poniedziałek, 12 października 2009

We mgle wrześniowej - Stanisław Zieliński

Czy głupio zabrzmi stwierdzenie, że cieszę się, że nie przyszło mi żyć w tamtych czasach? Że nie musiałam walczyć, że teraz mogę o tym wszystkim poczytać w zaciszu mojego domu, o tamtym wrześniu i o ludziach, którym przyszło stanąć do walki? Czy jestem egoistyczna myśląc w ten sposób?
Dobrze czytało mi się zbiór opowiadań Stanisława Zielińskiego pt. „We mgle wrześniowej”, opisujących wydarzenia z września 1939 r. II wojna światowa to mój konik. Mogę czytać książki o tej tematyce jedna po drugiej. Większość z nich ma charakter dokumentu, czasami lepszego, czasami gorszego, ale raczej wiernie opisującego dramat wojennej zawieruchy. Stanisław Zieliński, uczestnik kampanii wrześniowej 1939 jako młody podchorąży, opisuje tamte wydarzenia. Przygotowania do mającej nadejść lada chwila wojny, chęć walki ale przy jednoczesnym barku uzbrojenia i wyposażenia, niedociągnięciach szkoleniowych i barku odpowiedniej kadry, wiara, a zaraz potem zwątpienie w pomoc naszych wielkich europejskich sojuszników - tym bardziej spodobało mi się w tych opowiadaniach, że tyle w nich humoru, tyle zabawnych sytuacji; że żołnierze, mimo trudnych warunków polowych potrafią z siebie żartować i dostrzegają również te bardziej kolorowe, zabawne aspekty życia. I prawdą jest, co wydawca napisał na okładce: „Konfrontacja wcześniejszych doświadczeń wojskowych – manewrów i gier taktycznych z prawdziwą wojną okazuje się bolesna, ale autor potrafi też dostrzec komiczność niektórych sytuacji” – dzięki temu czyta się „We mgle wrześniowej” z przyjemnością – nie epatuje ze stron książki nastrój wojennych dramatów i pożogi, cierpienie i ból, choć i o nich autor w swych opowiadaniach pisze, albowiem to one stanowią istotę jego wojennych przeżyć. Już kiedyś pisałam, że o swoich wojennych doświadczeniach każdy, kto ją przeżył, opowiada inaczej. Inna jest relacja o II wojnie światowej u Kertesza, inna u Nałkowskiej, u Zusaka – inna jest też u Zielińskiego. Każdy ma swój sposób patrzenia na okrucieństwa wojny i opowiadania o nich...



We mgle wrześniowej
Autor: Stanisław Zieliński
Wydawnictwo:Zysk i S-ka

Wrzesień 2009
ISBN:978-83-7506-330-1
Liczba stron:190

niedziela, 11 października 2009

Dla wszystkich wielbicieli Mikołajka...

Wspaniała zapowiedź dla wszystkich, którzy kochają Mikołajka i jego kolegów - obżartucha Alcesta, pupilka naszej pani Ananiasza, zarozumiałego Rufusa, rozdającego fangi w nos Euzebiusza, ich nauczyciela Rosoła i innych - czyli dla mnie i dla moich dziewczyn

KALENDARZ NA ROK 2010

Jedyna w swoim rodzaju książka, w której każdy miesiąc poświęcony jest innemu bohaterowi, od Rosoła do Buni. Książka pełna rysunków Sempégo i prześmiesznych tekstów Goscinny'ego, a także mnóstwa praktycznych informacji, z miejscem na notatki (lub odrabianie mikołajkowych zadań domowych) i zupełnie wyjątkową listą imienin.

Mikołajkowy kalendarz to kolorowa, pięknie wydana i wysmakowana książka dla wszystkich fanów Mikołajka, a także dla poszukiwaczy oryginalnych kalendarzy.

Ja znalazłam prezent gwiazdkowy dla mojej Wiktorii :-)

Tytuł: Mikołajek. Kalendarz 2010

Autor: René Goscinny, Jean-Jacques Sempé
Data wydania: październik 2009
Wydawca: Znak
Liczba stron: 176
ISBN: 978-83-240-1257-2
Wymiary: 17,0x22,0 cm

Literacka Nagroda Nobla 2009

za rozliczenie z komunistyczną dyktaturą





Tegoroczny literacki Nobel dla Herty Muller - jednej z najwybitniejszych postaci współczesnej literatury niemieckiej - urodziła się w rumuńskim Banacie. Dzieciństwo i młodość spędziła w kraju komunistycznej dyktatury. Tam rozpoczęła się jej kariera literacka, szybko przerwana zakazem publikacji. Prześladowana przez władze, wyemigrowała do Niemiec. Zdobyła uznanie na arenie międzynarodowej, o czym świadczą liczne przekłady oraz nagrody.
Nie znam jej, nie czytałam jeszcze niczego, co spod pióra tej autorki wyszło - dla mnie kolejny znak, ile to jeszcze do nadrobienia w moim czytaniu...
W Polsce wydano następujące tytuły noblistki:
1. Sercątko, przeł. Alicja Buras, 2003
2. Dziś wolałabym siebie nie spotkać, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2004
3. Lis już wtedy był myśliwym, przeł. Alicja Rosenau, 2005
4. Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2005
5. Niziny, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2006
6. Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, przeł. Katarzyna Leszczyńska,2006
7. Głód i jedwab, przeł. Katarzyna Leszczyńska, 2008

