środa, 9 września 2009

O krok - Henning Mankell

LUBIĘ CZYTAĆ Mankella. W zasadzie nie miałam w planie przeczytania „O krok” (jeszcze nie teraz), polowałam raczej na „Białą lwicę” - mój wrodzony i do bólu upierdliwy praktycyzm dyktował mi zdobycie jej, aby „zatańczyć jedną dupą na dwóch weselach” - przeczytać kolejną książkę ulubionego autora, ale taką, żeby się jeszcze do któregoś wyzwania nadała. „Białej lwicy” moja gminna biblioteka w swoich zbiorach nie posiada, zaczytana siostra również, a w „Dedalusie” udało mi się kilka tygodni temu upolować „O krok”(wraz z innymi smacznymi kąskami) za całe 5 zł. Nie było więc sensu odkładać jej na później, tym bardziej że do „Kolorowego wyzwania” udało mi się przeczytać 4 inne książki.. Na początku września z angielskich wojaży wróciła moja Najstarsza i po „Mężczyźnie, który się uśmiechał” zaraz chwyciła „Psy z Rygi” - ja zaczęłam rzeczoną już „O krok” - w miniony weekend siedziałyśmy sobie popołudniami na zacienionym tarasie, a wieczorem w łóżku oparte na ogromnych poduchach, czytając długo w noc. Wiecie jak takie coś cieszy?

A więc Mankell i jego kolejny Wallander – glina z ogromnym doświadczeniem życiowym i zawodowym - czy jest ktoś, kto tak jak my nie czytał całego Mankella i dopiero poznaje to, czym wszyscy już zdążyli się zachwycić i zaczytać? Wiem, że nie jestem pierwszą ani też ostatnią zachwyconą, wiem, że przede mną wielu Mankella przeczytało i wielu uczyni to po mnie – fenomen jego pisarstwa trwa i na pewno będzie trwał bardzo długo. Opisuje tragedie i przestępstwa w taki sposób, że człowiekowi włos się na głowie jeży, czasami z niesmakiem albo z obrzydzeniem skrzywia się twarz, a myśli zaprząta myśl, jak można wpaść na taki pomysł, co musi się wydarzyć, aby człowiek był zdolny do popełnienia takiej zbrodni? Atmosfera jest gęsta i aż ocieka od czającego się wszędzie ZŁA, a Mankell dawkuje czytelnikowi nowe fakty, stopniowo wprowadzając go w tajniki pracy szwedzkiego policjanta. Pracy, która daje satysfakcję, ale w obliczu takich zbrodni jak tutaj wywołuje w policjantach uczucie bezsilności i zwątpienia, czy to, co robią tak naprawdę ma sens?

Wallander jest jak tropiący pies – idzie po śladach, czuje przestępcę, czasami gubi trop, kręci się w kólko albo biegnie na oślep, aby w ślepym zaułku uderzyć głową w niewidzialny mur, aby na powrót wydostać się z niego i podchwycić nowy trop i iść dalej po nowych śladach. W „O krok” Wallander i jego współpracownicy pracują nad rozwikłaniem bardzo tajemniczego bestialskiego morderstwa trójki młodych ludzi oraz swego policyjnego kolegi Svedberga. W toku śledztwa okazuje się, że Svedberg skrywał skrzętnie swoje prawdziwe oblicze, a jego koledzy z policji tak naprawdę niewiele o nim wiedzieli. Czy obydwa morderstwa coś ze sobą łączy? Tylko dzięki ogromnemu samozaparciu, pracy „naokoło zegara” i przenikliwości umysłu Wallandera i jego zespołu udaje się w końcu (jakżeby inaczej?) rozwikłać skomplikowaną zagadkę i ująć mordercę, który okazuje się … No właśnie – kto chce wiedzieć, jakim człowiekiem okazuje się być morderca musi sam się o tym przekonać. Mogę tylko zapewnić, że warto, bo Mankell jak mało kto potrafi trzymać czytelnika w napięciu od pierwszej aż do ostatniej strony, a samo zakończenie – ech, dużo by opowiadać – na kilka stron przed końcem niby się już wie, kto zabił, ale jednoznacznie nie można tego powiedzieć, bo znając Mankella wszystko może przyjąć zupełnie niespodziewany obrót i pojawią się nowe fakty albo dowody. To w powieściach o Wallanderze lubię najbardziej - że są one nieprzewidywalne. Że są dla wymagających czytelników. Że prowadzone śledztwa toczą się powoli i dokładnie, że nie są „odbębnione” a na każdym kroku czuje się wielki profesjonalizm bohaterów. Powiem krótko – generalnie za kryminałami nie przepadam, ale Mankell pisze KRYMINAŁY, a nie kryminały, a jego Kurt Wallander to facet, który – mimo że ma do czynienia z parszywymi typami (co jeden to gorszy morderca), to mimo to jest „normalny” i taki, że się go lubi, że aż żal bierze, że w życiu mu się nie ułożyło, że jest sam, a na dodatek te jego ostatnie kłopoty ze zdrowiem (wędrujące w jego krwi białe wysepki cukru i wysokie nadciśnienie) – cholipcia, przecież Wallander to fikcja, a przeżywam, jakby to o kogoś żywego chodziło. Widzicie, co Mankell potrafi z czytelnikiem zrobić...z czytelniczką...

czwartek, 3 września 2009

Plany ambitne bardzo lub trochę mniej na nadchodzącą jesień, zimę i wiosnę...

Po fali letnich upałów powoli wracam do życia. Zaczyna się mój czas : jesienno – zimowo – wiosenny. Nie przepadam za latem, za temperaturą oscylującą w granicach 30 stopni (i więcej) . Nigdy nie jestem opalona na czekoladowy brąz i nie lubię leżeć na plaży. Męczy mnie takie coś jak diabli. Oooo – przejechać 30 km rowerem, wspiąć się na szczyt góry albo zwiedzić sporą zabytkową część jakiegoś miasta – uwielbiam. Z reguły nigdy nie wyjeżdżam na letnie urlopy – jeśli już, to blisko, szybko, na krótko (kilka godzin, góra 1 cały dzień; na szczęście nasze auto ma klimatyzację, inaczej nie mogłabym w lecie nigdzie się poruszać) - za to z ogromnym uwielbieniem wypadamy całą rodziną w zimie na narty, tak więc moje urlopowe atrakcje (takie prawdziwe) dopiero przede mną w styczniu albo w lutym, bo mój sierpniowy urlop to taki z musu był – szanowny Małżonek musiał wracać do Niemiec, a żłobek w sierpniu nieczynny.

Tak więc teraz jest mój czas. Z umiarkowanymi temperaturami, z deszczową pogodą, a później ze śniegiem, czas kiedy po wakacyjno – letnich szaleństwach wszystko wraca do normy. Z mniejszą ilością kawy pobudzającej do czegokolwiek i ze zwiększoną dawką herbaty waniliowej i karmelowo – śmietankowej. Z ogromną energią do życia „samą z siebie”. Z przytulnymi, ciepłymi popołudniami, spędzanymi na czytaniu albo innych przyjemnościach. W tej chwili energia mnie rozpiera i 1000 różnych myśli kłębi się w mojej głowie, 1000 pomysłów, z których każdy wart jest zrealizowania. Na razie, póki co – zacznę raczej skromnie... ale z zakasanymi rękawami. Jestem przekonana, że jak te moje zamiary upublicznię, to będzie lepsza mobilizacja. Zatem...

… po pierwsze chciałabym zorganizować w mojej wsi DKK (Dyskusyjny Klub Książki). Pomysłem tym zainspirował mnie kilka tygodni temu Bazyl – muszę się dowiedzieć, jak jemu idzie realizacja i czy jego klub powiększył się o nowych członków. Do tej pory niczego nie zaczynałam, przypuszczam że odzew byłby niewielki ze względu na natłok letnich prac w polu i urlopowe wyjazdy. Na moim rodzimym gruncie byłoby kilka osób zainteresowanych, kilka pań z naszego KGW (już z nimi rozmawiałam i wyraziły chęć), moja Najstarsza również (zobowiązała się wywiedzieć w środowisku swoich znajomych, kto do gatunku „czytatych” należy) – tak więc jeszcze w tym tygodniu wysyłam zgłoszenie do Instytutu Książki. Może uda mi się zarazić innych moją czytelniczą pasją??? Bardzo bym tego chciała...

… po drugie mam zamiar namówić Lucynę (przewodniczącą koła) i Marylkę (żonę sołtysa) na wspólne wypady na basen co sobotę i niedzielę (rychło rano, jak to się u nas mówi). A przykład – wiadomo – idzie z góry. Moja siostra już została zmobilizowana i dwa razy na basenie byłyśmy (od 1999 do 2006 mieszkaliśmy z mężem w Niemczech. W czasie od pierwszego maja do ostatniego sierpnia jeździłam codziennie przed pracą o godz. 6.00 na pobliski odkryty basen (podgrzewany) i przepływałam sobie 1 km – niezależnie od pogody - kondycja i sylwetka na piątkę z plusem, czas przywrócić stare dobre nawyki na powrót do życia, zwłaszcza, że od urodzenia Najmłodszej jakoś tak „rozlazłam się”. Po głowie jeszcze mi chodzi Nordic walking – kolejny projekt do wprowadzenia w mojej ogarniętej marazmem wiosce, a miejsc i dróg do spacerowania z kijkami u nas pod dostatkiem. A może jeszcze zaprzyjaźniony i sprawujący opiekę nad naszą świetlicą Dom Kultury z pobliskiego miasteczka będzie nam przysyłał raz w tygodniu panią, która poprowadziłaby zajęcia z aerobicu? Coś musi się udać, nie wierzę, że nic nie zrealizujemy. Zresztą – ja zobowiązuję się, że będę „kołem napędowym” - jak wejdę w tryby, to nie ma zmiłuj, nie ma „a co ludzie powiedzą”, nie ma „głupio wyglądamy”, nie ma „nie chce mi się”. Musi się udać!!! Musi się chcieć!!! Proszę, trzymajcie kciuki za powodzenie akcji:-)

środa, 2 września 2009

Portret w sepii - Isabel Allende

„Portret w sepii” to już moja ostatnia książka, którą przeczytałam na okoliczność „Kolorowego czytania”. Zakochałam się w Allende i jej „Córce fortuny” kilka miesięcy temu, chyba w styczniu (albo w lutym? Zresztą nieważne...) Połknęłam bakcyla czytania chilijskiej literatury kobiecej (???????????) firmowanej nazwiskiem tej pisarki - faktem tutaj niezmiennym i niepodważalnym było, jest i będzie, że powieści Allende to te z gatunku moich ulubionych - czy mówiłam już, że kocham powieści historyczne??? Czy widzicie ten uśmiech i wyraz zadowolenia na mojej twarzy? Na pewno i Wy odczuwacie ten specjalny „czytelniczy” dreszczyk emocji, gdy sięgacie po kolejną książkę ulubionego pisarza i cieszycie się na przyjemność czytania. (Dygresja: mój nauczyciel historii w szkole podstawowej, pan H., gdy zapomniał przygotować pytania na zapowiedziany sprawdzian i przekładał go nam na następną lekcję, zwykł mawiać w takich sytuacjach: „-Nie martwcie się, Żuczki – oczekiwanie na przyjemność jest większą przyjemnością niż sama przyjemność”). Tak więc przyjemność czytania „Portretu w sepii” była przeogromna, mimo że na moim nocnym stoliku przeleżał on wieeeele tygodni (chyba 3, a może 4????) .

