czwartek, 21 października 2010

Książka dla koneserów wielkiej historii

Polskie Kresy i tematyka z nimi związana to mój konik od bardzo dawna - choć przypuszczam, że książka, o której dziś chcę opowiedzieć pewnie jeszcze długo by czekała na swoją kolej (z racji ogromnej ilości książek w kolejce do przeczytania), ale tak się szczęśliwie złożyło, że jeszcze do niedawna (z różnych, w większości wiadomych przyczyn), nie spałam po nocach i miałam sporo czasu na nadrabianie czytelniczych zaległości. Kolejka (a raczej kupka) książek zdecydowanie zmalała, nie zmalały natomiast blogowe zaległości, które ni mniej ni więcej zostaną nadrobione.

"Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda" Stanisława Sławomira Nicieji - historyka, biografisty, eseisty, długoletniego rektora Uniwersytetu Opolskiego, wreszcie senatora V kadencji, który jest autorem kilkunastu książek, setek artykułów i wielu dokumentalnych filmów telewizyjnych,
i który określany jest wielkim znawcą Polskich Kresów -to pozycja na rynku czytelniczym, o której mogę śmiało powiedzieć, że jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest legenda o Lwowskich Orlętach - o której każdy z nas coś słyszał, czasami temat pojawia się przecież w prasie, w wiadomościach telewizyjnych itp., ale tak naprawdę i do końca nie każdy z nas może coś konkretnego na ten temat powiedzieć. Dzięki profesorowi Nicieji - strażnikowi pamięci o tamtym pamiętnym listopadzie roku 1918 we Lwowie - historia ta jest ciągle żywa. Dzieje się tak za sprawą jego książki, w której w nie tylko bardzo przystępny sposób przedstawia opis walk o Lwów, sylwetki ich uczestników oraz tworzenie się legendy i dzieje Cmentarza Orląt - jego relacja jest - można rzec - obiektywna i rzetelna. Lubię  takie jasne przedstawienie tematu, bez konieczności zastanawiania się, co też autor chciał nam powiedzieć

Mianem Orląt Lwowskich określa się młodych mieszkańców Lwowa, którzy wobec braku we Lwowie polskich oddziałów wojskowych, w listopadzie 1918 bronili miasta przed oddziałami wojsk ukraińskich. Młodzi ochotnicy walczyli też z wojskami radzieckimi w 1920. W skład ochotniczych wojsk polskich wchodzili uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy, chłopcy i dziewczęta. Walczono najpierw praktycznie gołymi rękami, później – już ze zdobytą na wrogu bronią. Wobec braku regularnych wojsk, wysłanych przez austriackie dowództwo w inne regiony Europy, młodzi obrońcy postanowili wyzwolić swoje miasto przekazane przez ustępujących zaborców wojskowym oddziałom ukraińskim, ściągniętym celowo do Lwowa. W sumie w walkach po stronie polskiej brało udział 6022 osoby, spośród których 1421 nie przekroczyło 17. roku życia, zaś najmłodszy miał zaledwie 9 lat. Jeden z nich, 13-letni Antoś Petrykiewicz został najmłodszym w historii kawalerem Orderu Virtuti Militari.

„W ulicznych walkach 1918 r. we Lwowie Polacy wygrali z Ukraińcami przede wszystkim dlatego, że było to ich miasto– i to nie tylko w jakimś abstrakcyjno-historycznym wymiarze, ale właśnie w wymiarze konkretnym, osobistym – to były ich bramy, podwórza, zaułki, to oni znali je na pamięć, choćby dlatego, że umawiali się tam ze swoimi pannami”. - to słowa znanego pisarza ukraińskiego Jurija Andruchowycza, przytoczone przez Profesora Nicieję na kartach swej książki. Najbardziej porusza w bitewnych relacjach zaangażowanie, determinacja i ogromny patriotyzm uczestników, będących niejednokrotnie w wieku naszych dzieci (co czwarty obrońca Lwowa nie miał ukończonych 18 lat) - grupę najmłodszych żołnierzy symbolizują dwa nazwiska poległych: 13-latka Antosia Petrykiewicza i 14-latka Jurka Bitschana. Historyczna prawda o tamtych dniach to - jak już wcześniej zaznaczyłam - prawda nie tylko obiektywna, to również prawda kontrowersyjna - i jak się okazuje - pomimo wysiłków, aby to zmienić - do niedawna, a i chyba nawet w dalszym ciągu nadal inaczej postrzegana przez Polaków i Ukraińców, którzy przez wiele lat utrudniali, byli wręcz przeciwni, odbudowie Cmentarza Orląt Lwowskich ( a ostatecznie nie zgodzili się na odtworzenie monumentalnej kolumnady). To, że lwowski cmentarz poległych w obronie miasta to po 1989 roku jeden z największych sukcesów w walce o narodową pamięć i tożsamość, nie podlega żadnym wątpliwościom ani dyskusjom - legendy i ich bohaterowie potrzebują pamięci nie tylko książkowej, potrzebują także, a może przede wszystkim - miejsc o nich opowiadających. Zwoleników tej idei jednoczy przekonanie o słuszności tej tezy, nawet pomimo takich głosów, jak chociażby ten, Jacka Kuronia (nota bene urodzonego we Lwowie), przeciwnika odbudowy cmentarza: „W Polsce nie ma w żadnym mieście panteonu triumfu oręża niemieckiego, rosyjskiego czy żadnego innego”.

Książka profesora Nicieji podzielona jest na prolog, trzy rozdziały i epilog. Na końcu znajduje się bibliografia ze wskazaniem materiałów źródłowych: tych niedrukowanych oraz czasopism, opracowań i artykułów prasowych. Autor zadał sobie też trud tworząc wykaz szkół noszących imię Orląt Lwowskich. Dla co bardziej dociekliwych znajuje się też na końcu książki indeks osób (a nie nazwisk, jak to się czasami w różnych publikacjach spotyka).

"Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda" to lektura - mimo wielkiej historii, którą opisuje - bardzo przyjemna i łatwa w odbiorze, napisana językiem zrozumiałym dla każdego laika (również tego tzw. "odpornego" na przyswajanie wiedzy każdego rodzaju, a zwłaszcza wiedzy historycznej) - napisana (jak to powiedział docent 73) "bez dygresji i komentarzy, bez przesadnego moralizatorstwa, patriotycznego nadęcia, czy „politykierstwa”. " (zainteresowanych odsyłam do niego - naprawdę świetna recenzja). I co jeszcze ważne (z pewnością nie tylko dla mnie) - książka jest świetnie wydana - ale to już norma, jeśli chodzi o książki Wydawnictwa ISKRY - sztywna okładka z obwolutą, zszywana (jak ja nie lubię klejonych grzbietów), wspaniały papier (taki już trochę "pożółkły"), na którym zamieszczone są historyczne fotografie bohaterów oraz miejsc, o których w książce mowa - wszystko to razem oddaje niepowtarzalnego ducha tej książki. A tak na marginesie - może to i będzie kryptoreklama, ale to mój blog i mogę sobie na nim pisać, co mi się żywnie podoba - ja naprawdę kocham ISKRY za ich profesjonalizm i dbałość o szczegóły, za to, że każdy klient - czytelnik (a więc i ja również) jest dla nich najważniejszy, a jego zadowolenie to priorytet nad priorytetami) - nic dodać, nic ująć :-) Ja do kompletu i pełni szczęścia z taką książką potrzebuję jeszcze tylko ulubionego kubka z ulubioną waniliową albo karmelową herbatą, ulubionej sofy i ulubionego patchworka. No i jeszcze ciszy i spokoju - a o to z kolei w ostatnich tygodniach raczej trudno u mnie.
Na bramie cmentarza Orląt widnieje napis „Morituri sunt ut liberi vivamus” – Umarli, abyśmy żyli wolni. Tej ofiary starczyło, niestety, tylko na 20 lat. W tym czasie, w polskim Lwowie wykładali: Stefan Banach, Roman Ingarden, Eugeniusz Romer, Juliusz Kleiner, Ignacy Mościcki, urodzili się zaś: Stanisław Lem, Stanisław Skrowaczewski, Zbigniew Herbert, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Kurylewicz, Roman Cieślewicz, Kazimierz Górski. Lwów – które serce polskie nie drgnie na to miano! (Rzeczpospolita)

Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2009

Oprawa: twarda w obwolucie
ISBN: 978-83-244-0117-8
Stron: 308
Wymiary: 175x245

sobota, 16 października 2010

Proszę państwa, oto Miś...

... nasz Miś - Ksawery - urodził się 5 października, a ważył - ba! - 3980 g i mierzył 55cm. Pozdrawiamy wszystkich, którzy nam kibicowali i trzymali kciuki za szczęśliwe rozwiązanie :-)))

niedziela, 25 lipca 2010

Bajkowe lulanki - Agnieszka Tyszka

I znów wpadłyśmy po uszy w bajkowe opowieści, tym razem Agnieszki Tyszki. Nasza ostatnia  księgarniana wizyta zakończyła się kupnem "Bajkowych lulanek" (polowałyśmy na coś innego, a że nie było... no cóż, nie możemy przecież wyjść z księgarni z pustymi rękoma:-)

Książka z pięknymi bajkami na dobranoc i dobry sen jest zielona i radosna - i muszę szczerze przyznać - tak samo się czujemy czytając ją - jest nam po prostu zielono i wesoło. I lekko na duchu. I naprawdę z niecierpliwością czeka się na wieczorne (i nie tylko) spotkanie z książką, do której dołączona jest płyta z nagranymi bajkami.

