czwartek, 15 października 2009

Rozlewisko a nawigacja satelitarna...

Przeczytałam „Dom nad rozlewiskiem” po raz drugi – przyznaję się bez bicia. Lubię i już. I nie będę się rozwodzić nad walorami tej książki albo ich brakiem – nie na tym rzecz polega. W poniedziałek wieczorem szef zadzwonił do mnie, że o 2.00 w nocy wyjeżdżamy na targi do Kolonii, więc czasu na zastanawianie i wielkie książek wybieranie nie było wcale – wrzuciłam do torby kilka drobiazgów, a że akurat z Wydawnictwa przyszła paczka i książka leżała na wierzchu, spakowałam i ją na podróż. Jestem przekonana, że gdyby nie Kalicińska, to szału bym dostała zanim jeszcze dotarliśmy na miejsce. Dlaczego? Ano z powodu nawigacji satelitarnej. Jestem typem raczej nie przepadającym za nowinkami technicznymi, telewizja itp. mogłyby dla mnie nie istnieć, doskonale potrafię sobie wyobrazić życie bez komórki, ba! – dosyć często ją nawet gubię albo zostawiam w takich miejscach, że potem nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie jest, sygnał do maksimum ściszony, że nawet dzwonienie do samej siebie nie pomaga jej odnaleźć... no, jedyne, czego by mi brakowało, to mój komputer z nieograniczonym dostępem do Internetu – ale nawigacja w samochodzie to rzecz działająca mi na nerwy, zwłaszcza jeśli jedzie się do Niemiec, gdzie porządek wiadomo jaki, a drogi w tym porządku to są tak porządnie oznakowane, że naprawdę nie sposób zabłądzić, a zwłaszcza jeśli na dodatek zna się jeszcze niemiecki i umie czytać mapę i napisy na szyldach...

„przygotuj się – za 800 metrów – wjedź na rondo”
„ za 300 metrów – wjedź na rondo – zjedź pierwszym zjazdem w prawo”


Pojechaliśmy drugim w prawo...

„Zmieniam trasę...”

„Zmieniam trasę...”

Tak się tej trasy nazmieniała, że w końcu wyszło nam prawie 200 km więcej (miało być 800, zrobiliśmy do parkingu przed ANUGĄ dokładnie 1000 km i 300 m, jechaliśmy tam 11 godzin, a jak wysiadłam z samochodu, to nie mogłam kroku zrobić (no cóż, wiek średni dał mi się we znaki). Faktem jest, że kierowców było dwóch, wierzących w nawigację oczywiście – w nawigację, która nie potrafi odczytać tablicy informującej o robotach drogowych i objeździe – mnie nikt o zdanie nie pytał, więc czytałam sobie spokojnie „Dom nad rozlewiskiem”, a z urządzenia przyklejonego do przedniej szyby samochodu płynął niczym nie zmącony, jednostajny kobiecy głos: „zmieniam trasę...”
Po raz pierwszy do przeczytania „Domu nad rozlewiskiem” zachęciła mnie siostra – nasz rodzinny mól książkowy, wręczając mi swój egzemplarz ze słowami „I mnie, i mamie bardzo się podobała”. Wzięłam i ... wetknęłam między inne „ciekawe” książki, bo czasu na czytanie w owym czasie nie miałam w ogóle. Dom, ogród, trzy córcie (Najmłodsza dopiero co się urodziła) – każdą wolną chwilę wykorzystywałam wtedy na ... spanie. To było dokładnie 2 lata temu...
Nie pamiętam, jak długo czytałam „Dom...” za pierwszym razem – stało się to bardzo szybko i żal mi było, że już się kończy. I nie miało dla mnie znaczenia, że być może (a może raczej na pewno) nigdy nie wejdzie do kanonu literatury polskiej, że nie jest tą literaturą przez wielkie L, ani książką przez wielkie K. Ja Przeczytałam ją... po kilku latach nieczytania spowodowanego różnymi czynnikami - od budowy domu, poprzez pracoholiczne podejście do wykonywanej pracy, na ciąży z Najmłodszą kończąc... Tym razem, w trakcie wtorkowego wyjazdu do Niemiec, Kalicińska okazała się ponownie strzałem w przysłowiową dziesiątkę - nie byłabym w stanie skupić się na poważniejszej literaturze, a ta stworzona przez bardzo kontrowersyjną ostatnio autorkę pozwoliła mi na całkowite "wyłączenie się" z akcji. W przeciwnym razie zapałałabym chęcią zamordowania kobiety o beznamiętnym głosie informującym o skręcie w lewo albo o zmianie trasy...
Dziś wieczorem kończę "Powroty nad rozlewiskiem". I podobają mi się tak samo jak pierwsza część, i nie przeszkadza mi brak głebokich przemyśleń ani jeszcze głębszej psychologii. I tak dalej będę obstawać przy swoim stwierdzeniu - że kto uważa, że jest to książka płytka albo powierzchowna - zawsze ma wybór ... po prostu nie czytania jej. Dla mnie ona zawsze będzie ważna - dzięki Kalicińskiej wróciłam do grona moli książkowych, czy to się komuś podoba, czy nie...