Bohaterką jest tym razem Aurora, wnuczka Elizy Sommers i Pauliny de Valle (bohaterek z „Córki fortuny”, pierwszej części tej trylogii) i zarazem adoptowana córka Severa de Valle, ojca jasnowidzącej Klary z „Domu duchów” - brzmi trochę zagmatwanie? Wierzcie mi – to tylko dlatego, że być może nie czytaliście pierwszej części, a od niej należałoby zacząć znajomość i dalej czytać już chronologicznie, gdyż postaci ze wszystkich części trylogii są ze sobą w jakiś sposób powiązane, ich ścieżki życiowe krzyżują się i plątają– zresztą lektura jest i przyjemniejsza, i łatwiejsza, gdy się dysponuje informacjami z poprzednich tomów, gdyż znajomość ich jest w pewnych momentach kluczowa dla zwykłego „ogarnięcia” niektórych wątków. Tak więc bohaterka, Aurora, to - jak to u Allende bywa – młoda kobieta o bardzo silnej osobowości, z charakterem i ugruntowanymi poglądami, na początku „poszukująca”, ale też bardzo szybko wiedząca, czego chce. Konsekwentnie dąży do rozwijania i doskonalenia swojej ogromnej życiowej pasji, jaką stało się dla niej fotografowanie. Mimo że wydana za mąż poprzez zaaranżowane małżeństwo, w którym nie odnalazła miłości, to jednak staje się kobietą wyzwoloną, która jest odpowiedzialna, idzie przez życie z podniesioną głową i w dalszym ciągu realizuje swoją pasję. Bardzo mi zaimponowała. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów powieści, żeby nie zepsuć Wam przyjemności poznawania coraz to nowych wątków – możecie mi jednak wierzyć na słowo (podnoszę do góry dwa palce prawej ręki, widzicie?), że kto po „Portret w sepii” sięgnie, na pewno nie będzie rozczarowany. Czeka go powieść bardzo barwna, wielowątkowa (ale bardzo zgrabnie skonstruowana), przedstawiająca Chile i Kalifornię na tle społeczno – obyczajowo – historycznym na przełomie XIX i XX wieku, nie pomijająca aspektów politycznych ówczesnych czasów, ale też zarazem nie przeładowana natłokiem informacji, i bez zbytniej pompatyczności – ot, lektura baaaaardzo przyjemna, choć do tej najlżejszej zgoła nie należąca wcale....

Gorąco polecam!

Autor: Isabel Allende
Wydawca: Wydawnictwo MUZA S.A.
Liczba stron: 376
Numer wydania: III
Data premiery: 2008-09-10
Tłumaczenie: Marta Jordan
Język wydania: polski

Oprawa: Twarda

wtorek, 1 września 2009

Na dobry początek roku szkolnego....

dowcip. Dowcip, który - jak to się dzisiaj określa w języku nie wiem jakim (młodzieżowym? uczniowskim?) - wymiata wszystkie, jakie do tej pory o nauczycielach czytałam:

Dwóch nauczycieli wychodzi na lekcję z pokoju nauczycielskiego. Młody obładowany: w jednej ręce torba pełna książek, w drugiej ręce torba z materiałami pomocniczymi, pod jedną pachą kserówki dla uczniów, pod drugą pachą dziennik, w zębach niesie klucz od klasy. Natomiast stary nauczyciel idzie lekkim krokiem, niosąc tylko dziennik i klucz, do tego cichutko pogwizduje sobie pod nosem. Żadnych książek, żadnych kserówek, materiałów pomocniczych. Młody patrzy na niego z nieskrywanym podziwem: "- Szacuneczek. Po tylu latach pracy to musi pan to wszystko mieć w głowie?". Na co stary odpowiada: " W dupie, synu, w dupie...."

czwartek, 27 sierpnia 2009

Urlop w domu a la "Krzątam się"

Minął mi kolejny urlopowy dzień. Wstałam o 8.30, bo moja dwuletnia Najmłodsza nie miała zamiaru dłużej spać (dzięki Bogu - mam teraz dziecię, które nie wywala mnie o 6.00 z łóżka tak jak wiele lat temu dwie starsze po kolei - KAŻDA!!!), powitała mnie słowami: "Mama, pać - dzień!" i uśmiechnęła się tym swoim najsłodszym na świecie uśmiechem. Potem zrobiła mi "gili-gili" w oko, zapytała: "Mama, kauły pić?" no i niestety musiałam wstać i sobie tę kawę zrobić sama.

Do czego zmierzam?

Ano do tego, że od kilku dni jestem w domu, znaczy się urlop mam, ale ... w ogóle tego nie czuję. Chodzę cały dzień po domu, zbieram rozrzucone zabawki i inne rzeczy, przenoszę na swoje miejsce wszystko, co z tego miejsca zostało zabrane. W międzyczasie szykuję śniadanko moim dziewczynom, potem obiad, że o podwieczorku i kolacji nie wspomnę. Jakiś spacerek (raz pieszo, raz wózkiem - w zależności od nastroju dziecięcia). Od czasu do czasu zakupy (mniejsze i te większe). Pomiędzy tym wszystkim non stop parzę herbatkę owocową dla Najmłodszej (uwierzycie, że wypija dziennie blisko dwa litry, a czasami nawet więcej, herbaty owocowej i wody?) Jak już zoragnizujemy picie, wychodzimy na przydomowy plac zabaw w ogrodzie, gdzie Najmłodsza non stop się huśta (tzn. ja ją huśtam, bo sama jeszcze nie umie) i zjeżdża "dźźźiiiii", czyli ze zjeżdżalni, bo jest w tej dyscyplinie mistrzynią świata. Jeśli ktoś z Was pomyślał, że Najmłodsza w tym czasie bawi się SAMA, jest w ogromnym błędzie. Mówię do niej: "Ty się tutaj pobaw, a ja na chwilkę pójdę do domu", odchodzę kilka kroków mając nadzieję na chwilkę spokoju albo na błyskawiczne zrobienie czegoś, przy czym na piątym czy szóstym kroku dopada mnie córcia ze słowami: "Mama, teś idę dom". Idziemy więc razem, mała życzy sobie "Andzię, Tygryska, Misia i Szypra", ale oczywiście nie włączam jej bajki, zabieramy chrupki i wracamy do ogrodu. Na szczęście nie ma dziś upału...




Potem zaczynamy przygotowywać obiad i nagle trrrach - wyłączają nam prąd. Dzwonię więc do sąsiadki Gosi, czy u niej też wyłączyli, czy to może tylko u mnie awaria i wyskoczył korek. Gosia mówi, że też nie ma prądu i pyta mnie, co robię i czy nie wpadłabym do niej na kawkę. "Na kawkę?" - czemu nie. Tylko że do zastanowienia się zmusiła mnie pierwsza część jej pytania: co ja właściwie robię??? Czas spędzany w domu upływa mi na tym i owym, może jeszcze i na owamtym - ale na niczym konkretnym. Kręcę się po domu, krzątam się robiąc cały czas "coś" - milion małych rzeczy, a wieczorem nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co to konkretnie było... ba! ze zmęczenia nie jestem w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą, o szarych komórkach nie wspominam w ogóle. Przemierzam szlak pomiędzy kuchnią, tarasem i placem zabaw, między pralką, pająkiem do rozwieszania bielizny a deską do prasowania. Na telewizję nie mam ani czasu, ani siły, ani ochoty. A przed spaniem biorę do ręki książkę i zasypiam po przeczytaniu jednej strony (a tyle ich - tzn. książek - miałam przeczytać w trakcie tych wolnych dni).

Znajomi? Przyjaciele i krewni? Dla nich znajdę czas innym razem, jak nie będę już na urlopie, kiedy wszystko wróci do normy - ja do pracy, starsze córki do szkół, a Najmłodsza do żłobka.
Dobrze, że nie pokazałam Wam urlopowego stosiku - książki ułożyłam, zdjęcie zrobiłam, ale ...

Jak mnie ktoś zapyta, jak mi minął urlop, niewątpliwie odpowiem: "Krzątająco! Cały czas KRZĄTAŁAM SIĘ!"

niedziela, 23 sierpnia 2009

Zalotnica niebieska - Magdalena Samozwaniec

Moje uwielbienie dla poezji Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej jest, było i zawsze będzie ogromne (zostało mi to jeszcze z czasów liceum i mojej wielkiej pierwszej miłości, gdy miałam 17 lat). Pamiętam, że zaczęło się od „Fotografii”:


Gdy się miało szczęście,
które się nie trafia:

czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to - to jest bardzo mało...

- mnie w pewnym momencie została tylko ta fotografia, ukochany mnie porzucił, a ja zaczęłam szukać i pochłaniać wszystko, co spod pióra MPJ wyszło. Chyba dzięki temu udało mi się przetrwać ogromny zawód miłosny i nie skoczyć z rozpaczy z mostu w nurty rwącej rzeki (przypuszczam, że nigdy i tak by do tego nie doszło) - z tamtego okresu zachował mi się jeszcze mój papierowy pamiętnik, gdzie notatkę każdego dnia zaczynałam od wpisania jakiegoś wiersza ukochanej poetki. Ech, cudne to były czasy - dziś nie mam zbyt wiele wolnych chwil na czytanie poezji - a kiedyś? proszę bardzo - trening siatkówki, kurs niemieckiego w bibliotece, do szkoły się dojeżdżało 40 km, a oceny poniżej "dobrego" rzadko się zdarzały, za chwilę matura i egzaminy na studia- i jeszcze człowiek "tonął" w poezjach Pawlikowskiej (i nie tylko). I nie było kiedyś komputerów i internetu, w którym można znaleźć dzisiaj wszystko - kiedyś, jak się czegoś potrzebowało, trzeba było lecieć do biblioteki...