O tym, dlaczego pokochałyśmy "Bajkowe lulanki" napisałam tutaj

sobota, 17 lipca 2010

26 bajek z Afryki

ze zdjęciami Ryszarda Kapuścińskiego

Książeczka patrzyła na nas z półki zaprzykaźnionej cioci wielkimi oczyma tego nieśmiałego chłopca z okładki. I od razu nas zauroczyła - jeszcze na miejscu, u cioci, obejrzałyśmy wszystkie zdjęcia, a do domu pożyczyłyśmy do przeczytania. Nie jestem jakąś maniaczką afrykańskich klimatów, Afryka nie jest moją pasją, ale chętnie sięgam po pozycje wydawnicze, które pomagają mi w łatwy i przystępny sposób przybliżać dzieciom kultury innych narodów. Tutaj mamy dodatkowo do czynienia z innymi narodami zamieszkującymi inny kontynent - Czarny Ląd. Muszę przyzanć, że miałam nadzieję na dobrą lekturę dla mojej Najmłodszej  i nie zawiodłam się, tym bardziej, że podczas czytania jednej z bajek zauważyłam, że maleńka słucha z zainteresowaniem. Może jeszcze nie wszystko rozumie, ale wierzę, że z czasem będzie coraz lepiej, bo bajki kocha się w naszym czytelniczym domu niezależnie od wieku.
Cieszę się, że bajki są naprawdę inne od naszych, nie tylko polskich, ale bajek europejskich w ogóle - określiłabym je jako prawdziwie afrykańskie, doskonale oddające klimat gorącego słońca i tego innego, afrykańskiego świata - z całą tą inną kulturą, egzotyką, magią, innymi wierzeniami. Każda bajka kończy się morałem, każda bajka jest też tak bardzo prosto napisana, że niektóre elementy bajek Klara potrafi sama dopowiedzieć (mała je uwielbia, już je kilkadziesiąt razy przeczytałyśmy). Klara uwielbia też oglądać zdjęcia, często siadamy razem i wertujemy opasłe tomiska naszych rodzinnych albumów. A że lubi wiedzieć, kto zacz na oglądanych zdjęciach, więc wszystkie dzieci na zdjęciach w tej książce mają swoje imiona. I do każdego zdjęcia (które są naprawdę świetne) została też wymyślona przez Najmłodszą jakaś "realna" historia - np. "ten chłopiec biegnie właśnie do domu, bo baldzo ce mu sie pić". I słuchane bajki, i te zdjęcia właśnie, inspirują moją córcię do "twórczego paplania" - a o to właśnie chodzi - z książką na kolanach rozmawiamy i rozmawiamy. Na razie "26 bajek z Afryki" wyparło  z cowieczornego czytania wszystkie inne książki i przed zaśnięciem jest czytana i oglądana najpierw wspólnie, potem samodzielnie, a i w ciągu dnia, na hasło "-Poczytamy?" też jest za każdym razem przynoszona. Jeśli jeszcze jej nie znacie, to może najwyższy czas po nią sięgnąć?

My nasz pożyczony egzemplarz niedługo musimy zwrócić, trzeba więc będzie przy najbliższej wizycie w empiku na własność zakupić... Jak ja lubię takie zakupy planować!


Wydawnictwo:Agora/Green Gallery , Marzec 2007

Seria:Biblioteka Gazety Wyborczej
ISBN:978-83-60225-93-6
Liczba stron:124
Wymiary:194 x 197 mm

sobota, 3 lipca 2010

Uśmiech Lisy - Donna Jo Napoli

Wychodzi na to, że sporo ostatnio czytam tzw. "młodzieżówek", ale co zrobić - domowa młodzież czyta (ostatnio wręcz namiętnie), czasami sama nie wie czego chce, więc żeby móc służyć radą i nie być gołosłowną polecając coś do czytania, muszę znać temat, bo inaczej wyszłabym na idiotkę. Nie lubię też używać sformułowania "idź i weź sobie sobie coś z tej i tej półki", bo najprawdopodobniej nie weźmie sobie niczego. Ale w tym przypadku było inaczej. Tej książki nie przeczytałam! Przyznaję się bez bicia. Starszomłodsza - chyba powodowana uwielbieniem do innej książki o podobnym klimacie, o której pisałam w zeszłym roku (mowa oczywiście o "Primaverze") - sama z siebie, z własnej nieprzymuszonej woli przeczytała "Uśmiech Lisy"... No po prostu miód na moje matczyne serce:-) Aż się zdziwiłam po ostatniej fascynacji "Błękitnokrwistymi". Ale pamiętam, jak wtedy podobała jej się opowieść o renesansowej Florencji, pewnie więc i teraz miała nadzieję na podobne przeżycia. To, co poniżej napiszę - opowiedziała mi moja córka.

"Uśmiech Lisy" to świetnie opowiedziana historia pewnej dziewczyny, 13-letniej Elisabetty, mieszkającej wraz z rodzicami na włoskiej prowincji, w Villi Vignamaggio niedaleko Florencji, gdzie jej ojciec hoduje jedwabniki i zajmuje się produkcją jedwabiu. Zwykła, skromna dziewczyna, która za chwilę będzie obchodziła swoje trzynaste urodziny i mamma oraz papa zajęci są przygotowaniami do mającego się odbyć z tej okazji balu. A na balu... na balu ma pojawić się mnóstwo konkurentów do ręki Elisabetty - rodzice mają nadzieję dobrze wydać ją za mąż, może nawet za któregoś z Medyceuszy? Elisabetta najbardziej lubi pomagać swojemu papie przy jedwabnikach i wcale nie uważa, żeby była jakąś pięknością - ale odmiennego zdania jest przyjaciel jej ojca, najsłynniejszy malarz wszech czasów - Leonardo da Vinci, którego młodziutka Lisa  poznaje we Florencji przy okazji wyjazdu na pogrzeb ojca rodu Medyceuszy. Leonarda urzeka uśmiech dziewczyny i obiecuje go kiedyś namalować. Losy Elisabetty są bardzo burzliwe. Spotyka ją wielkie nieszczęście, ale jest na tyle silna, że to tragiczne doświadczenie nie załamuje jej. Po drodze zakochuje się swoją wielką i odwzajemnioną pierwszą miłością - ale jak się okazuje, młodym zakochanym nie jest pisane wspólne szczęście - los lubi płatać figle. We Florencji zachodzą tak wielkie zmiany - polityczne, gospodarcze i społeczne, że po całych tych wydarzeniach miasto nie jest już tą samą Florencją, a i jego mieszkańcy zmienili się również pod wpływem burzliwych i krwawych wydarzeń, podaczs których  "najznamienitsze rody w mieście straciły wszystko. Niektórzy życie, niektórzy wolność, inni – musieli udać się na wygnanie. Na tle pasjonujących dziejów renesansu autorka snuje barwną opowieść o wielkich namiętnościach, zdradzieckich intrygach i nieoczekiwanych pożegnaniach" (z noty wydawcy). Tak naprawdę Starszomłodsza opowiedziała mi całą książkę ze szczegółami, któych Wam, kochani, niestety nie zdradzę. Nie powiem co się wydarzyło w przeddzień urodzin Lisy, ani w kim się zakochała, ani co spowodowało, że nie mogli być razem, ani nie powiem kogo poznała po drodze, jakie przygody przeżyła i za kogo w końcu wyszła. Bo wyszła za mąż - oczywiście był to ślub aranżowany, ale koniec końców Lisa spotkała swoja wielką miłość - a jeśli chcecie się dowiedzieć, czy był to jej pierwszy ukochany, czy może ktoś inny, to - stety-niestety, musicie sięgnąć po "Uśmiech Lisy". Skoro zrobiła to moja średnia Starszomłodsza, to "gra musi być warta świeczki" - wierzcie mi. Gorąco polecam, zwłaszcza teraz - na wakacje:-))
Tytuł:Uśmiech Lisy
Autor:Napoli Donna Jo Wydawca:Jaguar
Numer wydania:I
Język:polski
Język oryginału:angielski
Ilość stron:350
Tłumaczenie:Komerski Grzegorz
Rok wydania:2010

piątek, 2 lipca 2010

Zimowy monarcha - Bernard Cornwell

Zapowiada się kolejna czytelnicza gratka dla wielbicieli powieści historycznej, a w szczególności tej dotyczącej początków chrześcijaństwa, czasów bardzo niespokojnych i mrocznych, gdzie jeszcze praktykowana jest magia, która tak naprawdę nie istnieje i hołd oddaje się starożytnym bogom, a waleczni wojownicy stoją na straży dotychczasowych wartości. Cykl Arturiański będzie trylogią, a "Zimowy monarcha" jest pierwszą jego częścią, która ukazała się 19 maja br. nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA (i mimo, iż wydawca zaznacza, że jest to wydanie I, to książka już kiedyś była publikowana w Polsce, w 1997, ale przez inne wydawnictwo). Ukazana w niej Brytania na przełomie V i VI w.n.e., pogrążona jest w chaosie i podzielona na walczące ze sobą królestwa, a przez to bardzo osłabiona i wystawiona na częste ataki wrogów z Saksonii. "A teraz brońcie się sami" - tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów.
Rzymianie odeszli, ich śladem podążają pogańscy bogowie. Święte ognie gasną - nadchodzi era chrześcijaństwa... Los wyspy wydaje się przesądzony. Starzejący się władca, Uther, nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, który po jego śmierci objąłby przywództwo w walce ze zdradzieckimi Sasami. Jedynym człowiekiem, który może sięgnąć po koronę i zjednoczyć kraj, jest podopieczny czarownika Merlina i nieślubny syn Uthera - Artur. Młody mąż stanu ma przeciwko sobie nie tylko saksońską furię, ale również zawistnych i nieprzychylnych mu ludzi. Uzbrojony w odwagę i honor, zdeterminowany, by ocalić Brytanię przed ostateczną klęską, musi stanąć do nierównej walki nie tylko ze zbrojną potęgą, ale również z siłami, których nie sposób zrozumieć... Nękany wątpliwościami, targany namiętnością, kochany i zdradzany, wielbiony i znienawidzony, Artur jest nie tylko symbolem honorowej walki o ginący świat - jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości" - można przeczytać w nocie wydawcy.