16 komentarzy:

moni pisze...

o tak znam te problemy z nawigacją - głównie kierujemy się GPSem jadąc gdzieś daleko, prawie całą południową Europę zwiedziliśmy z GPS i przyznaję, że gdyby nie to, nie wiem czy dalibyśmy radę (mapki zagraniczne do GPS są o wiele lepsze i czytelniesze niż nasze, to chyba za sprawą ogólnie złego oznakowania w Polsce)ale faktem jest, że najczęściej ONA (bo ustawiamy kobietkę) mnie denerwuje no i oczywiście mojego męża, czasami cieszę się, że to ONA "gada" więcej niż ja! :))))
PS a do Kalicińskiej jakoś nie mogę się rzekonać - może kiedyś? no bo odstaję od społeczności:)

Maniaczytania pisze...

Mnie tam też się "Dom nad rozlewiskiem" podobał, a teraz po Twojej notce, to może i po "Powroty..." sięgnę? :)

P.S. - czy książka już doszła???

Katja127 pisze...

Moni - w normalnych warunkach nie mam nic przeciwko nawigacji, ale jak się dowiaduję, że za kilka godzin wyjazd, to niestety, najszczęśliwsza nie jestem - wkurza mnie wtedy byle drobiażdżek - ot, jak tym razem - na nawigację padło... Co do rozlewiskowej trylogii - wychodzę z założenia, że żadną wielką recenzentką nie jestem, nie muszę się więc silić na jakieś górnolotne stwierdzenia i oceny, nie muszę rozbierać dzieła na czynniki pierwsze - jestem w tej luksusowej sytuacji, że zawsze mogę dokonać oceny w dwóch kategoriach: albo mi się książka podobała, albo nie. Doskonale wiem, jaka to książka, i doskonale sią nadała na moją podróż - ja, jak już pisałam, zawsze będę miała do niej sentyment...

Katja127 pisze...

Manioczytania - książka doszła już w środę, przepraszam, że nie pomyślałam wcześniej, żeby Ci dać znać - DZIĘKUJĘ BARDZO:-) A "Powroty..." polecam, jeśli Ci się pierwsza część podobała, spodoba Ci się również druga. Ja teraz muszę jeszcze upolować "Miłość..."

Lilithin pisze...

Ja w GPSie najbardziej lubię komendę w stylu zawróć o 360 stopni :) Na podróże nadają sie tylko lekkie lektury, nie wyobrażam sobie czytania czegoś ciężkiego w drodze.

moni pisze...

katja ależ ja nie mam nic do Twojej recenzji, raczej do Kalicińskiej ;) chyba nam GPS nie zagrał :)hihi

moni pisze...

Lilithin teraz przeczytał Twój komentarz - :)))) czytamy z mężem i niedowierzamy!!! wspaniały GPS - na matematyce wagarował? świetny kawal powiedziałabym :)))

Katja127 pisze...

Lilithin - święta racja!

Moni - :-)))

kultur-alnie pisze...

nabrałam ochoty na rozlewisko, wyruszam na poszukiwania i mam nadzieję, że okażą się owocne:)

moni pisze...

P.S. dla tych, którym szkoda czasu na czytanie Pani Kalicińskiej polecam słuchowisko - świetnie nadaje się do przygotowywania imprezy rodzinnej :)

be.el pisze...

Pomijając historie z nawigacją. Obie książki Kalicińskiej podobały mi się. Słyszałaś może, że ukazała się nowość - Chyba -Fikołki na trzepaku.

Katja127 pisze...

Kultur-alnie - życzę powodzenia:-)

Katja127 pisze...

Moni - to jest też wersja audio Kalicińskiej? Nie słyszałam... Ale na razie na książkach poprzestanę; czasem lubię posłuchać książki z płyty albo kasety, zwłaszcza gdy mam dużo roboty niewymagjącej skupienia i zero czasu, żeby usiąść z książką...

Katja127 pisze...

Be.el - tak słyszałam. Nawet długi czas myślałam : Boszszsz... co za tytuł - FIOŁKI na trzepaku... po prostu raz źle przeczytałam - jak myślisz, da się to czytać? Może będzie miało posmak naszych lat dziecięcych? ...

Anonimowy pisze...

„61,5 procenta widzów "Domu nad rozlewiskiem to panie. Śledzą go głównie kobiety (61,5 proc.). Aż 30 procent to osoby powyżej 60 roku życia.
Większość z widzów "Domu nad rozlewiskiem" to mieszkańcy wsi ( 40 procent) i niewielkich miejscowości (24, 5 procent), a 39 procent to emeryci. Serial nie trafia do osób z wyższym wykształceniem. Z 4,5 miliona widzów "Domu nad rozlewiskiem" tylko 15 procent ma ukończone studia. Największą grupę stanowią osoby z wykształceniem podstawowym (47 procent) i średnim (31 procent). „
http://www.popcorner.pl/popcorner/1,81588,7164166,Juz_wiemy_kto_oglada_Dom_nad_rozlewiskiem__Emerytki.html

monotema pisze...

Czytałam obie książki, na ostatnią brakło mi cierpliwości. Każdy czyta to co lubi, ale osobiście - jeżeli idzie o sagi rodzinne z Mazurami związane - zdecydowanie polecam
"Dzieci Jerominów" Wiecherta i "Mazurenlos" Dzidki
pozdrawiam