Tyle gwoli wyjaśnienia, dlaczego sięgnęłam właśnie po "Zalotnicę niebieską" Magdaleny Samozwaniec.

Prawdę powiedziawszy, biografia poetki napisana ręką młodszej siostry nie zrobiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Owszem, faktów z życia sióstr Kossak przytoczonych jest w książce ogromna ilość, ale większość z nich znałam już z innych źródeł. Smaczku dodają niektóre zdradzane przez autorkę tajemnice i sekrety, najpierw te "dziewczyńskie", a potem "panieńskie" i "małżeńskie". Dużo jest również wierszy, zwłaszcza tych z początkowego okresu twórczości, które z niewiadomych przyczyn nie znalazły się w żadnym z wydanych przez Pawlikowską tomików jej wierszy. Zachowały się one oraz listy pisane przez poetkę w rodzinnym archiwum skrzętnie przechowywane przez mamę i siostrę, i autorka wykorzystała wiele z nich pisząc biografię "Lilki". Wiersze są opatrzone komentarzami autorki i wielu przypadkach wiele wyjaśniają, np. to, że Maria bała się starości (we mnie ona też wzbudza największe obawy) - napisała o niej i jej nieuniknionych objawach mnóstwo strof, m.in.


dancing

ta pani wciąż jeszcze tańczy
wesoła jak młoda dziewczyna
lezc jest już w piękności swojej
nietrwała jak lichy jedwab
może barwy utracić na słońcu
może skurzcyć się jak etamina
a wówczas powieszą ją w szafie
pośród rzeczy o które nikt nie dba
jest ona już tylko na oko
kto ją szarpnie ten ją rozedrze NA ZAWSZE
ostrożnie z nią młodzi tancerze
bo pęknie w tysiące ZMARSZCZEK


I jeszcze jeden muszę tu przytoczyć: Starość, który powstał, gdy "Lilka" miała niespełna ... 30 lat.
Leszczyna się stroi w fioletową morę,
a lipa w atłas zielony najgładszy...
Ja się już nie przebiorę,
na mnie nikt nie popatrzy.

Bywają dziwacy,
którzy z pokrzyw i mleczów składają bukiety,
lecz gdzież są tacy,
którzy by całowali włosy starej kobiety?

Jestem sama,
Babcia mi na imię -
czuję się jako czarna plama
na tęczowym świata kilimie...

O Jezusieńku, cytować mogłabym cały dzień, ba! do końca świata i nawet o jeden dzień dłużej, ale nie o wierszach Pawlikowskiej miałam tu pisać, ale o jej biografii...
Ogromny plusem książki jest bardzo obszerne przedstawienie epoki, czyli początku XX wieku i (mojego najukochańszego okresu) 20-lecia międzywojennego. Sporo miejsca poświęcone jest opisom, co się wtedy nosiło, jak byłu urządzone domy,w jaki sposób podróżowali, jak ludzie "ze sfery" spędzali czas, z kim się spotykali (a przewinęło się tych sławnych osobistości przez dom Kossaków - i co za tym idzie przez książkę Magdaleny Samozwaniec - całe mnóstwo). Sprzyjała temu artystyczna atmosfera Kossakówki (jak nazywano ich dom rodzinny w Krakowie) - ojciec, Wojciech Kossak, malarz scen historycznych i batalistycznych miał sporo znajomości pośród przedstawicieli ówczesnej bohemy.


Co jeszcze? Poetka kochała nade wszystko przyrodę, uwielbiała malować i bardzo, ale to bardzo chciała kochać i być kochaną. To z tej jej największej tęsknoty za gorącym i płomiennym uczuciem powstała większość jej wierszy. Miała też śmiałe i awangardowe jak na owe czasy pomysły, np. do swego pierwszego ślubu poszła w błękitnej sukience, dając tym samym do myślenia zatwardziałym krakowskim dewotom i plotkarom, dlaczego nie "(...) w białej ślubnej szacie, z welonem i wianuszkiem kwiatu pomarańczowego (...)".

A co mi się nie podobało? Przede wszystkim siostrzany i rodzinny subiektywizm - ale trudno oczekiwać obiektywizmu od piszącej, jeśli się od najmłodszych lat kocha i hołubi starszą siostrę poetkę. W książce Samozwaniec wszyscy należący do rodziny albo do kręgu wielbicieli poetki lub tatusia byli "cacy", krytykujący i przeciwnicy byli "be". O tych pierwszych można przeczytać same pochwały i zabawne anegdotki, na tych drugich autorka nie pozostawia suchej nitki, często "odsądzjąc ich od czci i wiary" (często używa sformułowania "ach, cóż my możemy o tym wiedzieć" - czyżby zatem powtarzała ówczesne plotki???) np.:


"Bzowski, przy pewnym ograniczeniu umysłowym, umiał dbać o swoje interesy i własną karierę. Na tym również polegała jego przyjaźń ze znanym w arystokratycznych kołach lwowskich baronem Brunickim, zdeklarowanym pederastą, który był szalenie przeciwny małżeństwu przyjaciela z panną Kossakówną i starał się go od tego zamiaru odwieść. Znając Bzowskiego trudno przypuszczać, aby i on miał tego rodzaju perwersyjne zamiłowania - lubił być adorowany i przyjmował od barona różne świadczenia. Zresztą, co my wiemy? Może jednego porywała wybitna uroda młodego ułana, drugiego - brzydota małego, przysadzistego Brunickiego. (...)"
No właśnie, cóż można wiedzieć dokładnego w tej materii, najważniejsze, że ziarenko - powiedzmy delikatnie - nieprzychylnej niepewności, dotyczące byłego szwagra zostało zasiane. To tak na marginesie, co mnie kłuło podczas czytania.

Generalnie książka godna polecenia, określiłabym ją jako łatwą i lekką w odbiorze, nie tylko dla wielbicieli poezji MPJ, również dla laików, którzy chcieliby posmakować atmosfery i klimatu artystycznego życia sprzed blisko 100 lat...

sobota, 22 sierpnia 2009

100 tytułów BBC

Lista 100 tytułów BBC pojawia się na blogach i znika, ostatnio znów ją u kogoś widziałam i dla własnej orientacji pobawiłam się w zaznaczanie. I jak zwykle wyszło mi, że tych przeczytanych jest dużo za mało - o wiele mniej, niżbym sobie tego życzyła - tylko 14. Z listy nie wykreślam żadnego tytułu, bo chociaż jeden miałabym ochotę (naprawdę ogromną) wykreślić "Przeminęło z wiatrem", to po 1. nie mam pojęcia, jak to zrobić, a po 2. - nigdy nie wiadomo, po którą książkę się akurat sięgnie. Wielu z tych tytułów po prostu nie znam, więc nie wiem, czy są warte przeczytania czy skreślenia z listy.
INSTRUKCJA OBSŁUGI:
1. Pogrub te tytuły, które przeczytałeś/-łaś. U mnie są one tez na zapisane na biało
2. Użyj koloru przy tych, które masz zamiar przeczytać.
3. Podkreśl te książki, które kochasz/uwielbiasz/bardzo lubisz. Ja przy tych tytułach postawiłam po 10 gwiazdek **********
4. Wykreśl te tytuły, których nie masz zamiaru czytać, albo byłaś/-łeś zmuszona/-y przeczytać za czasów szkolnych i je znienawidziłaś/-łeś.
5. Umieść to na blogu.

1. Duma i uprzedzenie - Jane Austen
2. Władca Pierścieni - JRR Tolkien
3. Jane Eyre - Charlotte Bronte
4. Seria o Harrym Potterze - JK Rowling
5. Zabić drozda - Harper Lee
6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte
8. Rok 1984 - George Orwell

9. Mroczne materie (seria) - Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje - Charles Dickens
11. Małe kobietki - Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville - Thomas Hardy

13. Paragraf 22 - Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka - Daphne Du Maurier
16. Hobbit - JRR Tolkien
17 . Birdsong - Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu - JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch - George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby - F Scott Fitzgerald
23. Samotnia (w innym tłumaczeniu: Pustkowie) - Charles Dickens
24. Wojna i pokój - Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę - Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead - Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara - Fyodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu - John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów - Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame
31. Anna Karenina - Leo Tolstoy
32. David Copperfield - Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii (cały cykl) - CS Lewis
34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje - Jane Austen
36. Lew, Czarwnica i Stara Szafa - CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem - Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli (w innym tłumaczeniu: Mandolina kapitana Corellego) - Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy - Arthur Golden
40. Kubuś Puchatek - AA Milne **********
41. Folwark zwierzęcy - George Orwell
42. Kod Da Vinci - Dan Brown
43. Sto lat samotności - Gabriel Garcia Marquez
44. Modlitwa za Owena - John Irving

45. Kobieta w bieli - Wilkie Collins
46. Ania z Zielonego Wzgórza - LM Montgomery **********
47. Z dala od zgiełku - Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej - Margaret Atwood
49. Władca much - William Golding
50. Pokuta - Ian McEwan
51. Życie Pi - Yann Martel
52. Diuna - Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm - Stella Gibbons
54. Rozważna i romantyczna - Jane Austen
55. Pretendent do ręki - Vikram Seth
56. Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach - Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat - Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą (również: Dziwny przypadek z psem nocną porą) - Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy - Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie (również: O myszach i ludziach) - John Steinbeck
62. Lolita - Vladimir Nabokov
63. Tajemna historia - Donna Tartt
64. Nostalgia anioła - Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo - Alexandre Dumas **********
66. W drodze - Jack Kerouac
67. Juda nieznany - Thomas Hardy
68. Dziennik Bridget Jones - Helen Fielding
69. Dzieci północy - Salman Rushdie
70. Moby Dick - Herman Melville
71. Oliver Twist - Charles Dickens
72. Dracula - Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett **********
74. Zapiski z małej wyspy - Bill Bryson
75. Ulisses - James Joyce
76. Szklany kosz - Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki - Arthur Ransome
78. Germinal - Emile Zola
79. Targowisko próżności - William Makepeace Thackeray
80. Opętanie - AS Byatt
81. Opowieść wigilijna - Charles Dickens
82. Atlas chmur - David Mitchell
83. Kolor purpury - Alice Walker **********
84. Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary - Gustave Flaubert

86. A Fine Balance - Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty - EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom
89. Przygody Scherlocka Holmesa - Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection - Enid Blyton
91. Jądro ciemności - Joseph Conrad
92. Mały Książę - Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os - Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze - Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców (również: Sprzysiężenie osłów) - John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alece Springs - Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie - Alexandre Dumas
98. Hamlet - William Shakespeare
99. Charlie i fabryka czekolady - Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

piątek, 21 sierpnia 2009

Kolor purpury - Alice Walker


Z noty wydawcy:
Półanalfabetka Celia, bohaterka powieści, uciesznie pokracznym stylem w formie listów do Pana Boga opowiada tragiczną historię swojego życia. Była wielokrotnie gwałcona przez męża matki, pozbawiono ją dwójki dzieci, wydano za mąż za brutalnego wdowca. Nieoczekiwanie okazało się, że zadośćuczynienie za krzywdy doznane od mężczyzn kobieta może znaleźć tylko w ramionach innej kobiety. Alice Walker otrzymała za tę książkę nagrodę Pulitzera w 1983 roku. Powieść sfilmował Steven Spielberg, a w głównej roli wystąpiła Whoopi Goldberg .