Ja osobiście miałam w planie przeczytać coś innego na temat rycerzy okrągłego stołu, ale trafił mi się "Zimowy monarcha" i to od niego zaczęłam swoją znajomość i przygodę z legendarnym królem Arturem. Przygodę, która bardzo mi się spodobała i której  na pewno długo nie zapomnę, a z całą pewnością będę ją kontynuować przy okazaji ukazywania się następnych tomów trylogii . Powieść Cornwella to możliwość zatopienia się w zupełnie innym świecie, tak bardzo odległym w czasie, że niektóre rzeczy aż trudno sobie wyobrazić. Ale mistrz Cornwell świetnie opisuje czasy, w których osadzona jest jego powieść, można wręcz odnieść wrażenie, że jest wybitnym znawcą średniowiecza, a jego sposób pisania otwiera przed czytelnikiem drzwi do świata fascynującego pomimo wszystkich swoich okropności, świata nieustannych walk, świata królów i niewolników, pogańskich druidów i chrześcijańskich kapłanów, wielkich bohaterów i tchórzy.
U Cornwella postacie nie są już ideałami, są tak jak my - ludźmi z krwi i kości, wszyscy mają swoje wady i zalety - to ich odbrązowienie  przez autora sprawia, że stają nam się bliższe. I tak na przykład Artur jest nie tylko obrońcą małoletniego króla Mordreda i wielkim wojownikiem, jest też facetem jakich niemało i dzisiaj - z jedną wybranką ma dwójkę dzieci, innej piękności robi nadzieję na rychły ożenek, a w jeszcze innej się zakochuje i z nią bierze potajemnie ślub - do tego wszystkiego jest nie tylko niezwykle silny i szybki jako rycerz, ale przede wszystkim jest bękartem (jednym z wielu) zniedołężniałego króla Uthera, inny z rycerzy okrągłego stołu - Lancelot jest kłamcą i tchórzem, a druid Merlin to tak naprawdę "stary grzyb", pragnący za wszelką cenę utrzymać stary pogański porządek na świecie i nade wszystko pragnący unicestwienia chrześcijan. W "Zimowym monarsze" nic nie jest czarne albo białe, dobre albo złe, ale to chyba dzięki sposobowi opowiedzenia tej fascynująco barwnej historii: narratorem jest Derfel, saksoński niewolnik, który z czasem zostaje wiernym i oddanym wojownikiem Artura - pod koniec swojego życia wspomina wielkie czyny swojego pana, opowiada o jego słabościach, a jego głównym celem jest spisanie tej historii "ku pamięci potomnych", aby legenda o królu Arturze nie została nigdy zapomniana. To naprawdę wspaniała opowieść o miłości, wojnie, honorze i zdradzie.

Mnie "Zimowy monarcha" pomógł sensownie spędzić bezsenne nocne godziny w ostatnich dniach, kiedy to z powodu zbytniej aktywności mojego maluszka nie mogłam oka zmrużyć. Wszystkim zainteresowanym tematyką arturiańską gorąco polecam.

FRAGMENT
Rok wydania: 2010

Liczba stron: 560
Wymiary: 145 x 205 mm
ISBN: 978-83-62329-00-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginału: The Winter King: A Novel of Arthur
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Język wydania: polski
Wydanie: I

czwartek, 1 lipca 2010

Kiedyś były wakacje z duchami...

... teraz są wakacje z wampirami. Kiedyś fascynowały nas przygody Paragona, Perełki i Mandżaro oraz pana Samochodzika - wakacje upływały mnie i moim siostrom pod znakiem powieści Bahdaja i Nienackiego. Podkradałyśmy je sobie, czasem dosłownie wydzierałyśmy sobie z rąk (a nierzadko dochodziło u nas wręcz do rękoczynów) - takie to były czasy naszego czytelniczego dzieciństwa i książkowej posuchy. Ale czasy się zmieniły, tak samo jak gusta naszych pociech. Tak, tak - nowa seria książek o wampirach (i nie tylko) Melissy De La Cruz, która ukazała się w ciągu ostatnich trzech miesięcy (premierę 1-go tomu mieliśmy 10 marca) nakładem wydawnictwa Jaguar, zawładnęła moimi córkami oraz ich czasem niepodzielnie. W sumie ukazały się już trzy tomy serii o "Błękitnokrwistych", niebawem - na jesieni -ukaże się czwarty tom - i dzieciaki naprawdę mają ogromną frajdę z tej lektury. Moja Najstarsza przyjęła tę propozycję - powiedzmy - ciepło, natomiast Starszomłodsza (do niedawna wielbicielka innej sagi o wampirach)  trzynastolatka - bardzo entuzjastycznie. Cieszy mnie to ogromnie, bo jak już kiedyś wspominałam, jej zapał czytelniczy był jeszcze niedawno (chyba jakiś rok temu) równy zeru - czytała z konieczności, tylko to, co trzeba było i nic ponadto- tak teraz "użgać" jej do niczego innego poza czytaniem nie można. Ale dobrze - niech czyta, niech siedzi albo leży z książką, niech mi w niczym nie pomaga (dam radę), niech czyta od rana do wieczora, niech jej wakacje upłyną pod znakiem KSIĄŻKI - naprawdę, nic mnie chyba bardziej nie ucieszy. W głębi duszy zawsze wierzyłam, że kiedyś nadejdzie ten moment - i nie myliłam się. W końcu to codzienne, minimum półgodzinne czytanie dzieciom w dzieciństwie musi kiedyś zaowocować.

Ale nie o Starszomłodszej miało być. I od razu zaznaczam - o wampirach nie czytałam do tej pory nic - ani o tych złych, ani tym bardziej o tych dobrych (do głowy by mi nie przyszło, że takowe są) - moje lata fascynacji dreszczykiem emocji i strachu, niesamowitymi zdarzeniami i paranormalnymi zjawiskami już daaaawno minęły, a przypadły jeszcze na lata świetności oraz schyłku PRL-u. Nie mam żadnego punktu odniesienia, i mimo, że nie mogę z niczym porównać przygód Schuyler Van Alen i jej znajomych, to muszę przyznać, że lektura była dość przyjemna, z całą pewnością czytało mi się ją szybko, a lekkość pióra autorki oraz doskonale wpleciony wątek kryminalny sprawiają, że podczas lektury obcuje się z literaturą na dobrym poziomie. Fabuła powieści oparta na perypetiach "błękitnokrwistych" wampirów, pochodzących z nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, doskonale "wciąga" i jest świetną rozrywką na wakacyjny czas. Wbrew pozorom może być doskonałą propozycją nie tylko dla młodzieży, trzeba jednakże być - moim zdaniem - wielbicielem tej tematyki. Ja wprawdzie gustuję w innej literaturze, ale lubię wiedzieć, co pod moim dachem piszczy i czasami sięgam po książki czytane przez moje córki. Czasu poświęconego "Błękitnokrwistym" nie uważam bynajmniej za stracony, ale sporo go upłynie, nim sięgnę po kolejną wampirzą historię. Faktem jednakże niezbitym pozostaje to, że książki bardzo się spodobały młodszej części naszej familii - i o to przecież chodzi - gusta i guściki są najróżniejsze, każdy powienien sięgać po to takie książki, jakie lubi - najważniejsze w końcu jest to i tylko to się liczy, żeby w ogóle czytać. Być może niedługo okaże się, że po wampirach i upadłych aniołach bijących obecnie rekordy popularności, przyjdzie fascynacja inną tematyką. Bardzo bym sobie tego życzyła i mam nadzieję, że wydawnictwa dla dzieci i młodzieży na pewno nam w tym pomogą - w końcu oferta wydawanych książek jest tak bogata, że można wybierać i przebierać bez końca.

Tytuł: Błękitnokrwiści
Autor: De La Cruz Melissa
Wydawca: Jaguar
Numer wydania: I
Ilość stron: 350
Tłumaczenie: Kaczarowska Małgorzata
Rok wydania: 2010

Tytuł: Maskarada
Podtytuł: Błękitnokrwiści. Tom 2
Autor: De La Cruz Melissa
Wydawca:J aguar
Numer wydania: I
Ilość stron: 320
Tłumaczenie: Kaczarowska Małgorzata
Rok wydania: 2010

Tytuł: Objawienie
Podtytuł: Błękitnokrwiści Tom 3
Autor: De La Cruz Melissa
Wydawca: Jaguar
Numer wydania: I
Ilość stron: 304
Tłumaczenie: Kaczarowska Małgorzata
Rok wydania: 2010

środa, 2 czerwca 2010

Wymiatam pajęczyny z blogowych kątów...

