świetnie opowiedziana historia pewnej dziewczyny, 13-letniej Elisabetty, mieszkającej wraz z rodzicami na włoskiej prowincji, w Villi Vignamaggio niedaleko Florencji, gdzie jej ojciec hoduje jedwabniki i zajmuje się produkcją jedwabiu. Zwykła, skromna dziewczyna, która za chwilę będzie obchodziła swoje trzynaste urodziny i mamma oraz papa zajęci są przygotowaniami do mającego się odbyć z tej okazji balu. A na balu... na balu ma pojawić się mnóstwo konkurentów do ręki Elisabetty - rodzice mają nadzieję dobrze wydać ją za mąż, może nawet za któregoś z Medyceuszy? Elisabetta najbardziej lubi pomagać swojemu papie przy jedwabnikach i wcale nie uważa, żeby była jakąś pięknością - ale odmiennego zdania jest przyjaciel jej ojca, najsłynniejszy malarz wszech czasów - Leonardo da Vinci, którego młodziutka Lisa  poznaje we Florencji przy okazji wyjazdu na pogrzeb ojca rodu Medyceuszy. Leonarda urzeka uśmiech dziewczyny i obiecuje go kiedyś namalować. Losy Elisabetty są bardzo burzliwe. Spotyka ją wielkie nieszczęście, ale jest na tyle silna, że to tragiczne doświadczenie nie załamuje jej. Po drodze zakochuje się swoją wielką i odwzajemnioną pierwszą miłością - ale jak się okazuje, młodym zakochanym nie jest pisane wspólne szczęście - los lubi płatać figle. We Florencji zachodzą tak wielkie zmiany - polityczne, gospodarcze i społeczne, że po całych tych wydarzeniach miasto nie jest już tą samą Florencją, a i jego mieszkańcy zmienili się również pod wpływem burzliwych i krwawych wydarzeń, podaczs których  "najznamienitsze rody w mieście straciły wszystko. Niektórzy życie, niektórzy wolność, inni – musieli udać się na wygnanie. Na tle pasjonujących dziejów renesansu autorka snuje barwną opowieść o wielkich namiętnościach, zdradzieckich intrygach i nieoczekiwanych pożegnaniach" (z noty wydawcy). Tak naprawdę Starszomłodsza opowiedziała mi całą książkę ze szczegółami, któych Wam, kochani, niestety nie zdradzę. Nie powiem co się wydarzyło w przeddzień urodzin Lisy, ani w kim się zakochała, ani co spowodowało, że nie mogli być razem, ani nie powiem kogo poznała po drodze, jakie przygody przeżyła i za kogo w końcu wyszła. Bo wyszła za mąż - oczywiście był to ślub aranżowany, ale koniec końców Lisa spotkała swoja wielką miłość - a jeśli chcecie się dowiedzieć, czy był to jej pierwszy ukochany, czy może ktoś inny, to - stety-niestety, musicie sięgnąć po "Uśmiech Lisy". Skoro zrobiła to moja średnia Starszomłodsza, to "gra musi być warta świeczki" - wierzcie mi. Gorąco polecam, zwłaszcza teraz - na wakacje:-))
Tytuł:Uśmiech Lisy
Autor:Napoli Donna Jo Wydawca:Jaguar
Numer wydania:I
Język:polski
Język oryginału:angielski
Ilość stron:350
Tłumaczenie:Komerski Grzegorz
Rok wydania:2010

piątek, 2 lipca 2010

Zimowy monarcha - Bernard Cornwell

Zapowiada się kolejna czytelnicza gratka dla wielbicieli powieści historycznej, a w szczególności tej dotyczącej początków chrześcijaństwa, czasów bardzo niespokojnych i mrocznych, gdzie jeszcze praktykowana jest magia, która tak naprawdę nie istnieje i hołd oddaje się starożytnym bogom, a waleczni wojownicy stoją na straży dotychczasowych wartości. Cykl Arturiański będzie trylogią, a "Zimowy monarcha" jest pierwszą jego częścią, która ukazała się 19 maja br. nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA (i mimo, iż wydawca zaznacza, że jest to wydanie I, to książka już kiedyś była publikowana w Polsce, w 1997, ale przez inne wydawnictwo). Ukazana w niej Brytania na przełomie V i VI w.n.e., pogrążona jest w chaosie i podzielona na walczące ze sobą królestwa, a przez to bardzo osłabiona i wystawiona na częste ataki wrogów z Saksonii. "A teraz brońcie się sami" - tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów.
Rzymianie odeszli, ich śladem podążają pogańscy bogowie. Święte ognie gasną - nadchodzi era chrześcijaństwa... Los wyspy wydaje się przesądzony. Starzejący się władca, Uther, nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, który po jego śmierci objąłby przywództwo w walce ze zdradzieckimi Sasami. Jedynym człowiekiem, który może sięgnąć po koronę i zjednoczyć kraj, jest podopieczny czarownika Merlina i nieślubny syn Uthera - Artur. Młody mąż stanu ma przeciwko sobie nie tylko saksońską furię, ale również zawistnych i nieprzychylnych mu ludzi. Uzbrojony w odwagę i honor, zdeterminowany, by ocalić Brytanię przed ostateczną klęską, musi stanąć do nierównej walki nie tylko ze zbrojną potęgą, ale również z siłami, których nie sposób zrozumieć... Nękany wątpliwościami, targany namiętnością, kochany i zdradzany, wielbiony i znienawidzony, Artur jest nie tylko symbolem honorowej walki o ginący świat - jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości" - można przeczytać w nocie wydawcy.

Ja osobiście miałam w planie przeczytać coś innego na temat rycerzy okrągłego stołu, ale trafił mi się "Zimowy monarcha" i to od niego zaczęłam swoją znajomość i przygodę z legendarnym królem Arturem. Przygodę, która bardzo mi się spodobała i której  na pewno długo nie zapomnę, a z całą pewnością będę ją kontynuować przy okazaji ukazywania się następnych tomów trylogii . Powieść Cornwella to możliwość zatopienia się w zupełnie innym świecie, tak bardzo odległym w czasie, że niektóre rzeczy aż trudno sobie wyobrazić. Ale mistrz Cornwell świetnie opisuje czasy, w których osadzona jest jego powieść, można wręcz odnieść wrażenie, że jest wybitnym znawcą średniowiecza, a jego sposób pisania otwiera przed czytelnikiem drzwi do świata fascynującego pomimo wszystkich swoich okropności, świata nieustannych walk, świata królów i niewolników, pogańskich druidów i chrześcijańskich kapłanów, wielkich bohaterów i tchórzy.
U Cornwella postacie nie są już ideałami, są tak jak my - ludźmi z krwi i kości, wszyscy mają swoje wady i zalety - to ich odbrązowienie  przez autora sprawia, że stają nam się bliższe. I tak na przykład Artur jest nie tylko obrońcą małoletniego króla Mordreda i wielkim wojownikiem, jest też facetem jakich niemało i dzisiaj - z jedną wybranką ma dwójkę dzieci, innej piękności robi nadzieję na rychły ożenek, a w jeszcze innej się zakochuje i z nią bierze potajemnie ślub - do tego wszystkiego jest nie tylko niezwykle silny i szybki jako rycerz, ale przede wszystkim jest bękartem (jednym z wielu) zniedołężniałego króla Uthera, inny z rycerzy okrągłego stołu - Lancelot jest kłamcą i tchórzem, a druid Merlin to tak naprawdę "stary grzyb", pragnący za wszelką cenę utrzymać stary pogański porządek na świecie i nade wszystko pragnący unicestwienia chrześcijan. W "Zimowym monarsze" nic nie jest czarne albo białe, dobre albo złe, ale to chyba dzięki sposobowi opowiedzenia tej fascynująco barwnej historii: narratorem jest Derfel, saksoński niewolnik, który z czasem zostaje wiernym i oddanym wojownikiem Artura - pod koniec swojego życia wspomina wielkie czyny swojego pana, opowiada o jego słabościach, a jego głównym celem jest spisanie tej historii "ku pamięci potomnych", aby legenda o królu Arturze nie została nigdy zapomniana. To naprawdę wspaniała opowieść o miłości, wojnie, honorze i zdradzie.

Mnie "Zimowy monarcha" pomógł sensownie spędzić bezsenne nocne godziny w ostatnich dniach, kiedy to z powodu zbytniej aktywności mojego maluszka nie mogłam oka zmrużyć. Wszystkim zainteresowanym tematyką arturiańską gorąco polecam.

FRAGMENT
Rok wydania: 2010

Liczba stron: 560
Wymiary: 145 x 205 mm
ISBN: 978-83-62329-00-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginału: The Winter King: A Novel of Arthur
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Język wydania: polski
Wydanie: I

czwartek, 21 stycznia 2010

„Życie polskie w XIX wieku” - Stanisław Wasylewski

„Życie polskie w XIX wieku” to po „Sensacjach z dawnych lat” kolejna perełka, rarytas literacko – historyczny, który wzięłam na swój czytelniczy warsztat w ostatnim czasie. Im więcej takich książek wpada mi w ręce, tym bardziej ogarnia mnie zadowolenie, ba! - powiedziałabym nawet, że wielkie zadowolenie, bo moje umiłowanie historii nie zawsze idzie w parze z rzetelną wiedzą w tej materii, a dzięki takim publikacjom, jak „Życie polskie w XIX wieku” Wasylewskiego mogę te moje luki w wiedzy pouzupełniać w sposób - powiedziałabym – baaaardzo interesujący i jeszcze bardziej przyjemny. Autor, Stanisław Wasylewski (1885-1953), był bardzo znanym i popularnym pisarzem historycznym w mojej ukochanej międzywojennej Polsce, publicystą oraz utalentowanym popularyzatorem historii. Jego sposób pisania był bardzo barwny (dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię ogromnej rzeszy czytelników), oparty często na anegdotach, ciekawostkach i intrygujących faktach z tamtego okresu; w swojej literackiej spuściźnie pozostawił kilkanaście książek oraz setki felietonów i artykułów w gazetach. „Życie polskie w XIX wieku" gotowe było w swej podstawowej formie już w 1936 r., ale drukiem ukazało się dopiero w 1962 – przygotowane i ostatecznie dokończone przez Zbigniewa Jabłońskiego - edytora wielu pamiętników i wybitnego znawcy dziejów kultury (uzupełnieniami i redakcją zajmował się Wasylewski aż do końca, ale pozostawił swoje dzieło niedokończone, ukazało ono się bowiem blisko 10 lat po jego śmierci) – i jest efektem wieloletnich badań historycznych nad dziejami kultury i obyczajów w Polsce XIX wieku. Książka składa się z 25 rozdziałów – w każdym zostało przedstawione życie przede wszystkim błękitnych snobów (jak określał polską arystokrację), od ubiorów i biżuterii począwszy, poprzez umeblowanie i urządzenie dworków i pałaców, przez bale, rauty i przyjęcia, zwyczaje dotyczące żywienia, korespondencji, życia towarzyskiego i podróży na wyścigach konnych i umiłowaniu koni w ogóle skończywszy. Wasylewski pisze nie tylko o życiu codziennym, ale również o sprawach politycznych, gospodarczych, zajmuje się też literaturą, muzyką, teatrem - sztuką w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. I mimo dość pokaźnych rozmiarów (książka liczy sobie 612 stron), czyta się ją dość szybko – ogromną zasługą jest tutaj styl autora, który nie podaje czytelnikowi tylko i wyłącznie suchych faktów, a raczej snuje bardzo ciekawą opowieść, jak wytrawny gawędziarz okraszając swoje opowieści co i rusz pikantnymi szczegółami.



"Myślałem o takiej książce od lat. Bobrując w dokumentach i pamiętnikach, przebiegałem pod kątem życia obyczajowego rozliczne, odległe od siebie dziedziny historii politycznej, polonistyki, historii sztuki, krajoznawstwa. Ciekawiły mnie sprawy zazwyczaj nie intersujące naukowców naszych. Historia kultury obyczajowej traktowana jest u nas z lekceważeniem, spychana na ostatni plan, niegodna zainteresowań szanującego się badacza dziejów. Nie ma swych adeptów i znawców, tym mniej metodyków. Miewaliśmy i mamy dziś zankomitych mniej i więcej syntetyków naszej kultury - brak nam fachowych zanwców realiów jej obyczajów. Pod tym względem zasługujemy zaiste na miano Francuzów Północy" ["Od autora" str. 15]


Wasylewskiemu zarzucano swego czasu niekonsekwencję, mnóstwo nieścisłości, swobodne podejście do faktów i dat, a to z kolei dyskredytowało go w oczach historyków. Jego karierę zniszczyła wojna, którą spędził we Lwowie, gdzie po pisywał w „Czerwonym Sztandarze", „Nowych Widnokręgach", współpracował z teatrem i radiem (wówczas, gdy miasto zajęte było przez czerwonoarmistów). Zresztą w tym czasie czyniło tak wielu polskich pisarzy i artystów, którym przyszło w tym mieście spędzać czasy zawieruchy wojennej. W 1941 r. Lwów znalazł się jednak w rękach niemieckich i Wasylewski zgodził się współpracować z „Gazetą Lwowską", niemieckim organem prasowym na dystrykt Galizien. Twierdził później, że uczynił to za wiedzą i zgodą podziemnej Armii Krajowej. Gdy jednak po zakończeniu II wojny światowej został oskarżony o kolaborację z Niemcami , to choć sąd go uniewinnił, wycofał się całkowicie z życia towarzyskiego i literackiego. "Schorowany i złamany moralnie" - jak pisze prof. Sławomir Nicieja zamieszkał w Opolu. Pod pseudonimem Tadeusz Szafraniec publikował we wrocławskim "Słowie Polskim"


Niniejszy tom "Życia polskiego w XIX wieku" przygotował do obecnej edycji prof. Janusz Tazbir, opatrując go bardzo interesującą przedmową, natomiast Wydawca zamieścił też obszerne posłowie autorstwa prof. Stanisława Sławomira Nicieji („Casus Stanisława Wasylewskiego"). Muszę jeszcze zaznaczyć - a jest to dla mnie bardzo ważny aspekt - że książka jest przepięknie wydana - twarda oprawa z obwolutą w kwiatowy deseń.
165 x 235 MM
612 STRON
OPRAWA twarda z obwolutą
ISBN 978-83-244-0061-4
ROK WYDANIA 2008

czwartek, 7 stycznia 2010

Mój język prywatny - Jerzy Bralczyk

Profesor Bralczyk to jeden z tych nielicznych facetów, których nie tylko podziwiam, ale darzę ogromną sympatią - po moim mężu, Kurcie Wallanderze i boskim Nicholasie Cage'u. Kolejność tych panów nie ma znaczenia, zresztą zmienia się ona w zależności od chwilowych upodobań. A obecnie profesor bije u mnie wszelkie rekordy popularności. Jego "Mój język prywatny" przeczytałam już kilka tygodni temu, a do dziś noszę w torebce i co i rusz po nią sięgam - w korku, w kolejce w banku, w poczekalni u lekarza i śmieję się w głos - wzbudzając tym ogólne zdziwienie, a może sympatię (dzięki Bogu dotychczas nikt nie popatrzył na mnie z politowaniem). To kolejna "perłka" w naszym domu do głośnego podczytywania i kolejna do czytania "dowolnego" - na chybił - trafił: gdzie otworzysz, tam możesz czytać. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to szanowny małżonek niebawem chyba zacznie czytać, bo już polubił, gdy mu co smaczniejsze "kąski" podczytuję na głos (a że nie czyta, to o tym już kilka wtajemniczonych osób wie) - biedny, nawet się nie spodziewa, że niedawno ukartowałam "PERFIDNY PLAN ZROBIENIA Z NIEGO MOLA KSIĄŻKOWEGO" i powoli, aczkolwiek skutecznie wprowadzam go w życie...
"Mój język prywatny" to zbiór krótkich i z ogromną lekkością pióra napisanych felietonów językoznawczych na temat wybranych słów czy fraz z naszego języka polskiego. Można przy ich lekturze nie tylko dobrze się bawić (ba! pękać ze śmiechu), ale jednocześnie dowiadywać się bardzo ciekawych rzeczy z dziedziny lingwistyki (prawda, że pięknie brzmi?) Felietony są z reguły na około półtora strony długie (a w zasadzie krótkie), zawsze z króciótkim wstępem autora - jeśli do tej pory nie czytaliście niczego z językoznawstwa, bo "nudne, zawiłe i zupełnie nie-moje-klocki" to "Mój język prywatny" to z całą pewnością zmieni - jeszcze nikt tak ciekawie nie opowiadał o językoznawczych aspektach naszego ojczystego języka.


Wybór słów, o których profesor nam opowiada, jest bardzo różny - są w tym "Słowniku autobiograficznym" (bo taki podtytuł nosi książka) nie tylko słowa współczesne, często używane, ale i takie, które z użycia już wyszły albo rzadko nam się zdarza, aby ktoś ich używał - niemnmiej jednak warto o nich poczytać. Słowa od "absolutnie" po "żeby" poprzez "chciałbym", "los" i "seks". naprawdę warto poczytać, zwłaszcza to, co na ten temat ma do powiedzenia profesor Bralczyk - świetny gawędziarz i bardzo spostrzegawczy obserwator naszej językowej rzeczywistości - bawi się słowami, dowcipkuje, stroi sobie zarty. Wspaniała lektura, zabawa przednia - a na zachętę krótki fragment - felieton o słowie "cóż". Ja osobiście uwielbiam w tym felietonie ten fragmencik o tej subtelnej różnicy pomiędzy "co" a "cóż". Rewelacja!


Chciałabym jeszcze tylko tak na marginesie, ze ksiązkę profesora Bralczyka dostałam od mojej Najstarszej Licealistki na Mikołaja - z autografem autora - w zasadzie to sam autograf, bo ksiązkę juz miałam. Tak się złożyło, ze na początku grudnia jej szkoła oragnizowała wyjazd do Poznania na wykłady profesora, a ze dziecię moje po mnie humanistyczne pasje odziedziczyło, więc na wspomnianą wycieczkę pojechało. Wróciła z egzemparzem ksiązki podpisanej dla mnie i ze słowami: "Mamuś, pan profesor bardzo się ucieszył, bo wszyscy po autograf lecieli z kartkami z zeszytu, tylko ja miałam ksiązkę. I pytał, czy czytałam. No to odpowiedziałam, ze rewelacyjna, a najbardziej to podobał mi się felieton o "w ogóle" - ucieszył się jeszcze bardziej i tak szczerze roześmiał". Kochana ta moja Najstarsza:-)


Zapraszam do lektury!


Bezradność to miły stan. Mogę z czystym sumieniem dawać jej wyraz. Nic nie
poradzę, więc nie muszę się przejmować. Żona moją bezradność nazywa
wyuczoną.
Może i tak jest, ale cóż z tego!

Cóż


No cóż, „cóż” to czasem tylko bardziej eleganckie, trochę wyszukane „co”. Zamiast: „cóż, polewki dziś nie dacie?” mogę niby zapytać: „co, polewki dziś nie dacie?”. Ale pewnie wtedy mógłbym dłużej na czczo czekać. A zamiast „cóż u czarta za szaleństwo?” albo „cóż to, dżumę w zamku macie?” mógłbym wprawdzie pytać „co u czarta za szaleństwo?”. I „co to, dżumę w zamku macie, czy co?”.



Ale cóż... lepiej jednak „cóż”.


Kiedy pytam, chcę odpowiedzi. Ale takiej, która mi odpowiada. Cóż z tego, że ktoś odpowie, kiedy to nie będzie to? Na „co” możesz odpowiedzieć, jak chcesz. A na „cóż”? A to już bardziej, jak ja chcę.


W "cóż" jest trochę dystansu, trochę wyniosłości. A czasem w ogóle oddala się od prostackiego „co?”. W „co to?” mam zwyczajne pytanie niezorientowanego, w „cóż to?” eleganckie zdziwienie zorientowanego lepiej. Cóż stąd, że różnica mała, że to „-ż” to tylko wzmacniająca partykuła? Spróbuj tak zapytać przez „co”: „co stąd?”. Brrr.


I cóż Ty na to? (jestem grzeczny: gdybym zapytał: "co Ty na to?” tak grzeczny bym nie był).„No dobrze, może nawet tak jest” - powiesz - „i co z tego?”. Wtedy zrobi mi się trochę przykro, bo się starałem, a tu nic. A jak zapytasz „cóż z tego?”, poznam, że mogę się postarać jeszcze. Cóż mi, że na razie nie rozumiesz. Dogadamy się. A jak się nie dogadamy, to mam ładny sposób wyrażenia łagodnej rezygnacji. Powiem: „no cóż...” Nawet nie zapytam.

No cóż, to tylko słówko...
Autor: Jerzy Bralczyk
Wydawnictwo:Iskry , Kwiecień 2004
ISBN:83-207-1754-X
Liczba stron:344
Wymiary:120 x 190 mm