Droga Celio!

Arz mnom zdrowo zatrząhło, jak żem przeczytała o twojem życiu w tej ksionszce, co to jom Alis Łoker o tobie napisała. Jak ładnie napisała, tak ładnie i porzonnie, rze my jom sobie z Ka.- mojem chopem nawzajem wyrywalim i czytalim, trochu my pojedlim, pospalim i dalijj od nowa stale i wciąż czytalim i czytalim, bo my trochu urlopu mielim to i go razem spendzalim. Ka. w końcu wzioł i mi ksionszke wyjoł z ronk, bo on powiada zara do Nimiec jedzie i bez ten czas do wyjazdu przeczytać musi. Bardzo mie to ucieszyło bo odkąt pamientom, to to jest pirwszo ksionszka jakom przecztoł.

Oj, trzy światy miałaś kochana Celio z tem twojem chłopem – panem ------. Płakać mi sie chciało, jak cie poniwiroł, jak cie po pysku abo dzie popadnie proł. Tak samo jak ty byłam wtedy zestrachano. Jegu dzieciami się zajmowałaś, bo mu kobita pomarła, prałaś mu i sprzątałaś, gotowałaś i pod nos podsuwałaś, a on cie za nic mioł – ot jeszczy jedyn mebel w domu, dejmy na to taburet ino rze taburet w wianie krowy nie wnosi, a ty krowe miałaś jak sie z tobom ożenił. Z Nettie kochanom siostrom na 30 lat cie rozdzielił, a potem stale i wciąż listy od niej do kufra chowoł żebyś myślała że ona nie żyje. Zły i niedobry chop to był i mówie ci Celia, dobrze zrobiłaś, żeś go wreszcie w trombe puściła. Łajdak jedyn, łachudra i pokraka, myśloł, że gupiom kobite w domu mo, ale ty nie gupio boś w końcu na oczy przejrzała i z Cuksą do Memphis pojechałaś. Dobrze, żeś ty na tom Cukse w życiu trafiła, niby co by to było dalej z twojem życiem żebyś ty od niego nie odjachała. I tak smutne to życie miałaś... A tak to i przyjaźni i kochaniożeś posmakowała. Mie to sie najbardziej Sofia podobała – nie dała się chopu po pysku prać, a tako silno i krzepko była rze sama mu jego pysk obiła. Myśle rze jo to tysz chiba tako jak Sofia bym była i do bitki, i do wypitki i żadnemu menszczyźnie nie dałam bym sobie gemby obijać. Ale jo wjym, wjym – letko tak sobie godać, jak się chopa dobrego mo a nie takiego skurczysyna jak ten twój Albert -----. I jeszczy lekciej się godo, jak to bicie i poniewjyranie, gwałcenie i cierpjynie nos nie dotyko.
Alealealeale... ja nie po to piszem, żeby wspominki robić - ja u ciebie spodnie chciałam zamówić bo te coś mojemu chopowi na zeszłorocznom Wielkanoc poszyła już mu się na dupie przetarły – tak lubioł w nich chodzić rze nic innego i o niczym innym słyszeć nie chcioł ino stale i wciąż je ubiroł, no to się wzieny i przetarły. Dwie pary mu uszyj, bo on tera do Nimiec pojechoł do roboty, to mu się tam przydadzom. Jak pojadem na Gwiazdke to mu zabierem. A jak kiedyś do Ameryki polece, to cie z miłom chenciom odwiedze, abo ty mie odwieć, jakbyś w Polsce przypadkiem była, bo cie strasznie polubiłam.

Twoja przyjaciółka na zawsze
Kate

środa, 5 sierpnia 2009

Stern ohne Himmel - Leonie Ossowski


A u mnie znów II wojna światowa, i znów Leonie Ossowski. Pewnie ktoś znudzony tematyką i autorką powie, że "ta baba mogłaby już z tym skończyć" - ale, Kochani, po tej "niezabogatej" "Białej Masajce" musiałam sięgnąć po coś, czego w zasadzie mogłam być pewna. Poczciwa, stara Ossowski jest zawsze tak samo dobra, jak nie przymierzając Mercedes - do jakiegokolwiek typu tego auta by się nie wsiadło, zawsze jest to Mercedes - ta marka mówi sama za siebie. Tak samo jest z literaturą Leonie Ossowski - jakiej by książki nie wziąć do ręki, zawsze jest to kawał dobrej literatury. Co ciekawe - z książki na książkę, mam wrażenie, lepszej niż poprzednio czytane. O mojej ukochanej autorce pisałam przy okazji wcześniejszych recenzji - jej osobę i twórczość przedstawiłam już tu (dla ewentualnych zainteresowanych), a następnie opisałam kolejne jej książki tu , tu i tu. A dzisiaj "Stern ohne Himmel", powieść w zasadzie dla młodzieży, ale tak na dobrą sprawę, to nieważne, ile ma się lat - jeśli coś jest dobre, to trzeba po to sięgnąć. Nie możemy przestać czytać o II wojnie światowej, ani inni nie mogą przestać o niej pisać - ten rodzaj literatury to wspaniały środek na pamiętanie, nawet jeśli się nie przeżyło tego okrutnego czasu samemu.
O samej książce opowiem bardzo krótko: Akcja powieści rozgrywa się w ostatnich dniach wojny, kiedy to banda dzieciaków, bawiąc się w ruinach zbombardowanego domu, dokonuje niesamowietgo odkrycia, a mianowicie odnajdują ukryty tam magazyn żywności. Grupka przyjaciół cieszy się niesamowicie ze swego znaleziska, ale już wkrótce okazuje się, że jest jeszcze ktoś, kto poznał ich tajemnicę. Tym kimś jest Abiran, 15-letni żydowski uciekinier z obozu koncentracyjnego. Czy potraficie sobie wyobrazić rozterki targające tymi niemieckimi dzieciakami? Muszą zdecydować, czy pomogą mu się ukrywać, czy może wydadzą go niemieckim władzom. Muszę przyznać, że Leonie Ossowski jest mistrzynią opisów wojennej rzeczywistości. U niej nic nie jest albo czarne, albo białe - ona nie osądza, a pozwala czytelnikowi uzmysłowić sobie własne poglądy na nazistowskie Niemcy, nazistowskie społeczeństwo i nazistowskie zbrodnie. Co mi się szczególnie podobało, to to, że powieść jest napisana bardzo realistycznie, ale też bez zbytniego epatowania okrucieństwami wojny, bez niepotrzebnego zadęcia autorki, że "oto ja, która ten czas przeżyłam, jako jedyna mam monopol na opowiadanie o owym czasie". Nic z tych rzeczy. U Ossowski typowe jest to, że wiele kwestii poznaje się z różnych punktów widzenia, właściwych zarówno dla kogoś, kto jest Żydem, jak i jego nazistowskiego prześladowcy. Ta lektura to doskonała okazja do zastanowienia się nad minionym czasem, tym bardziej, tym bardziej, że już niebawem będziemy obchodzić okrągłą 70-tą rocznicę wybuchu II wojny światowej.

Wydanie kieszonkowe: 174 strony
Wydawnictwo: Heyne Verlag (1. marca 1989)
Język powieści: niemiecki
ISBN-10: 3453029283
ISBN-13: 978-3453029286
Rozmiar: 18,8 x 12,1 x 2 cm

niedziela, 2 sierpnia 2009

Biała Masajka - Corinne Hofmann

"Biała Masajka" to książka, którą przeczytałam na okoliczność mojego uczestnictwa w "Kolorowym czytaniu" ze względu na kolor biały w tytule. Książka została napisana przez młodą Szwajcarkę, Corinne Hofmann, która w tym swoistym pamiętniku zapisała swoje życie na przełomie kilku lat spędzonych w afrykańskim buszu, u boku Lketingi, masajskiego wojownika.

Nie potrafię jeszcze zebrać moich wszystkich myśli i odczuć po lekturze tej książki. Sięgnęłam po nią po bardzo entuzjastycznej rekomendacji mojej przyjaciółki. Zachwycona "Białą Masajką" sama mi ją przywiozła ze słowami: "Czytaj, czytaj - ja zabieram Klarkę na spacer, a ty czytaj. Jak znam życie, to jeśli zaraz nie zaczniesz jej czytać, to będzie leżeć na półce, aż nie poproszę o jej zwrot. Czytaj, kochana, o nic się nie martw". Co miałam zrobić, zaczęłam czytać - przyjaciółka nie zostawiła mi żadnego wyboru...

Nie wiem, co jest dziś silniejsze - moje poirytowanie postępowaniem autorki, jej naiwnością, krótkowzrocznością, czy może jednak jest to w pewnym sensie podziw - jakby nie było, dla miłości rzuca wszystko - całe swoje dotychczasowe życie, rodzinę i przyjaciół, pracę, dobrze prosperujący butik - i poślubia dumnego Masaja, mając nadzieję na wspaniałe życie u jego boku, wielką życiową przygodę w Afryce, poznanie nowych ludzi. Oboje znają kilka słów po angielsku, a mimo to udaje im porozumieć. Tylko, że ja mam nieodparte wrażenie, że cała ta miłość i ślub są jakieś takie naciągane. Masaj w ogóle nie mówi o uczuciu, bardziej zajęty jest swymi kolegami i kolorowymi koralikami na szyi niż naszą bohaterką i autorką w jednej osobie. Jest raczej zdumiony jej kolejnymi przyjazdami do Kenii i okazywanym mu zainteresowaniem z jej strony.