... i budzę się, bo spałam (dosłownie) przez wiele, wiele tygodni, i witam wszystkich serdecznie, i przepraszam za długie milczenie. Przyczynkiem do tego była i wstrętna zimna pogoda, i ... nasz czwarty już z kolei maluszek, którego spodziewam się na koniec września. Na początku lutego zostało mi to oficjalnie potwierdzone i jakby piorun strzelił we mnie - nie, nie przeraziło mnie ta wiadomość - wręcz przeciwnie - ucieszyłam się z tego bardzo. Ale naszła mnie wówczas przemożna chęć przesadnego wręcz dbania o siebie (nie ma się już tych dwudziestu kilku lat, niestety, ma się dwa razy tyle), drzemania i wylegiwania się w ciągu dnia, chodzenia na długie spacery, porządnego wysypiania się po ciągłym wstawaniu do pracy bladym świtem o 5.30 - a wszystko to, niestety, z małą ilością książek i prawie w ogóle bez komputera. Od połowy marca jestem na zwolnieniu, bo niestety, pojawiły się pewne komplikacje, ale dbam "o się" i jak na razie - tfu-tfu i odpukać  w niemalowane - wszystko jest dobrze. Niebawem okaże się, czy będzie to kolejna "książkowa książniczka" czy "książkowy książę" - podaczs ostatniego badania maleństwo wypięło się na wszystkich tylną częścią ciała i nie było nic widać:-)

W ostatnich tygodniach na szczęście śpiączka mnie opuściła, odkurzyłam swoje biblioteczne zbiory, rozsiadłam się (a faktycznie rozłożyłam się na sofie w moim kąciku czytelniczym podparta wygodnymi poduchami), wrócił mi apetyt na kawę i mocną herbatę, bo jeszcze do niedawna miałam ciążowy kawowstręt. Wróciłam do czytania, zwłaszcza, że w nocy nie mogę spać - więc czytam, czytam... Pamiętam, że czekając na Klarę miałam podobnie i w drugiej połowie ciąży przeczytałam nocami wszystkie nie przeczytane wcześniej pozycje z moich półek. A teraz to chyba wiosna to sprawiła i majowa, mimo pluchy cudna zieleń w moim ogrodzie i w parku przed domem. No i w ostatnich tygodniach dotarło do mnie kilka nowych książek od zaprzyjaźnionych domów wydawniczych. Takie - mam warżenie - delikatne przypomnienie i powiedzenie mi "Rusz babo t... i weź się wreszcie do czytania!"

No to się biorę! I pokazuję pierwszy raz u mnie na blogu stosik (w połowie już właśnie ostatnio przeczytany).

niedziela, 11 kwietnia 2010

Tutaj nie trzeba słów, niech trwa cmentarna cisza. Modlitwę tylko zmów - tak, by ją Bóg usłyszał...

Zdjęcie wzięłam stąd




Guziki - Zbigniew Herbert
[ Pamięci kapitana Edwarda Herberta ]



Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie


są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi


przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las



tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów


sobota, 23 stycznia 2010

Kim jestem? A jeśli już to na ile? Podróż filozoficzna - Richard David Precht

"To Błyskotliwe i frapujące zaproszenie do tego, aby zamyślić się nad fascynującą przygodą, jaką jest życie, i jej możliwościami" - czytamy na okładce. Prawdę powiedziawszy, z filozofią w dosłownym tego słowa znaczeniu miałam ostatni raz do czynienia podczas egzaminu na studiach - zdałam go oczywiście i na szczęście - i jako że nigdy nie był to mój "konik", pożegnałam się z nią bez wielkiego żalu. Aż tu kilka tygodni temu dostałam tę książkę z Wydawnictwa - przeczytałam, co we wstępie i na okładce chciano przekazać czytelnikowi - czyli mnie - i odłożyłam na półkę, z mocnym postanowieniem sięgnięcia po nią niebawem. I pewnie na mocnych postanowieniach by się skończyło, gdyby nie moja bezsenność w ostatnich dniach. Z "wydawniczej" półki już prawie wszystko zniknęło, "ostał mi się jeno Precht". Raz kozie śmierć, pomyślałam i zaczęłam czytać. Książka okazała się przysłowiowym strzałem w "10", bo moje ostatnie trudności ze spaniem mają podłoże emocjonalno - egzystencjalne: zdrowie mojego taty bardzo się posypało w ostatnim czasie, w efekcie czego znalazł się w szpitalu, siłą rzeczy więc wszystkie moje myśli krążą wokół zagadnień związanych z życiem i sensem życia oraz temu podobnych. Normalnie pomaga herbatka z melisy, kilka stron książki i już chrapię... A ostatnio nic - czytam i czytam - zeby nie zwariować od myślenia...

Książka Prechta jest rzeczywiście "podróżą filozoficzną" przez życie - podróżujemy na wielu płaszczyznach w głąb samych siebie - a w trakcie tej podróży autor zapoznaje nas z podstawowymi zagadnieniami egzystencji człowieka i udziela odpowiedzi na najbardziej frapujące pytania, np. czym jest prawda, pamięć, język, uczucia? Skąd wiem, kim jestem? Czym jest miłość? Czy potrzebni nam są inni ludzie i dlaczego powinniśmy i czy opłaca się być dobrymi? Czy życie ma sens? To tylko niektóre zagadnienia, które autor porusza w swojej pracy, a jest ona nie tyle obszerna i "naukowa", co baaaardzo przystępna - Precht wykorzystuje w niej również najnowsze osiągnięcia z takich dziedzin nauki jak biologia i psychologia, a wszystko to łączy ze sobą tak umiejętnie, że każdy znajdzie w "Kim jestem?..." coś dla siebie: i ten, kto w dziedzinie filozofii dopiero raczkuje, i ten, kto z lubością oddaje się umiłowaniu mądrości od dawna i o filozofii jako takiej jakieś pojęcie ma. Do tego wszystkiego autor sam zmusza czytelnika do zastanawiania się, do zadawania pytań, ba! liczy się z tym, że nie wszyscy zgodzą się z jego uzasadnieniami. Ale o to przecież też w filozofii chodzi - o dyskusję, o próby znalezienia odpowiedzi na filozoficzne kwestie związane z życiem. I to się Prechtowi udało - jego książka daje bowiem " wszechstronny przegląd różnych dyscyplin, w niezrównany sposób pomagając zorientować się w bezkresnej krainie naszej wiedzy o człowieku".
Autor: Richard David Precht
Wydawca: Zysk i S-ka
Numer Wydanie: I
Tłumaczenie: Łoziński Jerzy

czwartek, 21 stycznia 2010

„Życie polskie w XIX wieku” - Stanisław Wasylewski

„Życie polskie w XIX wieku” to po „Sensacjach z dawnych lat” kolejna perełka, rarytas literacko – historyczny, który wzięłam na swój czytelniczy warsztat w ostatnim czasie. Im więcej takich książek wpada mi w ręce, tym bardziej ogarnia mnie zadowolenie, ba! - powiedziałabym nawet, że wielkie zadowolenie, bo moje umiłowanie historii nie zawsze idzie w parze z rzetelną wiedzą w tej materii, a dzięki takim publikacjom, jak „Życie polskie w XIX wieku” Wasylewskiego mogę te moje luki w wiedzy pouzupełniać w sposób - powiedziałabym – baaaardzo interesujący i jeszcze bardziej przyjemny. Autor, Stanisław Wasylewski (1885-1953), był bardzo znanym i popularnym pisarzem historycznym w mojej ukochanej międzywojennej Polsce, publicystą oraz utalentowanym popularyzatorem historii. Jego sposób pisania był bardzo barwny (dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię ogromnej rzeszy czytelników), oparty często na anegdotach, ciekawostkach i intrygujących faktach z tamtego okresu; w swojej literackiej spuściźnie pozostawił kilkanaście książek oraz setki felietonów i artykułów w gazetach. „Życie polskie w XIX wieku" gotowe było w swej podstawowej formie już w 1936 r., ale drukiem ukazało się dopiero w 1962 – przygotowane i ostatecznie dokończone przez Zbigniewa Jabłońskiego - edytora wielu pamiętników i wybitnego znawcy dziejów kultury (uzupełnieniami i redakcją zajmował się Wasylewski aż do końca, ale pozostawił swoje dzieło niedokończone, ukazało ono się bowiem blisko 10 lat po jego śmierci) – i jest efektem wieloletnich badań historycznych nad dziejami kultury i obyczajów w Polsce XIX wieku. Książka składa się z 25 rozdziałów – w każdym zostało przedstawione życie przede wszystkim błękitnych snobów (jak określał polską arystokrację), od ubiorów i biżuterii począwszy, poprzez umeblowanie i urządzenie dworków i pałaców, przez bale, rauty i przyjęcia, zwyczaje dotyczące żywienia, korespondencji, życia towarzyskiego i podróży na wyścigach konnych i umiłowaniu koni w ogóle skończywszy. Wasylewski pisze nie tylko o życiu codziennym, ale również o sprawach politycznych, gospodarczych, zajmuje się też literaturą, muzyką, teatrem - sztuką w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. I mimo dość pokaźnych rozmiarów (książka liczy sobie 612 stron), czyta się ją dość szybko – ogromną zasługą jest tutaj styl autora, który nie podaje czytelnikowi tylko i wyłącznie suchych faktów, a raczej snuje bardzo ciekawą opowieść, jak wytrawny gawędziarz okraszając swoje opowieści co i rusz pikantnymi szczegółami.