Jońska misja - Patrick O'Brian

Okazuje się, że moja czytelnicza dobra passa trwa (poza wyjątkiem kilka godzin temu opisanym), czyli trafiają mi się same dobre rzeczy do czytania: "Jońska misja" Patricka O'Briana to kolejna już jego powieść (doliczyłam się ich sztuk 9 - wydanych na polskim rynku wydawniczym) z serii 21 powieści o tematyce marynistycznej, (te w języku polskim zostały wszystkie wydane przez poznańskie Wydawnictwo Zysk i S-ka). Bodajże najbardziej znany tom cyklu z racji wspaniałej ekranizacji w reżyserii Petera Weira, z rewelacyjnymi rolami głównymi Russella Crowe'a i Paula Bettany'ego - "Pan i władca: Na krańcu świata" zupełnie umknął mojej uwadze - bo nazwyczajniej w świecie filmu nie widziałam, ba! - dostając "Jońską misję" do rąk nawet nie przypuszczałam, że jest to kolejny tom cyklu opowieści o brawurowych przygodach kapitana Jacka Aubrey'a i jego przyjaciela lekarza okrętowego Stephena Maturina, weteranów wielu bitew, przyjaciół na dobre i złe, na lądzie i morzu. Książkę połknęłam w kilka dni, nie zważając na protesty mojej rodziny: znów tylko parówki na obiad, znów coś niewyprasowane, znów chleb nieodebrany ze sklepu... A niech tam - chciałam przeczytać za wszelką cenę, bo po raz pierwszy miałam do czynienia i z autorem (pisze w niesamowity sposób o morskim, czyli męskim sposobie na życie, o męskich "poważnych" zabawach: w wojnę, w pościgi, w wojskowe manewry na morskich akwenach), i z jego bohaterami (jest ich wielu i wszyscy nakreśleni jako bardzo wyraziste postaci), i z tego typu literaturą - powieścią historyczną o tematyce marynistycznej. To moje "Jońskiej misji" czytanie zakończyło się tym, że może i wilkiem morskim nie zostanę, ale tak teraz rozsmakowałam się w morskich klimatach, że powieść O'Briana to książka na bardzo dobry początek znajomości z tym gatunkiem literatury. A jeśli dodać do tego, że czytając o tych przygodach, można sobie Jacka wyobrażać tak, jak bohatera wersji filmowej, to nie mam zupełnie nic przeciwko...



O autorze:

Patrick O'Brian, właśc. Richard Patrick Russ (ur. 12 grudnia 1914 w Chalfont koło Londynu, zm. 2 stycznia 2000) – pisarz i tłumacz angielski niemieckiego pochodzenia. W czasie II wojny światowej pracował w angielskim wywiadzie.
Największą sławę zyskał jako autor serii powieści marynistycznych, których bohaterami są Jack Aubrey i Stephen Maturin. Na język polski jego powieści przekładał pisarz Marcin Mortka (począwszy od HMS "Surprise", pierwsze dwa tomy przełożył Bernard Stępień).



A poniżej kilka innych książek o morskich przygodach Jacka Aubrey'a - na pewno nie od razu, ale z czasem sięgnę po kolejne tomy, tym bardziej, że każdą z części cyklu można czytać jako osobną historię - są ze sobą powiązane, ale nie tworzą spójnej całości wymagającej czytania chronologicznego.




Autor: Patrick OBrian
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: MORSKIE OPOWIE
Liczba stron: 488
Format: 195 mm x 125 mm x 28 mm
ISBN: 9788375063530
Rok wydania: 2009

Eine himmlische Liebe (Miłość Peonii) - Lisa See

Rzadko zdarza mi się niedoczytać. Rzadko poddaję się tej czytelniczej niemocy, która powoduje jakąś blokadę w mojej głowie i we mnie. Rzadko się poddaję - z reguły czytam do końca, bo nawet jeśli coś mi się nie podoba, to chę wiedzieć, dlaczego; jeśli coś mnie złości, wywołuje niesmak czy inne tym podobne - to naprawdę sięgam dna prawdy. Ale tym razem się nie udało...

Prawdę mówiąc spodziewałam się Bóg wie czego - po lekturze "Kwiatu Śniegu i sekretnym wachlarzu", który był moim zdaniem rewelacyjny, "Miłość Peonii" okazała się dla mnie trochę za... płaska. Dostałam tę książkę od mojej przyjaciółki z Niemiec - pomyślałam więc, że problem jest z natury tych językowych. Wypożyczyłam więc polskie wydanie z biblioteki. I NIC... Nie mogę. I wstawiam z powrotem na półkę. W tej chwili nie mam nawet nadzieji, że może kiedyś...


Niemniej cieszę się jednak, że wreszcie zniknie ta książka z mojego stolika nocnego, a jej miejsce zajmie całkiem przyjemny stosik książkowy przygotowany specjalnie na jesienne dni i wieczory.

sobota, 10 października 2009

Czyste cięcie - Theresa Monsour


Coś ostatnio mam szczęście do dobrej literatury - naprawdę. Co mi nie wpadnie w ręce, okazuje się dobre. W przypadku "Czystego cięcia" powiedziałabym nawet, że bardzo dobre.

Paris Murphy, sierżant z wydziału zabójstw St. Paul, łączy w sobie libańską egzotykę i irlandzki urok. Jest odważna, zabawna i obdarzona intuicją. Musi zmierzyć się z poważnymi wyzwaniami: zawodowe to seria zabójstw, którą rozpoczyna morderstwo prostytutki nad brzegiem Missisipi, a prywatne to jej małżeństwo z Jackiem. Dr Michaels to człowiek bezwzględny, perfekcyjny i złożony. Dręczą go koszmary z dzieciństwa i katolickie poczucie winy. Ma nieskazitelną opinię i jest szanowany w swoim środowisku. Paris i jej partner Gabe Nash nie mogą potwierdzić swoich podejrzeń. Czas ucieka. Jeśli nie uda im się zebrać twardych dowodów, morderca uderzy ponownie... Czy policjantom uda się powstrzymać nieobliczalnego doktora?

Prawdę powiedziawszy nota wydawcy jest niewiele mówiąca i niezbyt zachęcająca – dlatego ją przytoczyłam. Ot, typowy tekst, który można spotkać na okładkach co drugiego kryminału, co to ani nie zaszkodzi, ani za wiele zdziała... No właśnie – książka jest tak dobra, że wielu z Was mogłoby obok niej przejść w księgarni obojętnie – dlatego spieszę z moją recenzją, aby tak się nie stało.

Podczas czytania – jako, że ostatnio trochę się kryminałów naczytałam (mam na myśli niejakiego Mankella) – siłą rzeczy nie obyło się bez porównań z pewnym mężczyzną, który się uśmiechał – u Theresy Monsour sprawca – doktor Michaels - też jest szanowanym obywatelem, też jest bardzo wpływowy i ma pieniądze oraz koneksje, aby policji się wywinąć. O jego obrzydliwej zbrodni dowiadujemy się w pierwszym rozdziale , przy czym nieubłaganie nasuwa się pytanie: „i co będzie dalej, skoro już wiemy kto jest mordercą i dlaczego to zrobił?” Okazuje się, że autorka kreśli na następnych stronach doskonały portret psychologiczny, nie tylko mordercy, ale i tropiących go policjantów – pięknej Murphy i stanowczego Gabe’a. Są partnerami i wspólnie próbują rozwiązać zagadkowe morderstwa i zebrać dowody – o winie swojego podejrzanego są w stu procentach przekonani, chodzi w zasadzie tylko o to, aby mieć w ręku niepodważalny dla ławy przysięgłych dowód na dokonanie przestępstwa.
A główny podejrzany, doktor Michaels? Zachowuje się jak legendarny doktor Jekyll i pan Hyde z noweliRoberta Louisa Stevensona z 1886 roku – pamiętacie tę historyjkę o londyńskim lekarzu wcielającym się nocą w swoje drugie wcielenie - pana Hyde’a - po wypiciu specjalnego eliksiru? Michaels podobnie - w pracy opanowany i czarująco przystojny chirurg plastyk – perfekcjonista, wcielający się wieczorami w równie przystojnego, ale bezwzględnego oprawcę, z tą różnicą, że jego eliksirem jest dobra szkocka whiskey: „- Już nawet nie pamiętam, który jest dzień – szepnął. Wyciągnął się płasko na plecach, chwycił poduszkę, przycisnął ją do piersi, i wpatrzył się w sufit. Jego podzielone na oddzielne sekcje życie zaczynało się walić w gruzy. Zabójca i lekarz, mąż i gwałciciel, katolik i heretyk mieszali się ze sobą jak paleta akwareli pozostawiona na deszczu.” [str. 204]


Bardzo podoba mi się też sam sposób narracji autorki - ciekawy, stosunkowo lekki, nie rozwlekający się niepotrzebnie, a trafne puenty i wyszukane porównania tylko potęgują przyjemność czytania i trzymają w napięciu od pierwszej do ostaniej strony. Moim zdaniem pani Monsour trafiła "Czystym cięciem" w dziesiątkę - aż trudno uwierzyć, że to jej debiutancka powieść.

Moja ocena: 5/6

Czyste cięcie
Autor:
Theresa Monsour
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Aurum , Wrzesień 2009
Seria: Seria Kryminalna
ISBN: 978-836-1867-029
Liczba stron: 304
Wymiary: 145 x 205 mm

niedziela, 4 października 2009

Niebawem w księgarniach...



Fotobiografia
Zofia Turowska przedstawia Zofię Nasierowską, "fotografkę boską", jak nazwał ją Melchior Wańkowicz, artystkę i dokumentalistkę, która z aparatem w ręku potrafiła sprostać zmianom i przeciwnościom, odnieść imponujący sukces zawodowy i jednocześnie harmonijnie ułożyć wspólnotę małżeńską. To ilustrowana opowieść o życiu wielokrotnie spełnionym.












Dzięki książce "Zaginione światy" docieramy dalej niż samolot, nie opuszczając własnego fotela. Zupełnie jakby szybując w snach, można ujrzeć Atlantydę oraz Camelot i ponownie uwierzyć w jednorożce. To książka dla ludzi bez względu na wiek, która budzi dziecko tkwiące w każdym z nas i spełnia nasze dorosłe fantazje. Wyróżniamy dwa rodzaje zaginionych światów: takie, które odeszły w przeszłość, zostały pogrzebane i zapomniane, na przykład Mohendżo Daro, oraz inne, które istnieją nadal w zbiorowej wyobraźni, jak Atlantyda i Camelot. Każdy świat mówi nam o tym, skąd pochodzimy, w sensie fizycznym i duchowym. A niektóre krainy należą do obu wspomnianych kategorii. Bywają światy zaginione, czyli takie, których nie odnaleziono. Niewidoczne, zatopione w głębinach oceanu, położone na niedostępnych szczytach lub zagrzebane w środku ziemi, znajdują się poza naszym zasięgiem. Naturalnie muszą pozostać ukryte, bo inaczej straciłyby cały swój urok i czar. Nie są żadnym konkretnym miejscem w świecie, lecz symbolizują naszą tęsknotę za owymi fantazyjnymi lądami, gdzie wszystko jest doskonałe. W taki sam sposób po zaginionych cywilizacjach pozostają opowieści, przekazywane w postaci legend, lub przedmioty kultury materialnej, które wyłaniają się podczas badania przeszłości.