Po długim namyśle dochodzę jednak do wniosku, że książka bardziej mnie denerwowała niż mi się podobała. W wielu momentach myślałam o bohaterce nawet "jaka ona głupia", ale jest coś takiego w tym, co Hofmann opisuje, co nie pozwala się oderwać od czytanego tekstu i każe czytać dalej. Ciekawość innego świata? Ciekawość, jak zareaguje czy jak sobie poradzi z jakimś problemem? Nie wiem, to wszystko jeszcze jest za świeże. Faktem jest, że może podobać się czytelnikowi upór Corinne, jej determinacja, z jaką dosłownie walczy o załatwienie paszportów i wiz dla męża i córki; fantazja, która pozwala jej kupować kolejne zdezelowane auta i jeździć nimi po afrykańskich bezdrożach; odwaga i siła, z jakimi prowadzi sklep w małej afrykańskiej wiosce; zdecydowanie, które pomaga jej działać, gdy inna kobieta ma kłopoty podczas porodu - to tylko kilka przykładów przemawiających na korzyść autorki. W większości jednak, uczuciem, które mi towarzyszyło podczas lektury była zwyczjna irytacja, że autorka nawet nie zrobiła sobie szczepień wyjeżdżając do Kenii, że miłość do Lketingi tak ją zaślepiła, że nie widziała tego, jak wiele różnic kulturowych ich dzieli, jak bardzo przedmiotowo on ją traktuje, złościło mnie, że ona nie widzi jego - nie wiem - lenistwa czy nieróbstwa - był przecież wojownikiem, a dumni masajscy wojownicy nie kalają się pracą. Jej zaślepienie jest ogromne. Tylko, że mnie spokoju nie dawała myśl, co ona sobie po tym związku obiecywała, czego oczekiwała? Jasne jest przecież to, że Masaj wychowany w tradycji plemiennej nie bierze sobie żony, żeby po ślubie iść do pracy i pracować na utrzymanie nowej rodziny - sytuacja jest zupełnie odwrotna - to żona musi się wszytskim zająć, wyżywieniem i utrzymaniem rodziny. Zderzenie tych dwóch kultur jest tak ogromne, że nie sposób o tym nie myśleć jeszcze jakiś czas po przeczytaniu "Białej masajki" - a wierzcie mi, naprawdę jest nad czym myśleć i zastanawiać się. Czy ktoś z Was byłby gotów poświęcić wszystko dla takiej miłości? Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co byście powiedzieli, gdyby córka przyszła i powiedziała: "Mamo, tato - wychodzę za Masaja i wyjeżdzam do Afryki, będziemy się widywać raz w roku, albo i rzadziej" - czy ktoś z Was zastanawiał się nad tym? No, oczywiście - sprawa jest jasna - nie ma co łamać sobie głowy na zapas - jak córka tak kiedyś powie, to będziemy myśleć (choć i tak z pewnością niewiele zdziałamy - na miłość nie ma przecież lekarstwa). Ale ja Wam jedno powiem po lekturze "Białej masajki" - ja mam trzy córki, i pewna myśl nie daje mi spokoju...

Autor: Corinne Hofmann
Język wydania: polski
Oprawa: Miękka
Wydawca: Platon

Liczba stron: 304

sobota, 1 sierpnia 2009

Los utracony - Imre Kertész

Literacka Nagroda Nobla 2002 "za pisarstwo, które wynosi doświadczenia jednostki ponad przeciwieństwa brutalnej historii".


Imre Kertesz urodził się 9 listopada 1929 roku w Budapeszcie w ubogiej rodzinie żydowskiej. W roku 1944, jako 15-latek został wywieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, a następnie przeniesiony do Buchenwaldu. Bolesne doświadczenia spowodowane pobytem w obozach wywarły głęboki wpływ na jego późniejszą twórczość. Po powrocie na Węgry, w 1948 roku, zaczął pracować w gazecie "Vilagossag", ale w 1951 został zwolniony, gdy gazeta przyjęła linię partii komunistycznej. Po odbyciu 2-letniej służby wojskowej Kertesz pracował jako niezależny pisarz i tłumacz autorów niemieckich, takich jak Nietzsche, Schnitzler, Freud, Roth, Wittgenstein, Hofmannstahl i Canetti. Jest laureatem wielu węgierskich i zagranicznych nagród literackich, m.in. Brandenburger Literaturpries (1995), Liepziger Buchpreis (1997) oraz WELT-Literaturpreis (2000).


O II wojnie światowej i jej okropieństwach napisano już z pewnością miliony stron i z pewnością drugie tyle zostanie jeszcze napisane w przyszłości - tak wielu ludzi opowiedziało czytelnikom na całym świecie o swoich strasznych przeżyciach i doświadczeniach oraz o ich wpływie na dalsze ich życie, że w zasadzie można by już stwierdzić, że jeśli o II wojnę chodzi, to już niewiele jest nas w stanie zadziwić, przerazić albo zszokować. W zasadzie to można by też sobie powiedzieć: "O II wojnie światowej przeczytałam już tyle książek, że nie muszę czytać żadnej innej". Ja właśnie tak myślałam - do momentu, aż nie sięgnęłam po "Los utracony" Kertesza. Okazuje się, że temat II wojny to przysłowiowa studnia bez dna i ilu autorów, tyle wizji i poglądów, ilu autorów - tyle jej naróżniejszych obliczy. Niezmienne jest tylko to, że kto tę wojnę przeżył, nigdy tak do końca nie otrząsnął się z tragicznych wspomnień tamtego okresu.


"Los utracony" po raz pierwszy opublikowano w 1975 r., ale - mimo, że to najgłośniejsza powieść Kertesza - nie od razu zyskała popularność. Kertesz oparł fabułę tej powieści na swoich tragicznych doświadczeniach wyniesionych z pobytów w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Wprawdzie nosi ona znamiona autobiografii, nie można jej jednak sklasyfikować jako powieść autobiograficzną.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest 14-letni chłopiec, Żyd z Budapesztu, który pewnego dnia w drodze do pracy zostaje aresztowany w "łapance" i trafia do obozu w Oświęcimiu, a następnie do obozu w Buchenwaldzie. Czytając ten zadziwiający "reportaż" z tamtych wydarzeń można ulec złudzeniu, że ten chłopak nie opowiada o obozie koncentracyjnym, o esesmanach i gestapowcach, ale o normalnym życiu normalnego nastolatka - bohater Kertesza jest do bólu naiwny i dziecinny i wszystko odbiera jako wspaniałą przygodę, a mnie... irytuje i mam ochotę wykrzyczeć mu w tym momencie kilka słów prawdy o faszystach. Obozowe życie jawi mu się jako to "prawdziwie szczęśliwe", on sam przystosowuje się do warunków nowego życia z zadziwiającą łatwością, ba! - nie rozumie współwięźniów, którzy nie godzą się z tym, co ich spotkało i podejmują próby walki. Cieszy się, gdy po przybyciu do Oświęcimia widzi boisko do piłki nożnej - myśli, że razem z chłopakami pograją sobie po pracy. Cieszy się też, że będzie pracować - nie będzie się musiał nudzić.
Przyznaję, że z takim przedstawieniem życia i relacji w obozie koncentracyjnym spotkałam się po raz pierwszy. Pamiętam lekturę innych książek - np. "Otwierają się bramy obozów" czy "Pożegnanie z Marią" - których przekaz jest o wiele bardziej drastyczny, brutalny i dosadny. U Kertesza czytelnik spokojnie, bez większych emocji (poza irytacją np. w moim przypadku) jedzie bydlęcym wagonem w nieznane, przystosowuje się do obozowych warunków, nikogo nie obwinia ani nie ocenia, ba! - tłumaczy i usprawiedliwia postępowanie strażników.

"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś
nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."


Imre Kertesz "Los utracony"
wydawca: Wydawnictwo W.A.B.

tytuł oryginału: Sorstalansag
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 2002
nr wydania: IISBN: 83-88221-68-X
liczba stron: 270
kategoria: literatura faktu
tłumacz: Krystyna Pisarska
projekt okładki: Zuzanna Lewandowska
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
okładka: miękka

piątek, 31 lipca 2009

Herrn Rudolfs Vermächtnis - Leonie Ossowski


Ostatnia wola pana Rudolfa

Jak ta Leonie Ossowski to robi, że po wzięciu jej powieści do ręki nie można się od jej stronic oderwać? „Herrn Rudolfs Vermächtnis” jest kolejną świetną książką autorstwa tej niemieckiej pisarki, która jest nie tylko bardzo uważną obserwatorką, ale przede wszystkim znawczynią ludzi i ich psychiki, a przy tym mistrzynią pióra – usidliła mnie swymi opowieściami i swoim stylem. Kocham Leonie Ossowski i to jak ona pisze – nic na to nie poradzę, czy Wam się to podoba, czy nie.

Jest wojna. Zima. Rok 1944. I jest też sześć sierotek, które po śmierci matki uciekają z terenów Prus Wschodnich i marzą o tym, aby przedostać się do Niemiec. Czwórka z nich to rodzeństwo: Lotte, Ute, Kurt i Stefan, dwie pozostałe sierotki to ich kuzynowie Thomas i Karl. Ossowski przedstawia w swojej powieści nie tylko tych sześciu bohaterów (w zasadzie każdy z rozdziałów jest poświęcony jednemu z nich), ich wspólną drogę i zmagania, ale również walkę – często jest to walka pomiędzy nimi samymi, przeciwko sobie, np. o kromkę chleba, o kąt do spania czy po prostu – o przeżycie. Różnie się ich losy układają, wspólne drogi rozchodzą się w cztery świata strony. Po bardzo wielu latach wydarza się jednak coś, co wywraca ich życie do góry nogami. Rudolf, adopcyjny ojciec jednego z naszych bohaterów umiera i jego ostatnim życzeniem jest, aby jego syn zaprosił swoich kuzynów na pogrzeb – marzy mu się pojednanie po latach, wybaczenie wzajemnych win i krzywd. Ale co zrobić, gdy w oczach tych ludzi znów pojawia się strach, zagubienie i wzajemna nienawiść? Leonie Ossowski zabiera nas w podróż do czasów wojennego dzieciństwa, naznaczonego nieodwracalnymi przeżyciami, opowiada nam o tamtych zdarzeniach z perspektywy dorosłych już dziś mężczyzn i kobiet – tylko czy wymazanie tamtego okresu i całego jego okrucieństwa po 50 latach jest w jakiś sposób możliwe? Czy bohaterowie wybaczą sobie nawzajem i zapanuje pokój? Autorka stawia wiele pytań, komentuje okropności wojny nie poddając ich jednocześnie surowej ocenie i nie ubarwiając niczego niepotrzebnie.