"Myślałem o takiej książce od lat. Bobrując w dokumentach i pamiętnikach, przebiegałem pod kątem życia obyczajowego rozliczne, odległe od siebie dziedziny historii politycznej, polonistyki, historii sztuki, krajoznawstwa. Ciekawiły mnie sprawy zazwyczaj nie intersujące naukowców naszych. Historia kultury obyczajowej traktowana jest u nas z lekceważeniem, spychana na ostatni plan, niegodna zainteresowań szanującego się badacza dziejów. Nie ma swych adeptów i znawców, tym mniej metodyków. Miewaliśmy i mamy dziś zankomitych mniej i więcej syntetyków naszej kultury - brak nam fachowych zanwców realiów jej obyczajów. Pod tym względem zasługujemy zaiste na miano Francuzów Północy" ["Od autora" str. 15]


Wasylewskiemu zarzucano swego czasu niekonsekwencję, mnóstwo nieścisłości, swobodne podejście do faktów i dat, a to z kolei dyskredytowało go w oczach historyków. Jego karierę zniszczyła wojna, którą spędził we Lwowie, gdzie po pisywał w „Czerwonym Sztandarze", „Nowych Widnokręgach", współpracował z teatrem i radiem (wówczas, gdy miasto zajęte było przez czerwonoarmistów). Zresztą w tym czasie czyniło tak wielu polskich pisarzy i artystów, którym przyszło w tym mieście spędzać czasy zawieruchy wojennej. W 1941 r. Lwów znalazł się jednak w rękach niemieckich i Wasylewski zgodził się współpracować z „Gazetą Lwowską", niemieckim organem prasowym na dystrykt Galizien. Twierdził później, że uczynił to za wiedzą i zgodą podziemnej Armii Krajowej. Gdy jednak po zakończeniu II wojny światowej został oskarżony o kolaborację z Niemcami , to choć sąd go uniewinnił, wycofał się całkowicie z życia towarzyskiego i literackiego. "Schorowany i złamany moralnie" - jak pisze prof. Sławomir Nicieja zamieszkał w Opolu. Pod pseudonimem Tadeusz Szafraniec publikował we wrocławskim "Słowie Polskim"


Niniejszy tom "Życia polskiego w XIX wieku" przygotował do obecnej edycji prof. Janusz Tazbir, opatrując go bardzo interesującą przedmową, natomiast Wydawca zamieścił też obszerne posłowie autorstwa prof. Stanisława Sławomira Nicieji („Casus Stanisława Wasylewskiego"). Muszę jeszcze zaznaczyć - a jest to dla mnie bardzo ważny aspekt - że książka jest przepięknie wydana - twarda oprawa z obwolutą w kwiatowy deseń.
165 x 235 MM
612 STRON
OPRAWA twarda z obwolutą
ISBN 978-83-244-0061-4
ROK WYDANIA 2008

Morderca bez twarzy - Henning Mankell

Dzisiaj będzie krótko, bo ileż można ciągle samych dobrych rzeczy pisać o Mankellu i jego książkach? Ileż można zachwycać się stylem powieści, surowością skańskich krajobrazów i zwyczajnym ludzkim policjantem - wzbudzającym sympatię, bo kocha swoją pracę, z córką nie może się dogadać, żona go zostawiła, pija za dużo kawy, niezdrowo się odżywia, tu go zaboli, tam mu strzyknie, generalnie to lubi sobie pociągnąć dobrego "łyskacza", miewa sny erotyczne z pewną Murzynką w roli głównej i czasami nie starcza mu do 1-go. Tak więc krótko: przeczytałam wreszcie pierwszą część serii kryminałów o Kurcie Wallanderze - ale w moim czytaniu Mankella to już czwarta książka - i jakkolwiek zachwycona nie jestem, na kolana mnie nie rzuciła, to szczerze muszę przyznać, że podobało mi się - jak zwykle takie poprowadzenie akcji, że podczas czytania ma się wrażenie, jakby samemu było się członkiem ekpiy śledczej. W książkach Mankella ujmuje mnie przede wszystkim to, że nie ma w nich tego całego "amerykańskiego" przeładowania - żadnych superakcji, żadnych superbohaterów - wszystkowiedzących i najprzystojniejszych na świecie mięśniaków, są za to policjanci z krwi i kości - odczuwający strach, ból albo zimno, mający problem z hazardem (jeden np. namiętnie gra na wyścigach konnych) albo łapówkarstwem (ktoś np. sprzedaje tajne informacje do mediów).
I mimo tego, że tu i ówdzie można spotkać głosy i opinie na "nie" (a np. że to bardziej powieść socjologiczna a nie kryminalna, że dialogi do niczego, że tłumaczenie do d...) - to ja z czystym sumieniem polecam tym wszystkim, którzy jeszcze nie przeczytali - sięgnijcie i przekonajcie się sami - i albo Mankella pokochacie na zawsze (wtedy jest to miłość - powiedzmy - na dobre i na złe, bezkrytyczna i wybaczjąca wszystkie niedociągnięcia), albo będzie to Wasz pierwszy i ostatni raz z Mankellem. Oby to było to pierwsze - czego Wam z całego serca życzę...

czwartek, 7 stycznia 2010

Mój język prywatny - Jerzy Bralczyk

Profesor Bralczyk to jeden z tych nielicznych facetów, których nie tylko podziwiam, ale darzę ogromną sympatią - po moim mężu, Kurcie Wallanderze i boskim Nicholasie Cage'u. Kolejność tych panów nie ma znaczenia, zresztą zmienia się ona w zależności od chwilowych upodobań. A obecnie profesor bije u mnie wszelkie rekordy popularności. Jego "Mój język prywatny" przeczytałam już kilka tygodni temu, a do dziś noszę w torebce i co i rusz po nią sięgam - w korku, w kolejce w banku, w poczekalni u lekarza i śmieję się w głos - wzbudzając tym ogólne zdziwienie, a może sympatię (dzięki Bogu dotychczas nikt nie popatrzył na mnie z politowaniem). To kolejna "perłka" w naszym domu do głośnego podczytywania i kolejna do czytania "dowolnego" - na chybił - trafił: gdzie otworzysz, tam możesz czytać. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to szanowny małżonek niebawem chyba zacznie czytać, bo już polubił, gdy mu co smaczniejsze "kąski" podczytuję na głos (a że nie czyta, to o tym już kilka wtajemniczonych osób wie) - biedny, nawet się nie spodziewa, że niedawno ukartowałam "PERFIDNY PLAN ZROBIENIA Z NIEGO MOLA KSIĄŻKOWEGO" i powoli, aczkolwiek skutecznie wprowadzam go w życie...
"Mój język prywatny" to zbiór krótkich i z ogromną lekkością pióra napisanych felietonów językoznawczych na temat wybranych słów czy fraz z naszego języka polskiego. Można przy ich lekturze nie tylko dobrze się bawić (ba! pękać ze śmiechu), ale jednocześnie dowiadywać się bardzo ciekawych rzeczy z dziedziny lingwistyki (prawda, że pięknie brzmi?) Felietony są z reguły na około półtora strony długie (a w zasadzie krótkie), zawsze z króciótkim wstępem autora - jeśli do tej pory nie czytaliście niczego z językoznawstwa, bo "nudne, zawiłe i zupełnie nie-moje-klocki" to "Mój język prywatny" to z całą pewnością zmieni - jeszcze nikt tak ciekawie nie opowiadał o językoznawczych aspektach naszego ojczystego języka.


Wybór słów, o których profesor nam opowiada, jest bardzo różny - są w tym "Słowniku autobiograficznym" (bo taki podtytuł nosi książka) nie tylko słowa współczesne, często używane, ale i takie, które z użycia już wyszły albo rzadko nam się zdarza, aby ktoś ich używał - niemnmiej jednak warto o nich poczytać. Słowa od "absolutnie" po "żeby" poprzez "chciałbym", "los" i "seks". naprawdę warto poczytać, zwłaszcza to, co na ten temat ma do powiedzenia profesor Bralczyk - świetny gawędziarz i bardzo spostrzegawczy obserwator naszej językowej rzeczywistości - bawi się słowami, dowcipkuje, stroi sobie zarty. Wspaniała lektura, zabawa przednia - a na zachętę krótki fragment - felieton o słowie "cóż". Ja osobiście uwielbiam w tym felietonie ten fragmencik o tej subtelnej różnicy pomiędzy "co" a "cóż". Rewelacja!


Chciałabym jeszcze tylko tak na marginesie, ze ksiązkę profesora Bralczyka dostałam od mojej Najstarszej Licealistki na Mikołaja - z autografem autora - w zasadzie to sam autograf, bo ksiązkę juz miałam. Tak się złożyło, ze na początku grudnia jej szkoła oragnizowała wyjazd do Poznania na wykłady profesora, a ze dziecię moje po mnie humanistyczne pasje odziedziczyło, więc na wspomnianą wycieczkę pojechało. Wróciła z egzemparzem ksiązki podpisanej dla mnie i ze słowami: "Mamuś, pan profesor bardzo się ucieszył, bo wszyscy po autograf lecieli z kartkami z zeszytu, tylko ja miałam ksiązkę. I pytał, czy czytałam. No to odpowiedziałam, ze rewelacyjna, a najbardziej to podobał mi się felieton o "w ogóle" - ucieszył się jeszcze bardziej i tak szczerze roześmiał". Kochana ta moja Najstarsza:-)


Zapraszam do lektury!


Bezradność to miły stan. Mogę z czystym sumieniem dawać jej wyraz. Nic nie
poradzę, więc nie muszę się przejmować. Żona moją bezradność nazywa
wyuczoną.
Może i tak jest, ale cóż z tego!