Marlene
Prawie osiemnaście miesięcy po śmierci Marleny Dietrich do Berlina trafia 25 ton rzeczy będących wcześniej jej własnością. Są wśród nich szmaty do podłogi, rolki papieru toaletowego i niedopałki, a także egzotyczne ptasie pióra szmuglowane przez granice, bo zakazane ze względów ekologicznych... Jest też notes. Czerwony, niewielki, siedem i pół na jedenaście i pół centymetra. Na ostatniej stronie pod napisem "Pologne, Poland" kilka polskich nazwisk. Wśród nich: Zbigniew Cybulski.Gdy zimą 1964, a potem w 1966 roku Marlena Dietrich przyjechała z koncertami do Polski, było to dla brudnoszarego, kolejkowego PRL-u zetknięcie ze zjawiskiem tak luksusowym i egzotycznym, że nie miało znaczenia nawet to, że gwiazda jest po sześćdziesiątce, pod suknię zakłada specjalistyczny kostium wyszczuplający i pozwala się fotografować tylko z jednej strony. Przyjmowano ją entuzjastycznie jako tą, która zwróciła się przeciw faszyzmowi. Tymczasem przez dużą część Niemców traktowana była ciągle jako nikczemna zdrajczyni i dawano tej opinii publiczny wyraz.Angelika Kuźniak pisze historię żywą, bogatą i w całym tego słowa znaczeniu zakulisową. Daje czytelnikowi do rąk kalejdoskop, w którym wrażenia fotografów i konferansjerów, wspomnienia przyjaciół, wpisy z ostatnich, nigdy niepublikowanych dzienników Dietrich, zapiski o pogodzie i kursach walut oraz artykuły prasowe układają się w coraz ciekawsze i barwniejsze obrazy, dla których ważnym tłem jest powojenna historia Europy. Dzięki temu dostajemy narysowany z pasją dokumentalisty portret niezwykłej kobiety i niezwykłego czasu. "Portret Marleny Dietrich pióra Angeliki Kuźniak jest barwny, krwisty i pełen sprzeczności. Czyli prawdziwy." Agata Tuszyńska"Książka łączy dwie cechy pozornie sprzeczne - jest bezlitosna w tropieniu faktów, a jednocześnie pełna zrozumienia dla bohaterki, która jest człowiekiem z krwi i kości, chociaż kreuje się na nieskazitelne zjawisko w łabędzim puchu. A opisy rzeczywistości politycznej, społecznej i kulturalnej, mające wielką wartość poznawczą, godne świetnego reportera, łączą się z wątkami scenicznymi i prywatnymi w sposób, który z zwykle określamy słowami "to się czyta"." Małgorzata Szejnert .


Mój Znak O Noblistach Kabaretach Przyjaźniach Książkach Kobietach
Niepowtarzalne opowieści o mistrzach literatury na pięćdziesięciolecie Znaku.
„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”. W ten sposób w 1982 roku rozpoczęła się podróż Illga z wilczym biletem w ręku, która zakończyła się w wydawnictwie Znak, gdzie jest redaktorem naczelnym. Mój Znak to osobista opowieść nagrodzonego przez los szczęściarza, któremu w czasie niemal trzydziestu lat pracy dane było spotkać i zdobyć przyjaźń pisarzy, poetów i wydawców tworzących kulturalną panoramę Europy.
Co to jest tajemniczy „Turniej garbusów” Miłosza? Jak Szymborska upiła żmudzkiego niedźwiedzia? Którego koszykarza NBA podziwiał Barańczak? Co sądził ksiądz Tischner o damskiej garderobie? Iloma głosami mówi Bronisław Maj? Illg kreśli prywatne, serdeczne portrety takich postaci, jak Josif Brodski, Seamus Heaney, Norman Davies, Leszek Kołakowski czy Ryszard Kapuściński, w sposób, w jaki nie mógłby tego zrobić nikt inny - tych podróży, spotkań, rozmów, nocy pełnych whisky i poezji nie filmowały kamery, nie było przy nich dziennikarzy. Mój Znak to wyjątkowe wspomnienia pełne humoru i energii - tak jak występujący w nich bohaterowie .



Lawendowy pył to pasjonująca saga rodzinna napisana przez babcię, matkę i wnuczkę, które są najstarszymi córkami w ostatnich trzech pokoleniach. To powieść będąca zarazem kroniką rodzinną sięgającą korzeniami początków XIX wieku.Na tle dziejów wspólnie z autorkami cieszymy się z nowej sukienki na bal, narodzin dzieci, przeżywamy zesłanie głowy rodziny na Syberię. To wyprawa w głąb pamięci, świadectwo epoki i niełatwych wyborów To bodaj pierwsza kronika rodzinna pisana wyłącznie przez kobiety i to w dodatku najstarsze córki z kolejnych 6 pokoleń. Nie ma tu miejsca na tani sentymentalizm. Bohaterowie z krwi i kości są targani prawdziwymi uczuciami i namiętnościami Kobiety w zetknięciu z burzliwą historią- powstanie, dwie wojny, okupacja niemiecka i radziecka ; musiały być twarde niczym skała i dokonywać najtrudniejszych Aż po nasze czasy, w których życie stawia inne wyzwania.



Bohaterką ksiąg ortografii i gramatyki jest nauczycielka Lamelia Szczęśliwa. Lamelia mieszka w dużym domu z kolorowymi okiennicami i trzema kominami, przy ulicy Krzywej 13. Jej najlepszym przyjacielem jest szczygieł. Lamelia Szczęśliwa jest najlepszą specjalistką od gramatyki i ortografii w mieście. Warto zajrzeć do niej, jeśli się nie jest pewnym, co to jest rzeczownik i kiedy pisać ó lub u. Książka wprowadza szereg pouczających, a jednocześnie wesołych opowiadań pani Lamelii Szczęśliwej, która tłumaczy zasady polskiej ortografii. Niebanalne historie, ciekawi bohaterowie, łatwe zapamiętywanie reguł. Książka zawiera
wszystko, co uczniowie klas 1-4 powinni wiedzieć na temat polskiej ortografii.

czwartek, 1 października 2009

Marianna i róże - Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska

Sentymentalna jestem do bólu i do szpiku kości, dlatego też „Marianna i róże”, gdy wpadła już w moje ręce, to z miejsca stała się moją biblią. Zachwyciła mnie do tego stopnia, że podrzuciłam ją mojej Najstarszej (mimo ogromnych wyrzutów sumienia, że odciągnie ją to od nauki w nowym liceum, gdzie przecież od samego początku trzeba się wykazać – I- sza klasa w ogólniaku więc sami wiecie). Ale że jako rodzic mogę mieć wpływ na edukację własnej córki, uznałam więc, że co tam – jeśli mogę, to również chcę ten wpływ rzeczywiście mieć – bo „Marianna i róże” to wspaniała dawka historii i obyczajowości z naszego wielkopolskiego regionu (do Poznania mamy „rzut beretem” dosłownie, godzinka jazdy samochodem) – a tradycje i dawne obyczaje oraz pamięć o nich trzeba kultywować. Uważam też, że tak samo ważne jest zaszczepienie swoim pociechom – czy nie zabrzmię w tym miejscu nieco patetycznie? – miłości do swojej małej ojczyzny, umiłowania ziemi z której się pochodzi , danie dzieciom świadomości lokalnego patriotyzmu oraz nauczenie ich, że mogą być dumni z tego, że są akurat stąd a nie stamtąd czy z owamtąd. Nicole pochłania więc „Mariannę i róże” teraz, mimo że od jutra kończy się okres ochronny dla pierwszaków – ale dziecię zdolne jest, więc chyba draki nie będzie i nie zawali czegoś od razu na początku.

O samej książce ani o jej autorkach nigdy wcześniej nie słyszałam. Jakiś czas temu zauważyłam, że pojawiła się na kilku blogach i już wtedy wpisałam ją na moją prywatną listę książek do przeczytania. Okazja pojawiła się kilka dni temu, więc skwapliwie wzięłam się do czytania. Dla mnie „Marianna i róże” to książka książek – jeszcze kilka miesięcy temu pisałam tak o innej książce, która mnie zachwyciła (tak samo mogłabym też określić przeczytaną ostatnio „Sagę Sigrun”) – jest to dla mnie dobitny dowód na to, że tak naprawdę miana „książki książek” nie można przyznać żadnej przeczytanej książce – zauważyłam, że po skończeniu lektury, która bardzo mi się spodobała, myślę, że już chyba nic piękniej ani dobitniej ani lepiej nie można opisać. I myślę tak aż do następnej dobrej książki, która mnie oczaruje.


„Marianna i róże” autorstwa Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej – „autorki swą opowieść snują od końca XIX wieku, a kończą u przedproża I wojny światowej. Wprowadzają nas w życie codzienne Marianny z Malinowskich i Michała Jasieckich, właścicieli Polwicy, majętności leżącej niedaleko Zaniemyśla w Poznańskiem” [str.7] Książka powstała dzięki pamiątkom i zapiskom przechowywanym w wielkim drewnianym kufrze na kółkach, pojemnym jak potężna szafa, będącym ślubnym wianem Róży Malinowskiej (babki jednej z autorek, Joanny). Kufer ów był skarbnicą listów, kontraktów, rachunków, świadectw szkolnych, spisów wypraw ślubnych, korespondencji z bankami i urzędami, gazet, fotografii, kopii wierszy, przepisów kulinarnych i Bóg wie, czego jeszcze – dzięki kufrowi wszystkie te autentyczne szpargały przetrwały przeprowadzki, podróże i zawieruchy wojenne, a autorki postanowiły wykorzystać je w swojej książce.

Lata, w których osadzona jest „Marianna i róże” to schyłek XIX wieku, okres burzliwych powstań narodowych (listopadowe i styczniowe), kryzysu politycznego i gospodarczego, a z drugiej strony to również czas wzrostu świadomości narodowej (kiedy to m. in. Ziemiaństwo wielkopolskie zakończyło wieloletni proces wyzbywania się swych ojcowizn na rzecz Komisji Kolonizacyjnej niemieckiego zaborcy) oraz poczucia solidarności i patriotyzmu obywateli - to czasy bardzo trudne, w których przyszło żyć bohaterom książki, która nie tylko opisuje wielkie wydarzenia z naszej historii, ale przede wszystkim zapoznaje nas z codziennym życiem w wielkopolskim dworku ziemiańskim sprzed ponad 100 lat, z radościami i troskami. To niesamowite uczucie, uczestniczyć w tamtych zdarzeniach z dzisiejszej pespektywy – szacunek i respekt budzą pracowitość, uczciwość, prawość i patriotyzm bohaterów – wartości w prawdziwym tego słowa znaczeniu, dzisiaj jak gdyby zdewaluowane, inaczej przez większość pojmowane, choć znaczące przecież to samo, co znaczyły 100 lat temu. Co w książce urzeka i co trzeba oddać paniom Fedorowicz i Konopińskiej to to, że mimo iż jest ona swoistym kompendium wiedzy historycznej, obyczajowej, politycznej i gospodarczej, to jest to lektura porywająca i z całą pewnością godna Wam polecenia, nie tylko tym czytelnikom pochodzącym z Wielkopolski.

„Marianna i róże” to moja sentymentalna podróż do dawnej Wielkopolski. To dla mnie książka bardzo ważna – dzięki niej – mimo, że moja rodzina nie ma jakichś wielkich historycznych tradycji – nawiązałam kontakt z baaardzo dawno nie widzianą kuzynką mojej mamy, która - jak się okazało – jest w posiadaniu kilku bardzo cennych dla mnie pamiątek rodzinnych – pożółkłych fotografii, książeczki wojskowej pradziadka Walentego z czasów I wojny światowej i kilku innych „papierów”. Mam zamiar pokazać moim córkom kawał rodzinnej historii, która w większości jest zagadką również dla mnie, a przy okazji ocalić od zapomnienia to wszystko, co jeszcze w pamięci niektórych ludzi żyje ... - nie, nie napiszę książki, nie mam daru do tego, ale wspólnie z dziewczynkami zrobię album ze zeskanowanymi pamiątkami i fotografiami (o oryginałach mogę jedynie pomarzyć) i dam mojej mamie w prezencie...
Moja ocena: 6/6

Autor:Janina Fedorowicz , Joanna Konopińska
Wydawnictwo:Zysk i S-ka , Grudzień 2008
ISBN:978-83-7506-232-8
Liczba stron:480
Wymiary:155 x 235 mm

środa, 30 września 2009

Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Uwielbiam Skandynawię – począwszy od pełnych uroku i pewnej surowości krajobrazów, poprzez muzykę, charakterystyczny skandynawski styl urządzania domów na literaturze kończąc. Gdy słyszę: Szwecja, Norwegia czy Finlandia, to zawsze moje myśli są koloru białego, krążą nad morską taflą albo nad niezmierzonymi ciemnymi lasami, i zawsze spodziewam się czegoś pięknego. Ale jak odnieść się do czegoś, co jest skandynawskie na wskroś w swoim charakterze, ale stworzone zostało przez … Polkę? Kochani - „Saga Sigrun” stanowiąca pierwszą część cyklu „Północna droga”, napisana przez Elżbietę Cherezińską to – nie waham się użyć takiego określenia i podpisuję się pod nim obiema rękami i nogami - literatura na miarę noblowskiej „Krystyny córki Lawransa” autorstwa norweskiej pisarki Sigrid Undset Nie da się nie porównywać obydwu książek, tak wiele mają wspólnego.

Po raz pierwszy o „Sadze Sigrun” usłyszałam kilka tygodni temu od Be.el podczas naszego literacko – rodzinnego spotkania przy herbatce w moim ogrodzie – możecie sobie wyobrazić nasze szalejące maluchy, korzystające z nieograniczonej wprost swobody, gdy matki zagadają się o książkach – moja 2-letnia Klara zjeżdżała ze zjeżdżalni głową w dół, a 4-letni Tomcio Be.el usiłował nauczyć Klarę i Mikołajka (też 2 latka) po tej zjeżdżalni zbiegać (!!!!!!!!!). Na szczęście w porę te ekscesy naszych pociech zauważyłyśmy i nic strasznego się nie stało. Ale „Saga Sigrun” już wtedy zrobiła na mnie ooogrooomne wrażenie. Tak więc biorąc książkę do ręki, w zasadzie wiedziałam, co mnie czeka. Czytelnicza uczta to mało powiedziane – (Olga Tokarczukl powiedziała o tej powieści, że „to hipnotyczna uczta czytelnicza” – i jest to moi drodzy święta prawda. Książka bowiem hipnotyzuje czytelnika i mnie też to spotkało. Dzisiaj, po lekturze „Sagi…” słów mi brakuje, żeby wyrazić swój zachwyt. Czytając miałam wrażenie, że tonę w klimacie powieściowej X. wiecznej Norwegii, że otacza mnie ta niesamowita aura prostego życia prostych ludzi, przepadłam na kilka wieczorów i chłonęłam ją całą sobą – nieśpiesznie, rozsmakowując się w powieści ze strony na stronę, przez kilka dni żyłam życiem Sigrun i jej męża Regina oraz ich dzieci Bjorna i Gudrun; żyłam życiem bohaterów powieści – pięknych, mądrych, walecznych, prawych i budzących szacunek.

Elżbieta Cherezińska sprawiła swoją przepiękną prozą, że nie mogę przestać myśleć o bohaterach „Sagi…”, ba! - nie chcę przestać o nich myśleć – zastanawiam się, jakie byłyby ich dalsze losy, jak wyglądałby ich świat, gdybym to ja mogła dopisać ich dalszy ciąg. Wiecie, dlaczego tak się dzieje? Moja teza jest następująca: to za sprawą klimatu powieści - wywołuje ona tak niesamowity wpływ na czytelnika, tak wciąga w nurt swoich wydarzeń, że zapomina się o piciu i jedzeniu; średniowieczny pogański świat Wikingów jest przedstawiony tak, że człowiekowi aż żal, że nie żyje w tamtych czasach… Wszystko przedstawione tak pięknym językiem (a jest to rzecz, na którą jako filolog – wprawdzie germański, ale zawsze (ze specjalnością językoznawstwo) – zwracam zawsze szczególną uwagę), że czytanie to prawdziwa przyjemność. Nie wiem, jak autorka to robi, ale przedstawione przez nią wewnętrzne konflikty, wojny i ekspansja Wikingów w stronę Europy oraz zetknięcie dwóch kultur: pogańskiej i chrześcijańskiej, odmalowują się w wyobraźni jak realne obrazy namalowane ręką i pędzlem mistrza - i do tego wszystkiego ta miłość – wielka, bezgraniczna, ufna i wierna, z niesamowitą dawką subtelnej i zarazem dzikiej, szalonej i bezwstydnej erotyki – nie, no słów mi naprawdę brak. Kto nie czytał – niech czym prędzej po nią sięga. Do księgarń i bibliotek: biegiem marsz!!!! To książka taka, której nie można nie przeczytać.

I jeszcze jedno - muszę to dodać, bo nie byłabym sobą - najlepsze w tym wszystkim jest to, że "Saga Sigrun" to pierwsza część cyklu - a to oznacza ni mniej, nie więcej, że będzie dalszy ciąg.
Nie mogło być dla mnie lepszej wiadomości!

Moja ocena: 6/6


Autor:Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-7506-351-6
Liczba stron: 406
Wymiary: 145 x 205 mm

poniedziałek, 28 września 2009

No, okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy. - O Andrzeja Stasiuka pogodzeniu z życiem

Idę, będąc nieco gruby - wklejam sobie fragmenty artukułu z gazety.pl, który w całości można przeczytać tu


Dorota Wodecka: Ale ma pan tu trawę!

Andrzej Stasiuk: Że niby zapuszczone obejście? Przestało mi się chcieć kosić w tym roku. Bo widzę, że wszyscy faceci na kuli ziemskiej odpalają kosiarki i koszą tę trawę po to, żeby ona była krótka jak w Austrii. W przyszłym roku kupię sobie dwie owce. Owce w odróżnieniu od kóz nie niszczą krzewów, tylko strzygą trawę. A jesienią po prostu je zjem, bo lubię baraninę. I tak co roku. Mam taką ideę powrotu - będę miał kosiarkę owczą i będę ją zjadał jesienią.

A z sąsiadami jak pan żyje?

- Mamy wokół 17 hektarów, więc nie mamy sąsiadów. Ale we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi. Wyzwalam raczej czułość, może politowanie niż jakieś gorsze uczucia. Tak sobie wyobrażam. Nigdy mnie to zresztą nie interesowało specjalnie.

Jest pan już stąd?

- Nie.

To skąd?

Znikąd. Z przeszłości. Ze wszystkich jej składników. Ze wsi, podróży, rodziny, ludzi, kobiet. Nie jestem z miejsca. Tutaj tylko mieszkam, świat zza kuchennego stołu oglądam. Ale nie ukrywam swojej wielkiej, młodzieńczej miłości do tych stron.

A co znaczy, że jest pan wieśniakiem?

- Myślę poprzez wieś. Widzę poprzez wieś. Przez ten pejzaż. Miasto mi się wydaje w Polsce czymś umownym, wtórnym. Takim parkiem tematycznym pt. "Cywilizacja Europy Zachodniej". Nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Z wyjątkiem Przemyśla, gdzie czas roztapia się i miesza ze światłem. Ostatnio wsiadłem w samochód i pojechałem tam. Myślałem o Schulzu. W tym świetle, w złuszczeniu murów, w meandrujących uliczkach jakby żywcem wlała się jego proza i tam zastygła.

Mówią w okolicy, że do ludzi to pan nie jest.

- Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką.Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci.Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze.Ale pani tu o miłości przyjechała rozmawiać. I o kobietach. Ja nie wiem, czy jestem dobrym rozmówcą. Co to za facet?! 20 lat z jedną żoną, nie zdradza, nie pije tyle co kiedyś, nie ucieka z domu.

(...)

Fajna jest? (pytanie dotyczy forsy)

- Nigdy nie miałem pomysłu, żeby ją zarabiać. To się stało przy okazji.Długie lata żyliśmy z Moniką w dość malowniczej nędzy. Przez całe miesiące nie oglądaliśmy gotówki. We wszystkich okolicznych sklepach mieliśmy pozaciągane długi na jedzenie. Raz na miesiąc listonosz przynosił przekaz z "Tygodnika Powszechnego" albo z "Gazety Wyborczej" i wtedy się je spłacało.To była jednak malownicza nędza, którą romantycznie można wspominać. Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. Może czasami tylko, jak musieliśmy dzieci do szkoły wyprawić albo kiedy nie było na buty, a trzeba było jechać do większego miasta. Bo do Gorlic to się w gumofilcach jechało.Byliśmy młodzi, mieliśmy mnóstwo zajęć, pisaliśmy książki, i ta nędza była niewygodą, ale też smakiem życia. Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać pieniądze. Masz pisać - powtarzała. Nasza nędza była ceną wolności. Nie byliśmy w nią uwikłani, osadzeni, bez wyjścia. Nie wstawaliśmy, myśląc, że jesteśmy nędzarzami, i nie kładliśmy się spać z taką myślą. Ta bieda nie była też tak dotkliwa, bo świat nie atakował nas bogactwem i pokusą materialną.

Teraz ta dotkliwość jest większa?

- Tak, bo teraz część nie ma tej kasy, a kiedyś wszyscy nie mieli. Ale dziś w jej braku najbardziej boli, że nie można mieć tego całego gówna, którego ludzie tak naprawdę nie potrzebują. Że nie mogą mieć tej przysłowiowej plazmy.W tym kraju nikt z głodu nie umiera, w jakichś Biedronkach żarcie jest tanie i tak naprawdę cierpienie nędzy czy biedy jest skłamane. Nie mówię o skrajnych przypadkach bezrobotnych, niezaradnych, wyrzuconych na margines, ale o powszechnym jej odczuwaniu.

(...)

A jakie kobiety są ładne?

- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?

Bo pan się naprawdę denerwuje.

- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie. Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji, nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombi.Nie znoszę nieautentyczności. I udawactwa, zwłaszcza kogoś mądrzejszego. To w dzisiejszych czasach staroświeckie podejście, bo udajemy bez przerwy. Ale stoi za nim niechęć do współczesności, która jest cywilizacją podróbek. I do kłamstwa, którego tyle jest w języku, w mowie, które nie jest lingwistycznym kłamstwem, tylko kłamstwem istnienia.Są zjawiska kompletnie skłamane, co do których mam pewność, że mogłoby ich nie być i światu by się nic nie stało.Kim pan pogardza?

(...)

I tak widzę, że baaardzo obszerne fragmenty tu sobie skopiowałam. Wygodna jestem i - gdyby mi się kiedyś zachciało wrócić do tego wywiadu, to żeby nie szukać...

Kalendarzowy zawrót głowy

Zaczęłam wczoraj przeglądać przepastne - jak się okazało - zasoby niemieckiego Amazona. Celem moich poszukiwań były kalendarze, chciałam znaleźć coś związanego z literaturą. I wiecie? Oczopląsu dostałam. I palpitacji serca. I teraz chora jestem, bo nie wiem który wybrać. Mąż niedługo przyjeżdża i w ramach listopadowego prezentu imieninowego postanowił przywieźć mi z Niemiec kalendarz. Oczywiście ja, sfiksowana na punkcie książek, zaczęłam szukać tych o tematyce literackiej. Sami popatrzcie, co znalazłam . Dodam tylko, że nie wkleiłam wszystkich zdjęć, jakie znalazłam...













Np. na rok 2010 juz po raz piąty ukaże się literacki kalendarz "O psach". Z okładki uśmiecha się do wielbicieli literatury i psów Cornelia Funke ze swoją suką Luną, rozpoczynając tym samym serię zdjęć współczesnych niemieckich pisarzy, którzy jednocześnie są wielbicielami psów - Robert Gernhardt, Elfriede Jelinek, Loriot (Vicco von Bülow) i Martin Walser. Każdy tydzień na osobnej stronie (kalendarz liczy ponad 50 stron), w każdym tygodniu coś intersującego: Paul Auster ogłasza psa równego bogom, Margaret Atwood opowiada o bojaźliwym piesku, u Heinricha Bölla pewien hycel wyznaje, że ma bardzo miękkie serce. Oprócz tego opowiadania wielu innych, wielkich literatury na tematy pieskie i nie tylko. Wymowę tekstów podkreślają reprodukcje obrazów ze wszystkich epok oraz fotografie, które nadają im (tzn. tekstom) kolorytu i smaczku. Kalendarz jest niesamowity: wart obejrzenia, poczytania, zakochania się w nim i przede wszystkim wart jest kupienia. Poniżej okładka i kilka stron ze środka. Mnie podoba się bardzo.








Gdzie na świecie jest więcej pisarzy, myślicieli i artystów, jeśli nie nad Morzem Bałtyckim - od Szlezwiku - Holsztyna aż po Usedom przy granicy polsko-niemieckiej? W Usedom żyła Carola Stern, a do wielkich piszących, którzy tam gościli należeli m.in. Maxim Gorki, Victor Klemperer, malarze Feininger i George Grosz. Na wybrzeżu tworzył też Gerhart Hauptmann, Selma Lagerlöf otrzymała Doktorat honoris causa miasta Greifswald, a Kafka zażywał kąpieli w Graal-Müritz. Z literackiego domu Uwe Johnsona w Klützer Winkel jest bardzo blisko do Lübecki, do Buddenbrooków Thomasa Manna. Dalsze tropy literackie prowadzą plażą w górę, w kierunku Fehrman - śladami między innymi Wolfa-Dietricha Schnurre'a.


Pożej kilka propozycji dla wielbicieli literckiego podróżowania - przepiękne miejsca związane z pisarzami:
1. Sagi, podania i legendy z dalekiej północy
2. Praga Kafki
3.Literacka Rosja: z cytatami wielkich mistrzów literatury
4. Włochy Goethego




Piękne, prawda? Też jesteście chorzy na kalendarze związane z literaturą? Sama nie wiem, który mam wybrać:-)