„Herrn Rudolfs Vermächtnis” jest dla mnie kolejnym dowodem wielkiego mistrzostwa Leonie Ossowski. To moja czwarta – jak dotąd – książka tej autorki i na pewno nie ostatnia. Trochę smutna, ale i czasy które opisuje do wesołych nie należały...


Wydawnictwo: Ullstein Tb (Grudzień 2007)
Język powieści: niemiecki
ISBN-10: 3548267688
ISBN-13: 978-3548267685
Rozmiar: 18,8 x 12 x 2,2 cm

czwartek, 30 lipca 2009

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz - Lisa See

Chiny to w tej chwili kraj nr 1 na mojej liście marzeń - chciałabym tam kiedyś pojechać, a ochoty na tę wyprawę nabrałam dzięki lekturze "Kwiatu Śniegu i sekretnego wachlarza" Lisy See. Do tej pory nie czytałam jeszcze żadnej powieści z tego rejonu świata, choć muszę przyznać, że książka ta przeleżała na mojej półce już jakiś czas - obawiałam się, że bedzie to coś w rodzaju Memoirs of a Geisha (filmu, który jakiś czas temu obejrzałam).
Na szczęście okazało się, że niewiele mają ze sobą wspólnego poza złym traktowaniem kobiet...

"Kwiat Śniegu i sekrteny wachlarz" to historia przyjaźni dwóch chińskich laotong - dziewczynek, a poźniej kobiet, które pochodziły z rodzin o bardzo zróżnicowanym statusie społecznym; to historia przyjaźni na całe życie, o wzajemnej lojalności i miłości w tym jakże innym od naszego świecie. Autorce udało się w sposób bardzo naturalny i realistyczny oddać wartości zhierarchizowanego społeczeństwa XIX-wiecznych Chin - przywiązanie do tradycji i obrządków, które były ponad wszystko i wszystkimi - np. jak nakazywał obyczaj, matki krępowały swoim 6-letnim córkom stopy ciasnymi bandażami, aby w efekcie kości ich stóp połamały się, a po 2 latach krępowania ich palce spotkały się z piętą, tworząc tak upragnione przez mężczyzn lilie o dłgości 7 cm, na których kobietom trudno było się poruszać i w rzeczywistości spędzały całe swoje życie na piętrach swoich domów, w izbach dla kobiet. Zajmowały się tam szyciem, haftowaniem i tkaniem, a dla umilenia sobie czasu śpiewały sobie lub opowiadały różne historie.
Przyznaję szczerze, że opisy krępowania stóp tych małych dziewczynek, ich cierpienie i ból były dla mnie największym barbarzyństwem, o jakim ostatnio czytałam, i to mnie poruszyło do tego stopnia, że płakałam nad książką jak przysłowiowy bóbr.

Dzięki książce udało mi się poznać życie w dawnych Chinach, dowiedziałam się o wpływie konfucjanizmu na życie Chińczyków, o obyczajach i tradycjach nieznanych nam, wychowanym we współczesnej kulturze Zachodu, o hierarchii nie tylko w chińskim społeczeństwie, ale przede wszystkim w chińskiej rodzinie - pozycję w rodzinie określa kolejność narodzin oraz płeć dziecka, którego w zasadzie do 5 roku życia nie traktuje się poważnie ze względu na wielką umieralność. Natomiast na pozycję społeczną największy wpływ ma pochodzenie oraz zamożność rodziny i piastowane przez jej członków urzędy.

Oprócz wspomnianego już wcześniej krępowania stóp Lisa See przedstawia czytelnikom aranżowanie małżeństw, zawieranie związków przyjaźni laotong albo zaprzysiężonych sióstr. I mimo, że akcja opisanych wydarzeń ma charakter bardzo statyczny, to muszę przyznać, że książka wciąga w swój nurt od pierwszej strony i trzyma czytelnika w napięciu aż do ostatniej. Ja nie mogłam się od niej oderwać, tak ekscytująca była dla mnie ta czytelnicza podróż w nieznane mi dotąd rewiry naszpikowane obco i trochę niewiarygodnie brzmiącymi nazwami - laotong, nu shu, Dni upinania włosów, Święto chwytania chłodnych podmuchów.

Trudno mi oceniać, na ile obraz Chin przedstawiony przez Lisę See jest rzetelny - nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, nie mam też możliwości porównania z innymi źródłami -informacje pozostałe mi ze szkolnych lekcji historii czy geografii, jak również z gazet czy telewizji, na temat życia w Chinach określiłabym jako bardzo "śladowe". Ale dla mnie, jako laika, "Kwiat Śnegu i sekretny wachlarz" to bardzo interesująca chińska lekcja historyczno - obyczajowa:-))


Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz (okładka miękka)
Autor: Lisa See
Wydawnictwo:
Świat Książki , Wrzesień 2005
ISBN:83-247-0147-8
Liczba stron:352
Wymiary:125 x 200 mm

środa, 29 lipca 2009

Projekt NOBLIŚCI

Ruszyło nowe wyzwanie czytelnicze "NOBLIŚCI" - zorganizowane przez Annę. To świetny pomysł, bo za mną tak samo, jak za nią, chodziło przekonanie, że noblistów czytać należy - a że braki w tej dziedzinie w moim przypadku są pokaźne, postanowiłam je przy okazji nowego wyzwania nadrobić. Wyzwanie nie jest ograniczone żadnym terminem - można czytać i czytać, i jeszcze raz czytać - bez końca...

Na zielono zaznaczyłam sobie autorów, których przeczytałam - nie jest ich wielu - ale od czego to wyzwanie? Nadrabiać zaległości czas zacząć:-)))

W trakcie trwania wyzwania, jak tylko przeczytam jakiegoś autora, zaznaczę go na różowo
1901 Sully Prudhomme, Francja
1902, Theodor Mommsen, Niemcy
1903 Bjornstherne Bjornson, Norwegia
1904 Frédéric Mistral, Francja José Echegaray, Hiszpania
1905 Henryk Sienkiewicz, Polska("Krzyżacy", "W pustyni i w puszczy", "Quo vadis", "Pan Wołodyjowski", "Potop", "Ogniem i mieczem", "Rodzina Połanieckich", "Latarnik", "Szkice węglem", inne nowele )
1906 Giosuè Carducci, Włochy
1907 Rudyard Kipling, Wlk. Brytania
1908 Rudolf Eucken, Niemcy
1909 Selma Lagerlöf, Szwecja ("Cudowna podróż")
1910 Paul Heyse, Niemcy
1911 Maurice Maeterlinck, Belgia
1912 Gerhart Hauptmann, Niemcy ("Die Weber")
1913 Rabindranath Tagore, Indie
1914 ------
1915 Romain Rolland, Francja
1916 Verber von Heidenstam, Szwecja
1917 Karl Gjellerup, Dania,
Henrik Pontoppidan, Dania
1918 ------
1919 Carl Spitteler, Szwajcaria
1920 Knut Hamsun, Norwegia
1921 Anatole France, Francja

1922 Jacinto Benavente, Hiszpania
1923 William Butler Yeats, Irlandia
1924 Władysław Reymont, Polska("Chłopi")
1925 George Bernard Shaw, Irlandia
1926 Grazia Deledda, Włochy
1927 Henri Bergson, Francja
1928 Sigrid Undset, Norwegia("Krystyna córka Lavransa")

1929 Thomas Mann, Niemcy ("Der Tod in Wenedig")
1930 Sinclair Lewis, USA

1931 Erik Axel Karlfeldt, Szwecja
1932 John Galsworthy, Wlk. Brytania
1933 Iwan Bunin, ZSRR
1934 Luigi Pirandello, Włochy
1935 -----
1936 Eugene O'Neill, USA
1937 Roger Marin du Gard, Francja
1938 Pearl S. Buck, USA
1939 Frans Eemil Sillanpää, Finlandia
1940 -----
1941 -----
1942 -----
1943 -----
1944 Johannes Vilhem Jensen, Dania
1945 Gabriela Mistral, Chile
1946 Hermann Hesse, Szwajcaria
1947 André Gide, Francja
1948 Thomas Stearns Eliot, Wlk. Brytania
1949 William Faulkner, USA
1950 Bertrand Russel, Wlk. Brytania
1951 Pär Lagerkvist, Szwecja
1952 Francois Mauriac, Francja
1953 Winston Churchill, Wlk. Brytania
1954 Ernest Hemingway, USA("Stary człowiek i morze", "Komu bije dzwon")
1955 Halldór Laxness, Islandia
1956 Juan Ramón Jiménez, Hiszpania
1957 Albert Camus, Francja ("Dżuma")
1958 Boris Pasternak, Rosja
1959 Salvatore Quasimodo, Włochy
1960 Saint-John Perse, Francja
1961 Ivo Andrić, Jugosławia
1962 John Steinbeck, USA
1963 Giorgos Seferis, Grecja
1964 Jean-Paul Sartre, Francja
1965 Michaił Szołochow, ZSRR
1966 Samuel Josef Agnon, Izrael, Nelly Sachs, Szwecja
1967 Miguel Ángel Asturias, Gwatemala
1968 Yasunari Kawabata, Japonia
1969 Samuel Beckett, Irlandia
1970 Aleksander Sołżenicyn, ZSRR
1971 Pablo Neruda, Chile
1972 Heinrich Böll, Niemcy ("Ansichten eines Clowns")
1973 Patrick White, Australia
1974 Eyvin Johnson, Szwecja, Harry Martinson, Szwecja
1975 Eugenio Montale, Włochy
1976 Saul Bellow, USA
1977 Vicente Aleixandre, Hiszpania
1978 Isaak Bashevis Singer Polska/USA
1979 Odysseas Elytis, Grecja
1980 Czesław Miłosz, Polska( poezje)
1981 Elias Canetti, Wlk. Brytania
1982 Gabriel Garcá Márquez, Kolumbia
1983 William Golding, Wlk. Brytania

1984 Jaroslav Seifert, Czechosłowacja
1985 Claude Simon, Francja
1986 Wole Soyinka, Nigeria
1987 Joseph Brodsky, USA
1988 Nagib Mahfuz, Egipt
1989 Camilo José Cela, Hiszpania
1990 Octavio Paz, Meksyk
1991 Nadine Gordimer, RPA
1992 Derek Walcott, St. Lucia
1993 Toni Morrison, USA
1994 Kenzaburo Oe, Japonia
1995 Seamus Heaney, Irlandia
1996 Wisława Szymborska, Polska(wiersze)
1997 Dario Fo, Włochy
1998 José Saramago, Portugalia
1999 Günter Grass, Niemcy ("Blechtrommel", "Das Treffen in Telgte")
2000 Gao Xingjian, Francja
2001 V.S. Naipaul, Trynidad i Tobago
2002 Imre Kertész, Węgry (Los utracony - 1.08.2009)
2003 J.M. Coetzee, RPA
2004 Elfriede Jelinek, Austria
2005 Harold Pinter, Wlk. Brytania
2006 Orhan Pamuk, Turcja
2007 Doris Lessing, Wlk. Brytania ("Lato przed zmierzchem")
2008 Jean-Marie G. le Clézio, Francja
2009 Herta Müller, Niemcy

czwartek, 16 lipca 2009

Ali i Nino - Kurban Said

Moje czytanie peryferyjne zaczynam od Gruzji - zupełnie przypadkiem, bo listy lektur do dziś nie stworzyłam, a w bibliotece niewielki był wybór. Padło na "Ali i Nino" autorstwa Kurbana Saida, ponieważ jeszcze nigdy w życiu niczego z Gruzji i o Gruzji nie czytałam. Książeczkę (zaledwie 239 stron) wydano po raz pierwszy w 1937 r. w Wiedniu i tak naprawdę do 1999 r. nie było wiadomo, kim właściwie był Kurban Said. Niektóre z tez głosiły, że był Tatarem. Zagadkę pochodzenia tajemniczego autora rozwiązał w 1999 amrykański dziennikarz, Tom Reiss - w wyniku przeprowadzonych przez niego badań okazało się, że "Kurban Said" to literacki pseudonim Lwa Nissenbauma, urodzonego w 1905 w Baku jako syn niemieckiego Żyda, prowadzącego swoje interesy na terenach zakaukaskich. Hipotez na temat Nissenbauma, jego pochodzenia i burzliwych losów jego życia było bardzo wiele - do dziś w zasadzie nie wiadomo niczego pewnego - większość faktów poprzedzanch jest słowami "rzekomo" i "prawdopodobnie".

O samej Gruzji wiedziałam do tej pory bardzo niewiele - była republika radziecka, która wiosną 1991 roku opowiedziała się za swoją niepodległością i suwerennością, a z wiadomości z ostatnich dni dowiedziałam się, że Gruzję właśnie opuścili ostatni obserwatorzy ONZ, gdyż z powodu rosyjskiego weta nie udało się Radzie Bezpieczeństwa przedłużyć swojej misji w tym rejonie. No cóż, moja ignorancja dotycząca wiedzy o tym państwie jest - powiedzmy - znaczna, ale trochę w tej dzidzinie udało mi się nadrobić - dzięki mojej ostatnio przeczytanej wakacyjnej lekturze.


"Ali i Nino" to historia miłości azerskiego muzułmańskiego Romea (Ali Chan Szirwanszir) i gruzińskiej chrześcijańskiej Julii (Nino Kipiani), napisana w taki sposób, że podczas czytania trudno oderwać się od stron powieści. Można się przy niej nie tylko śmiać, ale również płakać ze wzruszenia albo smutku - to książka, która nikogo nie pozostawi obojętnym na to, co opisuje - wielkie uczucie dwojga młodych ludzi z wielką historią w tle (wybuch I wojny światowej, Rewolucja Październikowa, powstanie i upadek pierwszego niepodległego Azerbejdżanu). "Ali i Nino" była dla mnie wspaniałym doświadczeniem, doskonale oddającym charakter i klimat tamtego rejonu świata - wspaniałe opisy sprawiają, że chciałoby się tam pojechać i zwiedzić te nieznane nam do tej pory tereny - przejść się starymi, urokliwymi uliczkami przepięknych miast (Baku, Tyflis czy Szuszy) czy poczuć pod stopami parzący złoty piasek pustyni. Co mnie bardzo pozytywnie uderzyło w powieści, to serdeczność ludzi i ich wzajemna otwartość - wspólne biesiadowanie, świętowanie przy ogniskach i wtórze charakterystycznej, wschodniej muzyki. Bardzo interesujące dla nas, wychowanych w kulturze europejskiego Zachodu, są rodzinne zwyczaje, przywiązanie do tradycji i rodziny oraz religii przyprawione - jak dla mnie - nutką fanatyzmu. I co w dzisiejszych czasach rzadko spotykane - umiłowanie tych ludzi do poezji (w książce autor opisuje nie tylko uczty z udziałem poetów, ale również wioski zamieszkane tylko przez tych artstów oraz ich wielkie pojedynki, obserwowane przez tłumy publiczności).


Dla mnie była to wielka czytelnicza uczta - udział w takich wprost uwielbiam... 6/6
Autor: Kurban Said
Wydawnictwo:
Świat Książki
Liczba stron: 240
Format: 13x20,5 cm, oprawa twarda
ISBN: 83-7391-126-X
Rok wydania: 2004

środa, 15 lipca 2009

A po burzy zawsze słońce...

Nad naszym miasteczkiem przeszła dziś straszna nawałnica, nagle zrobiło się ciemno jak w nocy, a z nieba oprócz zwyczajowego deszczu spadł grad. Z okna mojego biura nie było nic widać. Rzecz działa się o 14.50, a gdy 10 minut później jechałam do domu, u nas zaświeciło przecudne słońce, "pompa" natomiast przeniosła się w tym czasie nad centrum.




Prawda, że pięknie kontrastuje ten biały budynek z granatowym odcieniem nieba? Ale szczerze przyznaję, że przez moment powiało grozą...

wtorek, 14 lipca 2009

Marcowe fiołki - Philip Kerr

Zbrodnia z nazistowskim Berlinem w tle

Tytuł spodobał mi się już w momencie, gdy ujrzałam tę powieść w zapowiedziach wydawniczych na ten rok, ale przyznam szczerze, że sama już nie wiem dokładnie, co wtedy z nim, z tymi marcowymi fiołkami skojarzyłam, ale chyba podziałał na mnie tak jakoś wiosennie – w kalendarzu był wtedy styczeń, a za oknem zimno i buro. Okazuje się, że „Marcowe fiołki” Philipa Kerra z wiosną mają niewiele wspólnego, babskim czytadłem również nie są na pewno. Jak więc je określić? Ja pokusiłabym się o takie stwierdzenie: Świetny kryminał wpisany w wielką historię nazistowskich Niemiec 1933 roku. Mianem „marcowych fiołków” określano w owym czasie karierowiczów z NSDAP, którzy po wygranych marcowych wyborach przez partię Hitlera masowo wstępowali w jej szeregi (w pewnym momencie kandydatów było tak wielu, że nawet wstrzymano przyjęcia nowych członków) – posiadanie partyjnej legitymacji było dla nich nadrzędnym celem, a prywata, korupcja i czarny rynek kwitły jak nie przymierzając dzisiaj swobody obywatelskie narodu amerykańskiego. Kerr w doskonały sposób oddaje realizm tamtych czasów, trzymając się historycznych faktów i oszczędzając nam swojego fantazjowania. Bardzo przyjemnie czyta się opisy przedwojennego Berlina i przygotowań do olimpiady.


Główny bohater, prywatny detektyw Bernhard Gunther, chodzi w kapeluszu i długim płaszczu, jeździ czarnym Hanomagiem, o proszszsz.... takim właśnie - tak przypuszczam (już za samo posiadanie TAKIEGO samochodu będę Berniego uwielbiać po wsze czasy. Wprawdzie modeli Hanomaga z tamtego okresu znalazłam kilka, ten jednak podoba mi się najbardziej:-)

Bernie Gunther w rozwiązywaniu prowadzonych spraw i śledztw wykorzystuje swoje i innych koneksje. Kiedyś pracował jako oficer policji kryminalnej na Aleksie, obecnie jest prywatnym detektywem. Jego chleb powszedni to przede wszystkim poszukiwanie zaginionych osób, głównie Żydów, którzy znikali wówczas często bez śladu, a zdeterminowane rodziny pragnęły uzyskać o nich jakiekolwiek informacje. Tak więc nasz detektyw na brak zleceń nie narzeka, aż tu pewnego dnia, a w zasadzie pewnej nocy, kiedy Bernie tak niecałkiem jest trzeźwy, otrzymuje pewne bardzo intratne, ale nie do końca bezpieczne zlecenie...

Książka napisana jest – powiedziałabym – mocnym, męskim językiem (są i przekleństwa, i kobiety określane mianem „starych kurw” - mnie skojarzyły się w tym momencie powieści Marka Krajewskiego o podobnym klimacie, chociaż „Festung Breslau” nie podobała mi się w odróżnieniu od opisywanych tu „Marcowych fiołków". Co zwróciło moją szczególną uwagę w sposobie pisania Kerra, to używanie bardzo dużej ilości porównań, np.:
"Schemm znów westchnął, tym razem z niesmakiem, niczym stara dewotka, którą
doleciał zapach dżinu z ust pastora."

Patronat medialny nad serią objął serwis Zbrodnia w Bibliotece, a fragment "Marcowych fiołków" można przeczytać tu

"Marcowe fiołki" to pierwszy z serii czarnych kryminałów o Bernim Guntherze. Z całą pewnością sięgnę po następne części, bo to naprawdę czysta przyjemność. Polecam!!!

piątek, 10 lipca 2009

Psy z Rygi - Henning Mankell


Moja wakacyjna miłość do Wallandera kwitnie i ma się jak najlepiej. "Psy z Rygi" przeczytałam już jakiś czas temu, zaraz po "Mężczyźnie, który się uśmiechał", ale czasu na napisanie krótkiej chociażby notki brak mi notorycznie, dlatego dopiero dziś wzmianka. I od razu na początku muszę zaznaczyć, że jak tak dalej pójdzie, to przeczytam wszystkie książki Mankella i co wtedy? Chyba sobie w łeb strzelę z żalu, że wszystko przeczytałam, i dalej już tylko pustka.... Ale póki co, przeczytałam dopiero drugą jego książkę (więc jeszcze kilka przede mną – całe szczęście), a ta znów bardzo mi się spodobała, chociaż … mam małe „ale”

W „Psach z Rygi” Wallander znów pracuje nad rozwiązaniem kryminalnej zagadki, tym razem związanej z tajemniczym pontonem ratunkowym, który przybija do wybrzeży Szwecji. Zostają w nim odkryte zwłoki dwóch mężczyzn, jak się później okazuje są to obywatele Łotwy powiązani z tamtejszym światkiem przestępczym. W celu wyjaśnienia tej zagadki przyjeżdża do Ystad łotewski policjant, major Liepa. To co łączy obu panów, Wallandera i Liepę, to nie tylko wspólna praca, nawiązuje się między nimi coś, co wprawdzie trudno nazwać przyjaźnią, ale na pewno jest to zabarwione sporą dawką wzajemnej sympatii.
W książce dzieje się wiele, akcja toczy się wartko, Wallander wypija kolejne litry kawy, a nawet ląduje w szpitalu, bo jego organizm zmęczony długotrwałym stresem i niezdrowym trybem życia odmawia współpracy.
Gdy po powrocie na Łotwę Liepa zostaje zamordowany, Wallander jedzie na Łotwę, aby wesprzeć łotewską milicję w pracy nad wyjaśnieniem tego skomplikowanego morderstwa. W tym momencie pierwsze śledztwo z pontonem w tle schodzi na dalszy plan, a książkę zaczyna się czytać, jakby była kanwą do scenariusza amerykańskiego filmu akcji rodem z Hollywood zwłaszcza samo zakończenie w iście hollywoodzkim stylu. To moje pierwsze „ale”. Drugie: bardzo naciągany wydaje mi się „wątek miłosny” - Mankell o wiele lepiej opisuje Wallandera i jego pracę niż kiełkujące w nim uczucie – a może tak mi wygodniej? Może Wallander podoba mi się właśnie dlatego, że u jego boku nie ma kobiety, a w „Psach...” jedna się pojawia? Sama nie wiem, czemu tak bardzo raził mnie ten wątek w powieści. Z nieskrywaną przyjemnością czytałam, jak Mankell opisał całą tę szwedzką otoczkę, która sprawia, że czytelnik poznaje Szwecję od innej strony, Szwecję zupełnie inną od tej przedstawianej w turystycznych folderach. Bardzo realistyczne wydaje się przedstawienie przez Mankella łotewskich realiów społeczno - politycznych, biedy zwykłych ludzi, wyznawanych przez nich wartości i dążeń narodowowyzwoleńczych z jednej strony i bogactwo, polityczne machlojki i skorumpowanie wysokich urzędników z drugiej strony. Poza tym trochę za dużo tu polityki, a to sprawia, że z kryminału stają się „Psy z Rygi” w pewnym momencie thrillerem – ALE mimo to, a może właśnie dzięki temu, czyta się toto z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Zdecydowanie jest to pozycja godna polecenia na kolejne wakacyjne spotkanie z książką.

Zakończę bardzo banalnym stwierdzeniem - dla mnie Wallander i opowieści o nim to prawdziwa czytelnicza uczta. Już nie mogę się doczekać kolejnej książki

poniedziałek, 6 lipca 2009

Łańcuszek ... od Nety.y i Be.el

Do zabawy zaprosiły mnie Neta.a i Be.el . Juz dawno nie powiedziałam tyle o sobie samej - zawsze gadam tylko o ksiązkach....

Pytania Nety.y



1. Czy masz wokół siebie osoby, z którymi dzielisz swoją czytelniczą pasję? A może udało Ci się kogoś zarazić miłością do książek?

A i owszem - mam, a jakże - jest tych osób niewiele, ale najważniejsze są dwie: ...no niestety, to nie mój mąż (a bardzo chciałabym móc tak o nim powiedzieć - poza gazetami i instrukcjami do różnych urządzeń nie czyta niczego innego, ale po 17 wspólnych latach już się przyzwyczaiłam do tego i nie ubolewam z tego powodu; a trapiło mnie to kiedyś baaaaaaaaaaaaardzo) - no więc te osoby to moja siostra i moja Najstarsza - Nicole. Z Be.el zawsze byłyśmy molami książkowymi i tak nam zostało do dzisiaj - w zasadzie każde spotkanie, niewazne - chrzciny, urodziny czy zwykła herbatka i tak schodzą na tematy książkowe i wzajemne przeglądanie bibliotek, natomiast córę zaliczyłabym do tych "zarażonych" miłością do książek - kiedyś płakała nad czytaną lekturą, obecnie wypożycza z biblioteki po ponad 20 książek, każe wytaczać auto z garażu i się spod tej biblioteki odbierać, bo w rękach wypozyczonych woluminów unieść nie może. Czyta po 2-3 książki tygodniowo - powiem szczerze, że pod koniec maja dostawałam palpitacji serca, gdy widziałam ją czytającą, a nie uczącą się - na szczęście do wybranego liceum się dostała, ale co mnie to nerwów kosztowało........ (w chwili obecnej, tzn. od miesiąca jest u mojej drugiej siostry, w Anglii - przysyła mi listy książek do przesłania pocztą - co mam robić - wysyłam, oczywiście. Ostatnio nawet nad "Kolorowym czytaniem" się zastanawia:-))) Tylko do blogowania nie mogę jej namówić:-(



2. Czy są książki (a jeśli tak, to jakie), dla których jesteś w stanie zarwać noc i pójść do pracy/szkoły z "oczami na zapałkach"? Jaki tytuł/autor sprawił to ostatnio?


Oczywiście, że są takie - to te, o których mówię, że chwytają mnie za serce i dzieją się "we mnie". To te, z których bohaterami utożsamiam się i którzy przeżywają to, co sama również chciałabym przeżyć - wspaniałe przygody, ogromne życiowe pasje i wielką miłość, uczetsniczą w wydarzeniach ważnych i tych o mniejszym znaczeniu dla nich samych albo dla historii. To te, których skończenie świadomie odwlekam w czasie, bo zwyczajnie szkoda mi, że to już koniec. To również te, które pozostają we mnie na zawsze, albo na baaardzo długo. Ostatnio takich wrażeń dostarczyła mi trylogia Leonie Ossowski. Kiedyś natomiast, w czasach odległych studenckich - przed poniedziałkowym egzaminem z filozofii - spędziłam całą prawie niedzielę z moim ówczesnym chłopakiem, modląc się, żeby sobie jak najszybciej pojechał, bo miałam jeszcze parę rzeczy do nauczenia. Kiedy pojechał, wzrok mój padł (zupełnie przypadkiem) na dopiero co zaczęty 3-ci tom "Hrabiego Monte Christo" - w pon. o 5 z minutami skończyłam czytać, zrobiłam sobie kolejną kawę, wzięłam przysznic - i pojechałam na egzamin. To był jedyny taki rok w trakcie studiów, kiedy miałam średnią 5,0 - już nigdy więcej nie udało mi się powtórzyć takiego wyczynu:-)



3. W jakim stopniu opinie z blogów decydują o Twoich wyborach i zakupach książkowych? Jakie inne czynniki mają wpływ na to co czytasz?



Są ważne, owszem - ale już mi się zdarzyło przeczytać coś wychwalanego na blogach pod niebiosa i nagdrodzonego mnóstwem prestiżowych nagród przez krytyków i jurorów, a co mnie zwyczajnie nie spodobało się i odwrotnie - czytam u kogoś na blogu nieprzychylną recenzję i myślę sobie - "no nie, a mnie się tak podobało". No cóż, nasze opinie są i na zawsze pozostaną naszymi opiniami, niczym innym - ilu ludzi, tyle poglądów...



A do czynników mających największy wpływ, na to co czytam, zaliczyłabym w chwili obecnej: zasobność portfela (kocham wyprzedaże, przeceny i super okazje), ofertę biblioteki w pobliskim miasteczku oraz zasoby biblioteki mojej sis. No i oczywiście - rzecz najważniejsza - M Ó J najbardziej własny i tylko ode mnie zależny gust czytelniczy...






Pytania od be.el


1. Czy zdarzyło Ci się zaczynać lekturę od końca? Najpierw zakończenie, a potem całą książkę od początku?


Nie, nigdy (a przynajmniej nie pamiętam, żebym najpierw przeczytała zakończenie, a potem całą książkę od początku). Zdarzyło mi się jednak coś innego - w czasach odległych licealnych, kiedy moje stypendium wystarczało tylko na bilet miesięczny oraz na obowiązkowe opłacenie prenumeraty "Sawietskijej żjenszcziny" na język rosyjski (też obowiązkowy) nie starczało kasy na kupowanie książek. Wykorzystywałam więc lekcyjne "okienka" i gdy moje koleżanki leniwie popijały herbatkę w szkolnej stołówce, ja biegłam do księgarni na leszczyńskim Rynku, oddalonej od mojej szkoły o 500 m i ... czytałam książkę, której nie mogłam sobie kupić, ale bardzo chciałam ją przeczytać - z tego samego powodu wracałam do domu późniejszym autobusem:-)


2. Czy zdarzyło Ci się zaginać rogi w książce?

Nie pamiętam, abym dopuściła się takiej profanacji. Nie, zdecydowanie nie...



3. Mając do wyboru – kolejna para butów, czy kolejna książka – co byś wybrał/a?



No cóż - obie te rzeczy bardzo chętnie kupuję i powiem tak - dziś mając do wyboru książkę i buty dla dziecka, wybiorę buty; w przypadku męza nie mam takich wątpliwości - on po prostu potrzebuje tylko butów; przy wyborze książka czy buty dla mnie - wybieram ... oba warianty: buty muszą być dobre, więc i stosunkowo drogie, a wtedy kupiona w tym momencie książka może być np. z Dedalusa albo Allegro - za 5 zł.



Moje pytania, które chciałabym zadać w zabawie:

1. Jakie jest Twoje najbardziej zwariowane albo wesołe (śmieszne) wspomnienie związane z czytaniem książek?

2. Czy policzyłaś/eś kiedyś swoje książki? Wiesz, ile ich tak naprawdę masz? Których jest najwięcej?

3. Czy zdarza Ci się czytać w języku obcym? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę?

A do odpowiedzi na nie wyrywam znienacka Larysan i Ritulę :-)

środa, 1 lipca 2009

Czytanie peryferyjne

Jak szaleć, to szaleć .... zapisałam się do jeszcze jednego wyzwania czytelniczego "Literatura na peryferiach". Zainteresowanych zapraszam po szczegóły na stronę wyzwania - ja sama tylko troszeczkę się zastanawiam, jak dam radę, ale chyba jakoś to będzie. Pocieszam się naszym rodzinnym mottem, że "kobiety w naszej rodzinie zawsze dają sobie ze wszystkim radę", więc i tym razem nie może być inaczej:-)