Cóż


No cóż, „cóż” to czasem tylko bardziej eleganckie, trochę wyszukane „co”. Zamiast: „cóż, polewki dziś nie dacie?” mogę niby zapytać: „co, polewki dziś nie dacie?”. Ale pewnie wtedy mógłbym dłużej na czczo czekać. A zamiast „cóż u czarta za szaleństwo?” albo „cóż to, dżumę w zamku macie?” mógłbym wprawdzie pytać „co u czarta za szaleństwo?”. I „co to, dżumę w zamku macie, czy co?”.



Ale cóż... lepiej jednak „cóż”.


Kiedy pytam, chcę odpowiedzi. Ale takiej, która mi odpowiada. Cóż z tego, że ktoś odpowie, kiedy to nie będzie to? Na „co” możesz odpowiedzieć, jak chcesz. A na „cóż”? A to już bardziej, jak ja chcę.


W "cóż" jest trochę dystansu, trochę wyniosłości. A czasem w ogóle oddala się od prostackiego „co?”. W „co to?” mam zwyczajne pytanie niezorientowanego, w „cóż to?” eleganckie zdziwienie zorientowanego lepiej. Cóż stąd, że różnica mała, że to „-ż” to tylko wzmacniająca partykuła? Spróbuj tak zapytać przez „co”: „co stąd?”. Brrr.


I cóż Ty na to? (jestem grzeczny: gdybym zapytał: "co Ty na to?” tak grzeczny bym nie był).„No dobrze, może nawet tak jest” - powiesz - „i co z tego?”. Wtedy zrobi mi się trochę przykro, bo się starałem, a tu nic. A jak zapytasz „cóż z tego?”, poznam, że mogę się postarać jeszcze. Cóż mi, że na razie nie rozumiesz. Dogadamy się. A jak się nie dogadamy, to mam ładny sposób wyrażenia łagodnej rezygnacji. Powiem: „no cóż...” Nawet nie zapytam.

No cóż, to tylko słówko...
Autor: Jerzy Bralczyk
Wydawnictwo:Iskry , Kwiecień 2004
ISBN:83-207-1754-X
Liczba stron:344
Wymiary:120 x 190 mm

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać

"Bajkoterapia..." to książka, po którą powinien sięgnąć każdy szanujący się rodzic kochający swojej dziecko i świadmy tej swojej miłości. Dlaczego oraz co będziecie mogli w niej znaleźć, wyjaśniam tu
Wiele lat temu czytałam moim córkom bajki terapeutyczne pani dr Marii Molickiej, z którą miałam przyjemność mieć zajęcia z pedagogiki i psychologii, kiedy to jeszcze w leszczyńskim Studium Nauczycielskim studiowałam wychowanie przedszkolne (swoją drogą zajęcia były świetnie prowadzone i po prostu bardzo intersujące). Drugą książka było wydanie Świata Książki "Bajki pomagają dzieciom" Cornelii Nitsch - również bardzo pomocne przy pokonywaniu wielu dziecięcych strachów i w rozwiązywaniu innych problemów.
A ze swojego doświadczenia wiem, że bajki na pewno Wam się spodobają - przede wszystkim dadzą Wam wspaniałą możliwość spędzenia czasu z dzieckiem. Polecam!!!

czwartek, 31 grudnia 2009

Przepis na Nowy Rok 2010 - życzenia spod samiuśkich Tater...

Wziąć dwanaście miesięcy,
obmyć je dobrze do czysta
z goryczy, chciwości, pedanterii i lęku
i podzielić każdy miesiąc na 30 albo 31 części,
tak żeby zapasu starczyło akuratnie na rok.
Każdy dzionek przyrządza się oddzielnie,
biorąc po jednej części pracy
i dwie części wesołości i humoru.
Dodać do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu,
łyżeczkę tolerancji,
ziarnko ironii
i szczyptę taktu.
Następnie masę tę polewa się obficie miłością.
Gotowe danie ozdobić bukiecikami małych uprzejmości
i podawać codziennie z pogodą ducha
i porządną filiżanką ożywczej herbaty. 
(Catharina Elisabeth Gothe)

... nie spodziewałam się, że kończący się właśnie rok będzie miał takie miłe zakończenie. W pracy byłam wczoraj do 12.00 i plan miałam taki, że mój K. mnie z pracy odbierze i pojedziemy na sylwestrowe zakupy, bo Sylwestra mieliśmy spędzać tradycyjnie w domu - jakoś nie możemy się zdobyć na to, aby obarczać kogoś w noc sylwestrową opieką nad naszą 2,5 letnią Klarą. No i tak, jak to zostało zaplanowane, parę minut po 12.00 podjechał po mnie mój mąż - samochodem zapakowanym po sam dach, ze wszystkimi trzema córkami na pokładzie, z boxem przypiętym do dachu - na wszelki wypadek, gdyby pogoda okazała się sprzyjająca, zapakowali do niego kombinezony, buty i narty - i pojechaliśmy... w góry. Do naszych przyjaciół mieszkających w Podszklu, dwadzieścia kilka kilometrów od Zakopanego. Ukartowali tę niespodziankę wszyscy - K. oraz nasze dziewczynki do spółki z Mirkiem i Tereską i efektem tej niespodzianki jest to, że teraz siedzę sobie w górach, w bardzo miłym towarzystwie, piję pyszną wiśnióweczkę i cieszę się ze spotkania z przyjaciółmi.

Najbardziej z wyjazdu cieszy się Klara - to wprawdzie nie pierwsza jej tak daleka podróż, ale pierwsza świadoma - w trakcie drogi mało spała, dużo pytała i wcale nie marudziła. Trochę się baliśmy tego wyjazdu - do tej pory w dalekie podróże jeździliśmy zawsze w nocy - ale zawsze musi być ten pierwszy raz...

Na miejscu okazało się, że śniegu nie ma wcale, nie pojedziemy więc na stok - no chyba, że przez całą noc będzie sypał śnieg :-) Z życzeniami noworocznymi dzwonili dziś nasi znajomi z Wielkopolski, gdzie mieszkamy - i okazało się, że u nas leży gruba warstwa śniegu. Ale co z tego, skoro i tak nie ma gdzie jeździć na nartach...

Jeśli na Podhalu nie spadnie śnieg i ani razu nie przypniemy nart do butów, to okaże się w końcu, że nasz sprzęt przywieźliśmy w góry tylko po to, żeby go przewietrzyć:-)))

niedziela, 27 grudnia 2009

Sensacje z dawnych lat - Roman Kaleta

Niech Was nie przeraża ilość stron tego dzieła - bo dziełem "Sensacje..." są z całą pewnością - jest to bowiem blisko 900 stron przyjemności czytelniczej i historycznej - co dla mnie (mola książkowego z historycznym zacięciem) okazało się niemałą gratką. Dzięki tym dziewięciuset stronom moja przyjemność czytania trwała, i trwała, i trwała... Czytałam tę książkę przez wiele tygodni - ale tylko dlatego, żeby nie kończyć jej zbyt szybko, dawkowałam sobie te dowcipy, anegdoty i ciekawostki historyczne i obyczajowe nie tylko sprzed lat, ale i sprzed wieków - dzięki autorowi wydobyte z zachowanych zabytków rękopiśmiennych, starych kalendarzy, czasopism, podesłane przez czytelników poprzednich wydań oraz ukazyjących się od 1965 r. "Sensacji..." we wrocławskim "Słowie Polskim", na łamach którego publikowane były przez bitych pięć lat. Roman Kaleta, historyk literatury polskiej, nie uporządkował ich ani tematycznie, ani chronologicznie, a przedstawił w nich na kształt silva rerum, w ciekawostkach, anegdotkach i dykteryjkach przezabawnych, często "korzennych", iście pikantnych, a nawet bardzo "pieprznych", obraz rzeczywistości od schyłku XVI wieku po pierwsze lata wieku XX - lubię ten styl pisania dający mi podczas czytania poczucie, że nie jestem "uwiązana" - lubię przeskoczyć kilka kartek lub rozdziałów, lubię po jednej historii poczytać o innej, zupełnie z nią nie związanej tematycznie. I lubię książki, które bawią swoją treścią, bo po prostu są zabawne, a nie dlatego, że tak twierdzi wydawca. "Sensacje z dawnych lat" to wspaniała rozrywka, do tego na bardzo wysokim poziomie. Dodam, że trafiająca do każdego czytelnika - i nie-czytelnika również. Mój mąż - zaintrygowany moimi częstymi wybuchami głośnego śmiechu - poprosił o przeczytanie tych co zabawniejszych fragmentów - w efekcie siedzieliśmy razem nad książką wspólnie się zaśmiewając - często dołączała do nas Najstarsza Licealistka ze słowami "Ja cie nie mogę - ale fajne. Na weekend, jak będzie u mnie spała Ola, to ja zamawiam ją do czytania. Ale oczy zrobi, jak jej to przeczytam!" - a muszę przyznać, że i jej niejednokrotnioe oczy z orbit wychodziły na zasłyszane ciekawostki - "Biskup Krasicki ten od bajek? Nie stronił od gorzałeczki? Jestem bardzo ciekawa, czy nasza pani od polskiego o tym wie..." Dla mnie to dowód na to, że niebanalne ujęcie tematu, prawdziwe kurioza, perełki, są w stanie zainteresować w dzisiejszych głupich "multimedialnych", nastawionych na konsumpcję czasach - nawet nie czytającego męża i 16-latkę o zgoła innych zainteresowaniach, wprawdzie ksiązki czytającą, ale i piszącą kilkadziesiąt sms-ów dziennie.
W przedmowie do niniejszego wydania "Sensacji z dawnych lat", Lena Kaletowa napisała: "Być może nie byłoby tej książki, gdyby nie stolik Bractwa Tłustej Gęby. Pokryty poplamioną ceratą stał w stołówce pracowniczej Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich przy ul. Szewskiej we Wrocławiu. Miejsce i czas były dość ponure; cuchnęło kapustą i polityczną duchotą lat pięćdziesiątych. I jakby dla kontrastu z tym smutnym otoczeniem - w porze wydawania cienkiej zupki i pierogów - w sposób magiczny zatłoczone pomieszczenie zamieniało się w najprawdziwszy salon literacki. Stołowała się tu cała ówczesna elita intelektualna Wrocławia: legendarni ossolińczycy, profesorowie położonego w pobliżu uniwersytetu i ich asystenci. Niepisanym zwyczajem jeden stolik czekał na stałych bywalców. Rej wodził przy nim profesor Jerzy Łanowski, nieformalny prezes doborowej kompanii, obdarzony wielkim poczuciem humoru i z łatwością improwizujący nie zawsze cenzuralne fraszki. Kto był twórcą stolikowego zwyczaju i nazwy (zapewne za Charlese'em de Costerem, autorem "Wesołego Bractwa Tłustej Gęby"), historia milczy.
(...) Dosiadali się też i inni - dopuszczano jednak tylko tych, któzy wkupili się dowcipem, anegdotą, wierszykiem. Tam też były dyskutowane najnowsze, jeszcze ciepłe odkrycia archiwalne, oczywiście głównie te mocno korzenne, mogące rozbawić przyjaciół. A że anegdoty i śmiech od stolika Bractwa Tłustej Gęby niosły się daleko, chcąc nie chcąc, przysłuchiwali się im i inni stołownicy. "Niektóre z dykteryjek, powtarzane wielokrotnie przez pierwszych słuchaczy, wędrowały potem w miasto, przyprawiając o śmiech ludzi postronnych, obdarzonych przez naturę bodaj odrobinką poczucia humoru" - pisał Roman Kaleta, dostaraczający do stolika Bractwa głównie opowieści o jaśniepańskich cudacznych wybrykach magnatów doby stanisławowskiej. (...)" (str.5)

A na zachętę jeden fragment, nie - dwa (nie mogę sobie odmówić przyjemności przytoczenia dwóch fragmentów, choć najchętniej zacytowałabym całą książkę). Jako że jestem tłumaczem, szczególnie ubawił mnie fragment "językowy" - wszyscy tłumacze wiedzą, ze gdy zabraknie jakiegoś słowa, bo albo się go nie zna, albo po prostu wyleciało z pamięci, trzeba się ratować stworzeniem "formy opisowej" - i tutaj przezabawny przykład na to:


Madame boeuf (str.676)


Gdy Francuzi w r. 1812 w czasie przechodu przez Polskę brali po włościach potrzebne sobie produkta, pewien generał zażądał od podprefekta Polaka karmnego wołu. Rekwizycja była napisana po francusku i wyraz boeuf niemało nabawił kłopotu naszego urzędnika, któremu właśnie na wole zbywało. Tłumacząc się tedy przed cudzoziemcem, oświadcza i wyrazem, i poruszeniem, że boeuf nie ma, ale jest dwie madame boeuf. Długo się potem nie mogli Francuzi dorozumieć, co by mogło znaczyć madame boeuf, ale obojga języków świadomy uwiadomił ich na koniec, że ofiarowano dwie krowy na miejsce karmnego wołu.

„Motyl”, nr 13 z 23 V 1828 r.

Węgierski do Rogalińskiego prosząc o pożyczenie kolaski (str. 160)


Jeżelibym z Pańskiej łaski
Mógł mieć na dzisiaj kolaski,
Dziękowałbym mocno za nią:
Chciałbym nią jechać do Woli,
Gdzie mi zapewne pozwoli
Miłość wleźć na pewną panią.

(...)


Czy nabraliście apetytu na "Sensacje z dawnych lat"? Mam nadzieję, że tak. I wierzę, że gdy już po nią sięgniecie, pokochacie tę książkę, tak jak wszyscy, którzy już ją kochają (tzn. już przeczytali).
Wydawnictwo: Iskry
Oprawa: twarda w obwolucie
ISBN: 978-83-244-0088-1
Stron: 890
Wymiary: 165x235

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Jeszcze trochę adwentowo, już bardzo świątecznie i wcale nie czytelniczo...

...pozdrawiam wszystkich, którzy tu do mnie zaglądali przez tygodnie mojej wielkiej nieobecności. W tym czasie dużo czytałam, jeszcze więcej chorowałam i z chorobami walczyłam (przeżyłam potrójne zapalenie gardła - tak, tak - wszystkie trzy dziewczyny, jedna po drugiej "kładły się" do łóżka z wysoką gorączką, bólem głowy no i gardła oczywiście; do tego moje zapalenie zatok - uważam, że limit chorób na ten rok już dawno wyczerpałyśmy i nie życzymy sobie żadnych więcej). Dodam jeszcze zmasowany atak klientów niemieckich, belgijskich i włoskich na firmę, w której pracuję - wszyscy nagle zapragnęli TON towarów produkowanych przez firmę XYZ - więc w pracy spędzałam baaaardzo dłuuugie godziny, praktycznie cały czas od rana do wieczora od początku grudnia... Uwierzycie, że nie miałam nawet czasu, żeby do Was choć troszeczkę "szpyknąć, żeby tylko sprawdzić, co się dzieje. Nic kompletnie. Zapieprz taki, że pustą taczką jeździłam, bo nie było czasu załadować...

W międzyczasie moje trzy dziewoje chore i ZNUDZONE snyły się po domu (czy Wasze dzieci też nie leżą w łóżkach podczas choroby, tylko tu trochę pooglądają TV, trochę poczytają (ale bardzo mało), trochę posiedzą przed komputerem - za to wcale nie leżą i wszędzie bałaganią, począwszy od tysięcy kubków i talerzyków zostawianych w miejscach "gdzie popadnie" na milionach husteczek rozrzuconych najczęściej w okolicach przesiadywania - ja za to z lubością ogromną pochłonęłam "Sensacje z dawnych lat" Kalety i "Mój język prywatny" Bralczyka (mam nadzieję, że w święta znajdę wreszcie czas, żeby spiasać moje wrażenia z lektury.

Co poza tym? Wczoraj wreszcie wzięłam się za moje wieńce adwentowe , bo Boże Narodzenie bez wieńca na drzwiach wejściowych i na wigilijnym stole jest dla mnie nie do wyobrażenia- zrobiłam ich sztuk 2. Ten z pomarańczowymi kwiatami dla nas - mój K. powiesił go na zewnątrz, na drzwiach... Zrobiłam go z jodły, więc wytrzyma na dworze praktycznie do Wielkanocy:-)))




... natomiast ten z kwiatkami białymi zamówiła klasa mojej Najstarszej lecealistki - ich wychowawczyni dostanie go w prezencie pod choinkę. A że młodzież nie wie, czy ich pani mieszka w bloku, czy w domu, zdecydowali się na wersję wieńca "na stół". Pani o moim blogu nie ma pojęcia, więc pozwolę sobie zamieścić zdjęcia już dziś, mimo, że prezent zostanie przekazany dopiero jutro podczas klasowej Wigilii.








I na koniec prezent, który - wprawdzie w 100% polski - ale przyjechał do mnie z niemieckiego Hofu - studiuje tam dziewczyna, narzeczona właściwie, zaprzyjaźnionego z nami pewnego Tomka. Kilka razy pomogłam jej w sprawdzeniu niemieckich referatów, poprawieniu błędów itd. itp. i wczoraj przed południem "DING - DONG" do drzwi (właśnie plotłam pierwszy wieniec, bałagan straszny, wszędzie sterty jodły, zwoje drutu i kilogramy ozdób i pistoletów na gorący klej) - otwieram, a tam ... Święty Mikołaj z prezentem . Sandrze i Tomkowi bardzo serdecznie dziękuję za wspaniały zapas herbaty na całą zimę, bo dobrą herbatką wolę się bardziej uraczyć niż filiżanką kawy. Zrobiło mi się naprawdę bardzo miło, tym bardziej, że i wieńce się ostatecznie udały...





A tak w ogóle - do świąt, oprócz zrobionych wczoraj ozdobnych wieńców i ubranej kilka dni temu choinki, nie mam jeszcze nic. Nie mam jeszcze połowy prezentów, nie mam zakupów, nie mam posprzątane, nie mam planu co upiec itp, i jeszcze jutro i pojutrze idę do pracy. Wierzę jednak, że jakoś to będzie. W zasadzie nie jakoś, będzie jak zwykle cudownie, wspaniale i magicznie. Jak w każde Boże Narodzenie...

wtorek, 24 listopada 2009

Rzemiosło zabijania - Norbert Gstrein

„Rzemiosło zabijania” to lektura, która ani nie jest łatwa w odbiorze, ani tym bardziej w ocenie, aczkolwiek muszę przyznać, że czyta się ją bardzo przyjemnie. Akcja toczy się powoli, nie jest nastawiona na jakieś szybkie zwroty akcji, na budowanie napięcia, nie epatuje wojennym cierpieniem bohaterów – w zasadzie można by ją określić mianem lektury dla czytelniczych smakoszy, dla których ważne jest co czytają, a nie ile i jak długo. Bohaterowie poświęcają wiele czasu na przemyślenia, autor zawarł w niej sporo bardzo trafnych refleksji na temat wojny, zniszczenia, straty, przeżyć...Mimo, że fabuła oparta jest na konflikcie zbrojnym w byłej Jugosławii, nie jest to typowa książka o tematyce wojennej, a przynajmniej jest inna, niż te, które do tej pory przeczytałam. Bohaterowie skupieni są raczej na przeżywaniu strat i zniszczenia, jakie ze sobą niesie wojna. Śmierć austriackiego dziennikarza Christiana Allmayera jest zaczynkiem do tego, że jego przyjaciel Paul, niespełniony pisarz, postanawia napisać o nim powieść. O nim i o jego dziennikarskiej misji.

Paul wyrusza w podróż śladami Allmayera, wiodącą przez spustoszone wojną Chorwację i Bośnię, chce na własne oczy przekonać się, jak wygląda praca korespondenta wojennego. Towarzyszą mu jego przyjaciółka, Helena, której rodzice pochodzą z Dalmacji i bezimienny narrator. "Rzemiosło zabijania" to książka o tym, jak właśnie ma powstać powieść - najpierw tragiczna śmierć jednego z przyjaciół, potem zamiar tego drugiego, aby o tym pierwszym napisać, jego nieudana próba pisania powieści, za to bardzo udana próba targnięcia się na własne życie... Paul nie radzi sobie z faktem, że nie można niektórych rzeczy zmienić, nie można tak naprawdę dociec wszystkich prawd i wyjaśnić wszystkiego do końca, zmarli nie powstaną z martwych, i nie można cofnąć czasu ani kolejności minionych wydarzeń. Po prostu nie ma się na to wpływu.

Nie da się uciec od tej książki. Nie jest ona oceną wydarzeń politycznych i ruchów narodowowyzwoleńczych na Bałkanach w latach 90-tych, w efekcie których wybuchła tam wojna. Autor nie rozlicza ze zbrodni wojennych dokonanych na ludności cywilnej, nie opisuje okropności wojny. Skupia się na dziennikarskim fachu, na sposobie przekazywania informacji przez reporterów wojennych, na ich roli w tym przekazie. Należałoby ją może raczej potraktować jako krytykę mediów, pokazujących nam reporterów przed kamerami – często ubranych w kamizelki kuloodporne tylko właśnie na potrzeby nakręconego materiału reporterskiego – w zasadzie tylko po to, żeby widzom oglądającym materiał zasugerować realne niebezpieczeństwo i zagrożenia wojny. Historia opowiedziana przez Norberta Gstreina (austriackiego pisarza, rocznik 1961), jest tak naprawdę zadedykowana niemieckiemu dziennikarzowi „STERN-a”, Gabrielowi Grünerowi (1963-1999), który był postacią prawdziwą. W prasie niemieckiej znalazłam o nim informacje, że pochodził z południowego Tyrolu, ale żył i mieszkał w Hamburgu ze swoją przyjaciółką, dziennikarką mody – właśnie spodziewała się dziecka, gdy Gabriel oraz jego fotograf, Volker Kramer, zostali zastrzeleni 13. czerwca 1999 w Kosowie, 40 km na południe od Prištiny… Wydarzenie to stało się kanwą powieści Gstreina. W momencie, kiedy obydwaj reporterzy zostali podstępnie zamordowani (tajemniczy informatorzy mieli ich zaprowadzić do zbiorowych mogił), wojna w Jugosławii trwała od trochę ponad roku. Rozpoczęły ją masakry Serbów pod dowództwem Slobodana Milosevica dokonane na cywilnej ludności albańskiej w lutym 1998.

Bardzo mi się spodobała opinia z okładki książki. Czytamy w niej mianowicie:

"Ta książka ma w sobie wszystko, czego spodziewamy się po wielkiej literaturze: miłość i szaleństwo, śmierć i zbawienie. Postaci, które jednocześnie zapadają w pamięć i jej umykają. Przemoc, wyobcowanie, ale też czułość i intymność. Jest dbała o szczegół, a równocześnie stawia pytania fundamentalne, ze świadomością pokory, że wie się o wiele za dużo, a równocześnie nic". Andreas Breitenstein (Neue Zürcher Zeitung)

I nic więcej już nie powiem. Nabieram wody w usta. A Wy przeczytajcie sami:-)

AMEN.
Autor: Norbert Gstrein
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Liczba stron: 280
Data premiery: 2009-09-14
Tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska
Język wydania: polskiOprawa: Miękka

czwartek, 19 listopada 2009

Primavera - Mary Jane Beaufrand

Cieszę się, że moje dziewczyny sięgają po takie książki – przy tej okazji ja sama mogę się przekonać, co w literaturze młodzieżowej piszczy. A piszczy wiele dobrego, tzn. nie same „chały” usiłuje się dzieciakom wcisnąć do czytania. Na szczęście trafiją się w powodzi wydawanych książek takie perełki jak „Primavera” Mary Jane Beaufrand - te piękne, rzeczywiście wartościowe, których lektura wniesie do intelektualnej sfery życia naszych młodych czytelników wiele pozytywnych wrażeń. Jest to kolejna książka, którą przeczytałam po rekomendacji mojej 12-latki, a ona jak dotąd jeszcze nie czytała powieści historycznej. Z ogromną przyjemnością zaobserwowałam, że ta czytelnicza przygoda bardzo jej się spodobała, po skończonej lekturze stwierdziła - „Muszę poszukać, czy jest kolejna część Primavery” (już widzę u niej pewien niedosyt, że opisywana historia się skończyła... ) Dodała też - „szkoda, że autorka nie napisała nic dalej”. No cóż, musi to moje dziecię zaakceptować fakt, że nie wszystkie książki będą miały ciąg dalszy, jak chociażby „Harry Potter”, gdzie w zasadzie potem to już nie wiadomo, w którym momencie skończyć. Chociaż, kto wie – może kiedyś okaże się, że „Primavera” ma swoją kontynuację?
„Primavera” to znakomita powieść historyczna dla młodzieży, której akcja osadzona jest w realiach renesansowej Florencji. Główna bohaterka, kilkunastoletnia Flora, która wychowuje się pod opiekuńczymi skrzydłami swojej babci, ale odrzucona przez resztę rodziny. Niekochana przez matkę, pogardzoana przez swoją cudownej urody siostrę Domenicę, tolerowana przez ojca – jest dziecwczynką bardzo inteligentną, wrażliwą i odważną. Jej największym marzeniem jest uciec od swojej rodziny i przeznaczenia, a tym jest spędzenie reszty życia w klasztorze. Flora marzy o podróży do Wenecji, o zaokrętowaniu się na pokładzie jakiegoś statku i wyruszeniu w świat, ale w prawdziwym życiu przekonuje się, ile warte są marzenia. Mimo to nie przestaje marzyć. Po drodze poznaje, jak to jest być po raz pierwszy zakochaną... Flora jest najmłodszą córką w bardzo możnym rodzie Pazzich – w jego posiadaniu znajduje się wiele bogactw: pałaców, biżuterii, okrętów i banków – a wszystko to jest jeszcze strzeżone przez własnych gwardzistów. Wydawać by się mogło – nic więcej do szczęścia nie potrzeba Pazzim, ale tak nie jest. Oni sami są przekonani, że jeszcze nie mają wszystkiego, że jest coś, co uczyniłoby ich ród najpotężniejszym. Coż to takiego? Władza, kochani. I wpływy polityczne, a co za tym idzie potęga gospodarcza. Ich brak spędza sen z oczu Jacopo i jego żonie. Ona – Mamma – jest najbardziej zajęta knuciem podstępnych intryg oraz wyskubywaniem brwi i włosów Domenice, on – przy pomocy papieskiego siostrzeńca, hrabiego Riario, obmyśla spisek, którego realizacja fatalnie się kończy dla wszystkich członków rodziny. Od tego momentu życie Flory diametralnie się zmienia.

A co z tytułową primaverą, oznaczającą wiosnę? Z pewnością wiecie, że „Primavera” to najsłynniejszy obraz Botticelliego, namalowany w 1482 r. Stał się on inspiracją do napisania książki o tym samym tytule, którą Wam dzisiaj opisałam:-)

Chcielibyście wiedzieć, coś więcej, np. jak potoczyły się losy Flory po tragicznym spisku Pazzich? No cóż – najprostszym sposobem będzie sięgnięcie po książkę. Jeśli jeszcze niektórzy nie mają pomysłu na gwiazdkowy prezent dla swojej latorośli, to ta książka będzie wspaniałym rozwiązaniem.

Tyle w ogromnym skrócie – nie mogę więcej zdradzić, bo nie mielibyście przyjemności z czytania. Powiem jeszcze tylko tyle, że przygody Flory wciągają niesamowicie, przedstawione w sposób tak plastyczny, że moja Wiki czytała ją tylko kilka wieczorów (ewenement, biorąc pod uwagę jej dotychczasowe zacięcie czytelnicze, czyli ściślej mówiąc – tego zacięcia brak). Czuje się atmosferę tamtych czasów, a oczyma wyobraźni widzi się słoneczne ulice i place Florencji. Świetnie nakreślone tło historyczno – obyczajowe. Jedynym minusikiem (naprawdę maleńkim) jest wtrącanie w wypowiedzi słów włoskich - Viki co chwila pytała, co znaczy bene, allora, mi dispiace i wiele innych. To było niepotrzebnym, trochę komplikującujcym czytanie - zabiegiem - aczkolwiek w pewnym sensie poszerzającym wiedzę:-)
Pozostaje mi tylko zachęcić Was do lektury!
Autor: Mary Jane Beaufrand
Liczba stron: 312
Numer wydania: I
Data premiery: 2009-05-06
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka