W ostatnich tygodniach na szczęście śpiączka mnie opuściła, odkurzyłam swoje biblioteczne zbiory, rozsiadłam się (a faktycznie rozłożyłam się na sofie w moim kąciku czytelniczym podparta wygodnymi poduchami), wrócił mi apetyt na kawę i mocną herbatę, bo jeszcze do niedawna miałam ciążowy kawowstręt. Wróciłam do czytania, zwłaszcza, że w nocy nie mogę spać - więc czytam, czytam... Pamiętam, że czekając na Klarę miałam podobnie i w drugiej połowie ciąży przeczytałam nocami wszystkie nie przeczytane wcześniej pozycje z moich półek. A teraz to chyba wiosna to sprawiła i majowa, mimo pluchy cudna zieleń w moim ogrodzie i w parku przed domem. No i w ostatnich tygodniach dotarło do mnie kilka nowych książek od zaprzyjaźnionych domów wydawniczych. Takie - mam warżenie - delikatne przypomnienie i powiedzenie mi "Rusz babo t... i weź się wreszcie do czytania!" środa, 2 czerwca 2010
Wymiatam pajęczyny z blogowych kątów...
W ostatnich tygodniach na szczęście śpiączka mnie opuściła, odkurzyłam swoje biblioteczne zbiory, rozsiadłam się (a faktycznie rozłożyłam się na sofie w moim kąciku czytelniczym podparta wygodnymi poduchami), wrócił mi apetyt na kawę i mocną herbatę, bo jeszcze do niedawna miałam ciążowy kawowstręt. Wróciłam do czytania, zwłaszcza, że w nocy nie mogę spać - więc czytam, czytam... Pamiętam, że czekając na Klarę miałam podobnie i w drugiej połowie ciąży przeczytałam nocami wszystkie nie przeczytane wcześniej pozycje z moich półek. A teraz to chyba wiosna to sprawiła i majowa, mimo pluchy cudna zieleń w moim ogrodzie i w parku przed domem. No i w ostatnich tygodniach dotarło do mnie kilka nowych książek od zaprzyjaźnionych domów wydawniczych. Takie - mam warżenie - delikatne przypomnienie i powiedzenie mi "Rusz babo t... i weź się wreszcie do czytania!" niedziela, 11 kwietnia 2010
Tutaj nie trzeba słów, niech trwa cmentarna cisza. Modlitwę tylko zmów - tak, by ją Bóg usłyszał...
Guziki - Zbigniew Herbert
[ Pamięci kapitana Edwarda Herberta ]

sobota, 23 stycznia 2010
Kim jestem? A jeśli już to na ile? Podróż filozoficzna - Richard David Precht
"To Błyskotliwe i frapujące zaproszenie do tego, aby zamyślić się nad fascynującą przygodą, jaką jest życie, i jej możliwościami" - czytamy na okładce. Prawdę powiedziawszy, z filozofią w dosłownym tego słowa znaczeniu miałam ostatni raz do czynienia podczas egzaminu na studiach - zdałam go oczywiście i na szczęście - i jako że nigdy nie był to mój "konik", pożegnałam się z nią bez wielkiego żalu. Aż tu kilka tygodni temu dostałam tę książkę z Wydawnictwa - przeczytałam, co we wstępie i na okładce chciano przekazać czytelnikowi - czyli mnie - i odłożyłam na półkę, z mocnym postanowieniem sięgnięcia po nią niebawem. I pewnie na mocnych postanowieniach by się skończyło, gdyby nie moja bezsenność w ostatnich dniach. Z "wydawniczej" półki już prawie wszystko zniknęło, "ostał mi się jeno Precht". Raz kozie śmierć, pomyślałam i zaczęłam czytać. Książka okazała się przysłowiowym strzałem w "10", bo moje ostatnie trudności ze spaniem mają podłoże emocjonalno - egzystencjalne: zdrowie mojego taty bardzo się posypało w ostatnim czasie, w efekcie czego znalazł się w szpitalu, siłą rzeczy więc wszystkie moje myśli krążą wokół zagadnień związanych z życiem i sensem życia oraz temu podobnych. Normalnie pomaga herbatka z melisy, kilka stron książki i już chrapię... A ostatnio nic - czytam i czytam - zeby nie zwariować od myślenia...czwartek, 21 stycznia 2010
„Życie polskie w XIX wieku” - Stanisław Wasylewski
„Życie polskie w XIX wieku” to po „Sensacjach z dawnych lat” kolejna perełka, rarytas literacko – historyczny, który wzięłam na swój czytelniczy warsztat w ostatnim czasie. Im więcej takich książek wpada mi w ręce, tym bardziej ogarnia mnie zadowolenie, ba! - powiedziałabym nawet, że wielkie zadowolenie, bo moje umiłowanie historii nie zawsze idzie w parze z rzetelną wiedzą w tej materii, a dzięki takim publikacjom, jak „Życie polskie w XIX wieku” Wasylewskiego mogę te moje luki w wiedzy pouzupełniać w sposób - powiedziałabym – baaaardzo interesujący i jeszcze bardziej przyjemny. Autor, Stanisław Wasylewski (1885-1953), był bardzo znanym i popularnym pisarzem historycznym w mojej ukochanej międzywojennej Polsce, publicystą oraz utalentowanym popularyzatorem historii. Jego sposób pisania był bardzo barwny (dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię ogromnej rzeszy czytelników), oparty często na anegdotach, ciekawostkach i intrygujących faktach z tamtego okresu; w swojej literackiej spuściźnie pozostawił kilkanaście książek oraz setki felietonów i artykułów w gazetach. „Życie polskie w XIX wieku" gotowe było w swej podstawowej formie już w 1936 r., ale drukiem ukazało się dopiero w 1962 – przygotowane i ostatecznie dokończone przez Zbigniewa Jabłońskiego - edytora wielu pamiętników i wybitnego znawcy dziejów kultury (uzupełnieniami i redakcją zajmował się Wasylewski aż do końca, ale pozostawił swoje dzieło niedokończone, ukazało ono się bowiem blisko 10 lat po jego śmierci) – i jest efektem wieloletnich badań historycznych nad dziejami kultury i obyczajów w Polsce XIX wieku. Książka składa się z 25 rozdziałów – w każdym zostało przedstawione życie przede wszystkim błękitnych snobów (jak określał polską arystokrację), od ubiorów i biżuterii począwszy, poprzez umeblowanie i urządzenie dworków i pałaców, przez bale, rauty i przyjęcia, zwyczaje dotyczące żywienia, korespondencji, życia towarzyskiego i podróży na wyścigach konnych i umiłowaniu koni w ogóle skończywszy. Wasylewski pisze nie tylko o życiu codziennym, ale również o sprawach politycznych, gospodarczych, zajmuje się też literaturą, muzyką, teatrem - sztuką w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. I mimo dość pokaźnych rozmiarów (książka liczy sobie 612 stron), czyta się ją dość szybko – ogromną zasługą jest tutaj styl autora, który nie podaje czytelnikowi tylko i wyłącznie suchych faktów, a raczej snuje bardzo ciekawą opowieść, jak wytrawny gawędziarz okraszając swoje opowieści co i rusz pikantnymi szczegółami. "Myślałem o takiej książce od lat. Bobrując w dokumentach i pamiętnikach, przebiegałem pod kątem życia obyczajowego rozliczne, odległe od siebie dziedziny historii politycznej, polonistyki, historii sztuki, krajoznawstwa. Ciekawiły mnie sprawy zazwyczaj nie intersujące naukowców naszych. Historia kultury obyczajowej traktowana jest u nas z lekceważeniem, spychana na ostatni plan, niegodna zainteresowań szanującego się badacza dziejów. Nie ma swych adeptów i znawców, tym mniej metodyków. Miewaliśmy i mamy dziś zankomitych mniej i więcej syntetyków naszej kultury - brak nam fachowych zanwców realiów jej obyczajów. Pod tym względem zasługujemy zaiste na miano Francuzów Północy" ["Od autora" str. 15]
Wasylewskiemu zarzucano swego czasu niekonsekwencję, mnóstwo nieścisłości, swobodne podejście do faktów i dat, a to z kolei dyskredytowało go w oczach historyków. Jego karierę zniszczyła wojna, którą spędził we Lwowie, gdzie po pisywał w „Czerwonym Sztandarze", „Nowych Widnokręgach", współpracował z teatrem i radiem (wówczas, gdy miasto zajęte było przez czerwonoarmistów). Zresztą w tym czasie czyniło tak wielu polskich pisarzy i artystów, którym przyszło w tym mieście spędzać czasy zawieruchy wojennej. W 1941 r. Lwów znalazł się jednak w rękach niemieckich i Wasylewski zgodził się współpracować z „Gazetą Lwowską", niemieckim organem prasowym na dystrykt Galizien. Twierdził później, że uczynił to za wiedzą i zgodą podziemnej Armii Krajowej. Gdy jednak po zakończeniu II wojny światowej został oskarżony o kolaborację z Niemcami , to choć sąd go uniewinnił, wycofał się całkowicie z życia towarzyskiego i literackiego. "Schorowany i złamany moralnie" - jak pisze prof. Sławomir Nicieja zamieszkał w Opolu. Pod pseudonimem Tadeusz Szafraniec publikował we wrocławskim "Słowie Polskim"
Niniejszy tom "Życia polskiego w XIX wieku" przygotował do obecnej edycji prof. Janusz Tazbir, opatrując go bardzo interesującą przedmową, natomiast Wydawca zamieścił też obszerne posłowie autorstwa prof. Stanisława Sławomira Nicieji („Casus Stanisława Wasylewskiego"). Muszę jeszcze zaznaczyć - a jest to dla mnie bardzo ważny aspekt - że książka jest przepięknie wydana - twarda oprawa z obwolutą w kwiatowy deseń.

Morderca bez twarzy - Henning Mankell
Dzisiaj będzie krótko, bo ileż można ciągle samych dobrych rzeczy pisać o Mankellu i jego książkach? Ileż można zachwycać się stylem powieści, surowością skańskich krajobrazów i zwyczajnym ludzkim policjantem - wzbudzającym sympatię, bo kocha swoją pracę, z córką nie może się dogadać, żona go zostawiła, pija za dużo kawy, niezdrowo się odżywia, tu go zaboli, tam mu strzyknie, generalnie to lubi sobie pociągnąć dobrego "łyskacza", miewa sny erotyczne z pewną Murzynką w roli głównej i czasami nie starcza mu do 1-go. Tak więc krótko: przeczytałam wreszcie pierwszą część serii kryminałów o Kurcie Wallanderze - ale w moim czytaniu Mankella to już czwarta książka - i jakkolwiek zachwycona nie jestem, na kolana mnie nie rzuciła, to szczerze muszę przyznać, że podobało mi się - jak zwykle takie poprowadzenie akcji, że podczas czytania ma się wrażenie, jakby samemu było się członkiem ekpiy śledczej. W książkach Mankella ujmuje mnie przede wszystkim to, że nie ma w nich tego całego "amerykańskiego" przeładowania - żadnych superakcji, żadnych superbohaterów - wszystkowiedzących i najprzystojniejszych na świecie mięśniaków, są za to policjanci z krwi i kości - odczuwający strach, ból albo zimno, mający problem z hazardem (jeden np. namiętnie gra na wyścigach konnych) albo łapówkarstwem (ktoś np. sprzedaje tajne informacje do mediów). czwartek, 7 stycznia 2010
Mój język prywatny - Jerzy Bralczyk
Profesor Bralczyk to jeden z tych nielicznych facetów, których nie tylko podziwiam, ale darzę ogromną sympatią - po moim mężu, Kurcie Wallanderze i boskim Nicholasie Cage'u. Kolejność tych panów nie ma znaczenia, zresztą zmienia się ona w zależności od chwilowych upodobań. A obecnie profesor bije u mnie wszelkie rekordy popularności. Jego "Mój język prywatny" przeczytałam już kilka tygodni temu, a do dziś noszę w torebce i co i rusz po nią sięgam - w korku, w kolejce w banku, w poczekalni u lekarza i śmieję się w głos - wzbudzając tym ogólne zdziwienie, a może sympatię (dzięki Bogu dotychczas nikt nie popatrzył na mnie z politowaniem). To kolejna "perłka" w naszym domu do głośnego podczytywania i kolejna do czytania "dowolnego" - na chybił - trafił: gdzie otworzysz, tam możesz czytać. Coś mi się wydaje, że jak tak dalej pójdzie, to szanowny małżonek niebawem chyba zacznie czytać, bo już polubił, gdy mu co smaczniejsze "kąski" podczytuję na głos (a że nie czyta, to o tym już kilka wtajemniczonych osób wie) - biedny, nawet się nie spodziewa, że niedawno ukartowałam "PERFIDNY PLAN ZROBIENIA Z NIEGO MOLA KSIĄŻKOWEGO" i powoli, aczkolwiek skutecznie wprowadzam go w życie...Bezradność to miły stan. Mogę z czystym sumieniem dawać jej wyraz. Nic nie
poradzę, więc nie muszę się przejmować. Żona moją bezradność nazywa
wyuczoną.
Może i tak jest, ale cóż z tego!
Cóż
No cóż, „cóż” to czasem tylko bardziej eleganckie, trochę wyszukane „co”. Zamiast: „cóż, polewki dziś nie dacie?” mogę niby zapytać: „co, polewki dziś nie dacie?”. Ale pewnie wtedy mógłbym dłużej na czczo czekać. A zamiast „cóż u czarta za szaleństwo?” albo „cóż to, dżumę w zamku macie?” mógłbym wprawdzie pytać „co u czarta za szaleństwo?”. I „co to, dżumę w zamku macie, czy co?”.
Ale cóż... lepiej jednak „cóż”.
Kiedy pytam, chcę odpowiedzi. Ale takiej, która mi odpowiada. Cóż z tego, że ktoś odpowie, kiedy to nie będzie to? Na „co” możesz odpowiedzieć, jak chcesz. A na „cóż”? A to już bardziej, jak ja chcę.
W "cóż" jest trochę dystansu, trochę wyniosłości. A czasem w ogóle oddala się od prostackiego „co?”. W „co to?” mam zwyczajne pytanie niezorientowanego, w „cóż to?” eleganckie zdziwienie zorientowanego lepiej. Cóż stąd, że różnica mała, że to „-ż” to tylko wzmacniająca partykuła? Spróbuj tak zapytać przez „co”: „co stąd?”. Brrr.
I cóż Ty na to? (jestem grzeczny: gdybym zapytał: "co Ty na to?” tak grzeczny bym nie był).„No dobrze, może nawet tak jest” - powiesz - „i co z tego?”. Wtedy zrobi mi się trochę przykro, bo się starałem, a tu nic. A jak zapytasz „cóż z tego?”, poznam, że mogę się postarać jeszcze. Cóż mi, że na razie nie rozumiesz. Dogadamy się. A jak się nie dogadamy, to mam ładny sposób wyrażenia łagodnej rezygnacji. Powiem: „no cóż...” Nawet nie zapytam.
No cóż, to tylko słówko...Autor: Jerzy Bralczyk
Wydawnictwo:Iskry , Kwiecień 2004
ISBN:83-207-1754-X
Liczba stron:344
Wymiary:120 x 190 mm
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać
"Bajkoterapia..." to książka, po którą powinien sięgnąć każdy szanujący się rodzic kochający swojej dziecko i świadmy tej swojej miłości. Dlaczego oraz co będziecie mogli w niej znaleźć, wyjaśniam tuczwartek, 31 grudnia 2009
Przepis na Nowy Rok 2010 - życzenia spod samiuśkich Tater...
Wziąć dwanaście miesięcy,
obmyć je dobrze do czysta
z goryczy, chciwości, pedanterii i lęku
i podzielić każdy miesiąc na 30 albo 31 części,
tak żeby zapasu starczyło akuratnie na rok.
Każdy dzionek przyrządza się oddzielnie,
biorąc po jednej części pracy
i dwie części wesołości i humoru.
Dodać do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu,
łyżeczkę tolerancji,
ziarnko ironii
i szczyptę taktu.
Następnie masę tę polewa się obficie miłością.
Gotowe danie ozdobić bukiecikami małych uprzejmości
i podawać codziennie z pogodą ducha
i porządną filiżanką ożywczej herbaty. (Catharina Elisabeth Gothe)
... nie spodziewałam się, że kończący się właśnie rok będzie miał takie miłe zakończenie. W pracy byłam wczoraj do 12.00 i plan miałam taki, że mój K. mnie z pracy odbierze i pojedziemy na sylwestrowe zakupy, bo Sylwestra mieliśmy spędzać tradycyjnie w domu - jakoś nie możemy się zdobyć na to, aby obarczać kogoś w noc sylwestrową opieką nad naszą 2,5 letnią Klarą. No i tak, jak to zostało zaplanowane, parę minut po 12.00 podjechał po mnie mój mąż - samochodem zapakowanym po sam dach, ze wszystkimi trzema córkami na pokładzie, z boxem przypiętym do dachu - na wszelki wypadek, gdyby pogoda okazała się sprzyjająca, zapakowali do niego kombinezony, buty i narty - i pojechaliśmy... w góry. Do naszych przyjaciół mieszkających w Podszklu, dwadzieścia kilka kilometrów od Zakopanego. Ukartowali tę niespodziankę wszyscy - K. oraz nasze dziewczynki do spółki z Mirkiem i Tereską i efektem tej niespodzianki jest to, że teraz siedzę sobie w górach, w bardzo miłym towarzystwie, piję pyszną wiśnióweczkę i cieszę się ze spotkania z przyjaciółmi.
Najbardziej z wyjazdu cieszy się Klara - to wprawdzie nie pierwsza jej tak daleka podróż, ale pierwsza świadoma - w trakcie drogi mało spała, dużo pytała i wcale nie marudziła. Trochę się baliśmy tego wyjazdu - do tej pory w dalekie podróże jeździliśmy zawsze w nocy - ale zawsze musi być ten pierwszy raz...
Na miejscu okazało się, że śniegu nie ma wcale, nie pojedziemy więc na stok - no chyba, że przez całą noc będzie sypał śnieg :-) Z życzeniami noworocznymi dzwonili dziś nasi znajomi z Wielkopolski, gdzie mieszkamy - i okazało się, że u nas leży gruba warstwa śniegu. Ale co z tego, skoro i tak nie ma gdzie jeździć na nartach...
Jeśli na Podhalu nie spadnie śnieg i ani razu nie przypniemy nart do butów, to okaże się w końcu, że nasz sprzęt przywieźliśmy w góry tylko po to, żeby go przewietrzyć:-)))
niedziela, 27 grudnia 2009
Sensacje z dawnych lat - Roman Kaleta
Niech Was nie przeraża ilość stron tego dzieła - bo dziełem "Sensacje..." są z całą pewnością - jest to bowiem blisko 900 stron przyjemności czytelniczej i historycznej - co dla mnie (mola książkowego z historycznym zacięciem) okazało się niemałą gratką. Dzięki tym dziewięciuset stronom moja przyjemność czytania trwała, i trwała, i trwała... Czytałam tę książkę przez wiele tygodni - ale tylko dlatego, żeby nie kończyć jej zbyt szybko, dawkowałam sobie te dowcipy, anegdoty i ciekawostki historyczne i obyczajowe nie tylko sprzed lat, ale i sprzed wieków - dzięki autorowi wydobyte z zachowanych zabytków rękopiśmiennych, starych kalendarzy, czasopism, podesłane przez czytelników poprzednich wydań oraz ukazyjących się od 1965 r. "Sensacji..." we wrocławskim "Słowie Polskim", na łamach którego publikowane były przez bitych pięć lat. Roman Kaleta, historyk literatury polskiej, nie uporządkował ich ani tematycznie, ani chronologicznie, a przedstawił w nich na kształt silva rerum, w ciekawostkach, anegdotkach i dykteryjkach przezabawnych, często "korzennych", iście pikantnych, a nawet bardzo "pieprznych", obraz rzeczywistości od schyłku XVI wieku po pierwsze lata wieku XX - lubię ten styl pisania dający mi podczas czytania poczucie, że nie jestem "uwiązana" - lubię przeskoczyć kilka kartek lub rozdziałów, lubię po jednej historii poczytać o innej, zupełnie z nią nie związanej tematycznie. I lubię książki, które bawią swoją treścią, bo po prostu są zabawne, a nie dlatego, że tak twierdzi wydawca. "Sensacje z dawnych lat" to wspaniała rozrywka, do tego na bardzo wysokim poziomie. Dodam, że trafiająca do każdego czytelnika - i nie-czytelnika również. Mój mąż - zaintrygowany moimi częstymi wybuchami głośnego śmiechu - poprosił o przeczytanie tych co zabawniejszych fragmentów - w efekcie siedzieliśmy razem nad książką wspólnie się zaśmiewając - często dołączała do nas Najstarsza Licealistka ze słowami "Ja cie nie mogę - ale fajne. Na weekend, jak będzie u mnie spała Ola, to ja zamawiam ją do czytania. Ale oczy zrobi, jak jej to przeczytam!" - a muszę przyznać, że i jej niejednokrotnioe oczy z orbit wychodziły na zasłyszane ciekawostki - "Biskup Krasicki ten od bajek? Nie stronił od gorzałeczki? Jestem bardzo ciekawa, czy nasza pani od polskiego o tym wie..." Dla mnie to dowód na to, że niebanalne ujęcie tematu, prawdziwe kurioza, perełki, są w stanie zainteresować w dzisiejszych głupich "multimedialnych", nastawionych na konsumpcję czasach - nawet nie czytającego męża i 16-latkę o zgoła innych zainteresowaniach, wprawdzie ksiązki czytającą, ale i piszącą kilkadziesiąt sms-ów dziennie. poniedziałek, 21 grudnia 2009
Jeszcze trochę adwentowo, już bardzo świątecznie i wcale nie czytelniczo...
...pozdrawiam wszystkich, którzy tu do mnie zaglądali przez tygodnie mojej wielkiej nieobecności. W tym czasie dużo czytałam, jeszcze więcej chorowałam i z chorobami walczyłam (przeżyłam potrójne zapalenie gardła - tak, tak - wszystkie trzy dziewczyny, jedna po drugiej "kładły się" do łóżka z wysoką gorączką, bólem głowy no i gardła oczywiście; do tego moje zapalenie zatok - uważam, że limit chorób na ten rok już dawno wyczerpałyśmy i nie życzymy sobie żadnych więcej). Dodam jeszcze zmasowany atak klientów niemieckich, belgijskich i włoskich na firmę, w której pracuję - wszyscy nagle zapragnęli TON towarów produkowanych przez firmę XYZ - więc w pracy spędzałam baaaardzo dłuuugie godziny, praktycznie cały czas od rana do wieczora od początku grudnia... Uwierzycie, że nie miałam nawet czasu, żeby do Was choć troszeczkę "szpyknąć, żeby tylko sprawdzić, co się dzieje. Nic kompletnie. Zapieprz taki, że pustą taczką jeździłam, bo nie było czasu załadować...
W międzyczasie moje trzy dziewoje chore i ZNUDZONE snyły się po domu (czy Wasze dzieci też nie leżą w łóżkach podczas choroby, tylko tu trochę pooglądają TV, trochę poczytają (ale bardzo mało), trochę posiedzą przed komputerem - za to wcale nie leżą i wszędzie bałaganią, począwszy od tysięcy kubków i talerzyków zostawianych w miejscach "gdzie popadnie" na milionach husteczek rozrzuconych najczęściej w okolicach przesiadywania - ja za to z lubością ogromną pochłonęłam "Sensacje z dawnych lat" Kalety i "Mój język prywatny" Bralczyka (mam nadzieję, że w święta znajdę wreszcie czas, żeby spiasać moje wrażenia z lektury.
Co poza tym? Wczoraj wreszcie wzięłam się za moje wieńce adwentowe , bo Boże Narodzenie bez wieńca na drzwiach wejściowych i na wigilijnym stole jest dla mnie nie do wyobrażenia- zrobiłam ich sztuk 2. Ten z pomarańczowymi kwiatami dla nas - mój K. powiesił go na zewnątrz, na drzwiach... Zrobiłam go z jodły, więc wytrzyma na dworze praktycznie do Wielkanocy:-)))

wtorek, 24 listopada 2009
Rzemiosło zabijania - Norbert Gstrein
„Rzemiosło zabijania” to lektura, która ani nie jest łatwa w odbiorze, ani tym bardziej w ocenie, aczkolwiek muszę przyznać, że czyta się ją bardzo przyjemnie. Akcja toczy się powoli, nie jest nastawiona na jakieś szybkie zwroty akcji, na budowanie napięcia, nie epatuje wojennym cierpieniem bohaterów – w zasadzie można by ją określić mianem lektury dla czytelniczych smakoszy, dla których ważne jest co czytają, a nie ile i jak długo. Bohaterowie poświęcają wiele czasu na przemyślenia, autor zawarł w niej sporo bardzo trafnych refleksji na temat wojny, zniszczenia, straty, przeżyć...Mimo, że fabuła oparta jest na konflikcie zbrojnym w byłej Jugosławii, nie jest to typowa książka o tematyce wojennej, a przynajmniej jest inna, niż te, które do tej pory przeczytałam. Bohaterowie skupieni są raczej na przeżywaniu strat i zniszczenia, jakie ze sobą niesie wojna. Śmierć austriackiego dziennikarza Christiana Allmayera jest zaczynkiem do tego, że jego przyjaciel Paul, niespełniony pisarz, postanawia napisać o nim powieść. O nim i o jego dziennikarskiej misji.
tykę mediów, pokazujących nam reporterów przed kamerami – często ubranych w kamizelki kuloodporne tylko właśnie na potrzeby nakręconego materiału reporterskiego – w zasadzie tylko po to, żeby widzom oglądającym materiał zasugerować realne niebezpieczeństwo i zagrożenia wojny. Historia opowiedziana przez Norberta Gstreina (austriackiego pisarza, rocznik 1961), jest tak naprawdę zadedykowana niemieckiemu dziennikarzowi „STERN-a”, Gabrielowi Grünerowi (1963-1999), który był postacią prawdziwą. W prasie niemieckiej znalazłam o nim informacje, że pochodził z południowego Tyrolu, ale żył i mieszkał w Hamburgu ze swoją przyjaciółką, dziennikarką mody – właśnie spodziewała się dziecka, gdy Gabriel oraz jego fotograf, Volker Kramer, zostali zastrzeleni 13. czerwca 1999 w Kosowie, 40 km na południe od Prištiny… Wydarzenie to stało się kanwą powieści Gstreina. W momencie, kiedy obydwaj reporterzy zostali podstępnie zamordowani (tajemniczy informatorzy mieli ich zaprowadzić do zbiorowych mogił), wojna w Jugosławii trwała od trochę ponad roku. Rozpoczęły ją masakry Serbów pod dowództwem Slobodana Milosevica dokonane na cywilnej ludności albańskiej w lutym 1998. Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Liczba stron: 280
Data premiery: 2009-09-14
Tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska
Język wydania: polskiOprawa: Miękka
czwartek, 19 listopada 2009
Primavera - Mary Jane Beaufrand
Cieszę się, że moje dziewczyny sięgają po takie książki – przy tej okazji ja sama mogę się przekonać, co w literaturze młodzieżowej piszczy. A piszczy wiele dobrego, tzn. nie same „chały” usiłuje się dzieciakom wcisnąć do czytania. Na szczęście trafiją się w powodzi wydawanych książek takie perełki jak „Primavera” Mary Jane Beaufrand - te piękne, rzeczywiście wartościowe, których lektura wniesie do intelektualnej sfery życia naszych młodych czytelników wiele pozytywnych wrażeń. Jest to kolejna książka, którą przeczytałam po rekomendacji mojej 12-latki, a ona jak dotąd jeszcze nie czytała powieści historycznej. Z ogromną przyjemnością zaobserwowałam, że ta czytelnicza przygoda bardzo jej się spodobała, po skończonej lekturze stwierdziła - „Muszę poszukać, czy jest kolejna część Primavery” (już widzę u niej pewien niedosyt, że opisywana historia się skończyła... ) Dodała też - „szkoda, że autorka nie napisała nic dalej”. No cóż, musi to moje dziecię zaakceptować fakt, że nie wszystkie książki będą miały ciąg dalszy, jak chociażby „Harry Potter”, gdzie w zasadzie potem to już nie wiadomo, w którym momencie skończyć. Chociaż, kto wie – może kiedyś okaże się, że „Primavera” ma swoją kontynuację?Język wydania: polski
wtorek, 17 listopada 2009
Zimna krew - Theresa Monsour
„Zimna krew” to druga część kryminalnej opowieści o sympatycznej i pięknej sierżant Paris Murphy, policjantce olibańsko – angielskich korzeniach, oliwkowej cerze i kruczoczarnych długich włosach oraz o jej wysiłkach zmierzających do uchwycenia przestępców – psychopatów i o próbach poukładania rozsypującego się jej życia prywatnego. Tym razem ginie druhna weselna w brzoskwiniowej sukience, bo właśnie ten kolor jej się nie spodobał i postanowiła pójść do domu przebrać się. Na swoje nieszczęście widzi ją na drodze Justice Trip - komiwojażer usiłujący utrzymać się z obwoźnego handlu koszulami męskimi. Po prostu wjeżdża w nią swoim pikapem. Następnego dnia jej morderca postanawia stać się głównym bohaterem wydarzeń w miasteczku i bierze udział w społecznym poszukiwaniu zwłok - podrzuca obcięty druhnie palec i media rzeczywiście kreują go na bohatera... Paris widzi go w wiadomościach, ale w pierwszej chwili nie rozpoznaje w nim swojego dawnego kolegi ze szkoły. Już od pierwszej chwili jest przekonana, że coś nie gra, jej nieomylna kobieca intuicja (ten szósty babski zmysł) podpowiadają jej, że Justice kłamie, przedstawia się w fałszywie korzystnym świetle, opowiada na swój temat same pozytywne rzeczy - ale coś tu przecież jest nie tak...
Ta druga książka Theresy Monsour podobała mi się jeszcze bardziej niż „Czyste cięcie”. A co spodobało mi się szczególnie? Z całą pewnością jest to zastosowany tutaj (znany nam już z poprzedniej części) trik, a mianowicie przedstawienie czytelnikom sprawcy morderstw już na samym początku. W pierwszym rozdziale mamy też okazję do poznania przyczyn postępowania mordercy, Justica Tripa - jak się niebawem okaże - bardzo groźnego szaleńca, zabijającego swoje ofiary - zupełnie przypadkowe osoby - bez wyraźnego motywu, będąc pod wpływem narkotyków albo innych środkó odurzających.
Podoba mi się też okładka, tak samo mroczna jak mroczne jest życie psychpatycznego bohatera, który w końcu przestaje panować na sobą, traci przysłowiową zimną krew, popełnia błąd i sprawy przyjmują inny, niż on by sobie życzył - obrót.
Co wobec tego mają w sobie książki Theresy Monsour, że nie kończy się ich czytania na pierwszym rozdziale – wyjaśniającym w zasadzie najważniejsze kwestie? Moim zdaniem to zasługa bardzo umiejętnie poprowadzonej fabuły, Monsour sprawnie łączy wątki swojej powieści, a bohaterowie nie są oderwani od rzeczywistości, ich życie prywatnie świetnie przeplata się z wykonywaną pracą – ogromna to zasługa sposobu pisania autorki. Ponadto stopniowo dawkowane czytelnikowi napięcie, zastanawianie się, czy na tym będzie koniec zbrodni, albo kto będzie następny, odważy się żeby ją skrzywdzić itd. – dla mnie większość momentów w książce była niespodzianką, nie przewidziałam takiego właśnie obrotu spraw.
Na zakończenie powiem jeszcze tylko, że moim zdaniem powieść ma jeden mankament, a mianowicie zakończenie – nie, nie jestem rozczarowana, ale spodziewałam się zupełnie czegoś innego, miałam nadzieję na zupełnie inne poprowadzenie tej akcji. Pozostawienie w ten sposób paru kluczowych kwestii bez odpowiedzi spowodowało, że po lekturze „Zimnej krwi” ja pozostałam z uczuciem niedosytu – co nie zmienia faktu, że Theresa Monsour to w tej chwili moja ulubiona autorka kryminałów, jej książki czyta się z ogromną przyjemnością. A po następne na pewno sięgnę. I nie omieszkam Wam o tym donieść.
niedziela, 15 listopada 2009
Świat diabła - Wiktor Jerofiejew
Przeleżała ta książka na moim nocnym stoliku sporo czasu, oj przeleżała. Brałam ją do ręki, to znów odkładałam. Nie mogłam jej na „raz” przeczytać, ale i nie mogłam zostawić bez przeczytania. „Świat diabła” (wyd. Czytelnik) to książka Wiktora Jerofiejewa, jednego z obecnie najbardziej znanych współczesnych pisarzy rosyjskich. Jest to zbiór opowiadań, reportaży, felietonów i esejów, opisujących jego wrażenia z podróży po praktycznie całym świecie. Ale od razu uprzedzam – nie jest to dziennik z podróży, nie są to wspomnienia czy relacje, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Ooo nie... Jerofiejew uchodzi w wielu kręgach za skandalistę, pisarza kontrowersyjnego, określanie go mianem prowokatora też nie należy do rzadkości – bo i naprawdę swoim pisarstwem prowokuje, wtykając nos, gdzie nie trzeba i przysłowiowy kij w mrowisko, narażając się władzy i wielkim tego świata (za naszą wschodnią granicą oczywiście, albo właściwie granicą północną, ale zdecydowanie w kierunku na wschód) – miewał z powodu swojego pisania wiele życiowych nieprzyjemności – kiedyś wyrzucono go ze Związku Pisarzy, jego książki znalazły się na „czarnej liście” i nie można było ich publikować, a ojciec dyplomata stracił pracę... W swoich książkach porusza problemy nie tylko dzisiejszej Rosji, dokonuje sarkastycznego rozliczenia rosyjskiej przeszłości i oceny współczesnych realiów (jego utwory są równiez mocno nasycone erotyzmem) – interesuje go praktycznie wszystko – przedstawia nam zwycięzcę w konkursie na „supermana sexu”, zdradza nam sekrety chińskiego masażu, oprowadza po świątyni kawioru w Niemczech i muzeum pornografii w Holandii, zabiera nas na wycieczkę do wytwórnię whisky w Szkocji i wódki na Ałtaju, na Czukotce przejmuje się problemami tamtejszych Eskimosów, a w Republice Południowej Afryki czuje się jak w Rosji. A wszystko to doprawione jego charakterystycznym poczuciem humoru. Opowiadania Jerofiejewa to zwierciadło, w których widać odbicie Rosji i rosyjskich słabostek.
wydawca: Czytelniktytuł oryginału: Swiet diawoła
data wydania: 2009
nr wydania: I
ISBN: 978-83-07-03206-1
liczba stron: 316
tłumaczenie: Michał B. Jagiełło
format książki: 123x195 mm
okładka: miękka
sobota, 14 listopada 2009
Wino, kobiety i śpiew - Andrzej Mleczko

Chyba nie ma w naszym narodzie nikogo, kto by choć raz nie widział jakiegoś rysunku autorstwa Andrzeja Mleczki – kontrowersyjnego rysownika, który zadebiutował w 1971 r. na łamach pisma „Student”, i z którego twórczością na co dzień spotykamy się m. in. na łamach „Polityki”. Wszyscy znamy jego poczucie humoru, jego szybkie „rysunkowe” reakcje na to, co aktualnie dzieje się w Polsce, podsumowujące najróżniejsze zjawiska polityczne, kulturowe, społeczno – obyczajowe, sportowe i jakie tylko Wam jeszcze do głowy przyjdą – do
wyboru, do koloru. Świetnie oddające naszą mentalność. Równie często oburzające przeciwników, co zadowalające zwolenników. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Jedni mają mu za złe, że się czepia kościoła, księdza Rydzyka i polskiej religijności w ogóle, inni doceniają za bystre oko i trafne spostrzeżenia, jeszcze inni patrzą na to wszystko z przymruzeniem oka i świetnie się bawią. W przypadku takich albumów, jak ten tutaj, zawsze zastanawia mnie jedna rzecz - jak to jest, że gdy śmiejemy się z prezydenta, premiera i innych polityków - to jest to zupełnie OK. Gdy na tapetę idzie kościół i religia - to to juz jest "be" i odzywają się głosy sprzeciwu. Ale tak to już z artystą jest – jego zadaniem jest nie tylko komentować rzeczywistość, co przede wszystkim prowokować odbiorców do m.in. myślenia, zastanowienia – i to się Mleczce zawsze udaje, chyba głównie dlatego, ze jest świetnym obserwatorem naszej często ciasnej, ale własnej rzeczywistości, naszego rodzimego "piekiełka" z Polski rodem. Mnie wczoraj – po całodziennych zawirowaniach związanych ze zwolnieniem się z pracy, aby pojechać na bardzo ważną rozmowę – KWALIFIKACYJNĄ notabene, do nowej pracy – po stresie z tą rozmową związanym, po tym, jak ze zdenerwowania po tej rozmowie (pewnie wszystko „spaliłam”) zapomniałam pojechać do warsztatu na wymianę opon na zimowe – no więc mnie wczoraj Mleczko poprawił humor rewelacyjnie. Niniejszym przedstawiam Wam więc „Nowy zbiór rysunków satyrycznych komentujących naszą rzeczywistość w sposób czasem złośliwy, czasem dobroduszny, ale zawsze dowcipny”. Polecam! Najważniejsze, to umieć się śmiać z siebie samych:-)
Spis rzeczy:
Dialogi metafizyczne
Zwierzyniec
Świat dziecka
Wieś tańczy i śpiewa
Historyjki obrazkowe
Rozgrywki małżeńskie
Polityka dzika
Wesołych świąt
Rysunki bez ładu i składu
Autor: Andrzej Mleczko
Wydawnictwo:Iskry , Listopad 2009
ISBN:978-83-244-0116-1
Liczba stron:136
Wymiary:165 x 235 mm
poniedziałek, 9 listopada 2009
A propos 13. Targów Książki w Krakowie
Przeglądam aktualności w internecie i co czytam? Jakie informacje rzucają mi się w oczy moje (sterane trochę pracą na zdezelowanym kompie "pracowym"). Kochani - czytam same wspaniałe wiadomości, a mianowicie, że np. sobota, 7 listopada 2009
Mrówka w wielkim mieście - David Safier
Jak to jest urodzić się i być mrówką? No wiecie, okrągła główka z dwoma długimi czułkami, sześć nóżek, tułów, przesadnie duży odwłok... Aha, nigdy nie zastanawialiście się nad tym... No właśnie, o takiej mrówce mowa w książce Davida Safiera – tylko że ta mrówka to ... nowe wcielenie Kim Lange – niemieckiej prezenterki telewizyjnej, prowadzącej tzw. Polittalkshow. Kim jest bardzo atrakcyjną 32-latką, prawdziwą kobietą sukcesu goniącą za sławą. W jej życiu jest wprawdzie rodzina – mąż i 5-letnia córeczka Lilli, ale w rankingu priorytetów zajmują oni któreś z kolei miejsce, gdzieś tam za pracą, pracą i pracą oraz błyskiem reporterskich fleszy. Kim Lange poznajemy w momencie, gdy opuszcza dom – nie może zostać na przyjęciu urodzinowym swojej córki, bo właśnie otrzymała prestiżową nagrodę, okazała się zwyciężczynią w swojej kategorii – jedzie więc na lotnisko, aby wsiąść do samolotu i udać się na wielką galę. A po tym wszystkim po prostu pech – trafia ją spadająca z nieba umywalka – fragment rozpadającej się radzieckiej stacji kosmicznej. Sami przyznacie, że trudno o bardziej absurdalną przyczynę zejścia z tego świata, ale ten wypadek jest tylko wstępem do tej pełnej humoru opowieści. Pierwsza dama niemieckiego talkshow, rekin mediów - zostaje pomniejszona do stworzonka wielkości kilku milimetrów – mrówki. Jest to jej szansa na naprawienie błędów z poprzedniego życia, a Kim dopiero po swojej śmierci zdaje sobie sprawę z ich popełnienia. Odradza się później jeszcze jako świnka morska, cielak, pies – przeżywa po drodze mnóstwo zabawnych, często bardzo absurdalnych przygód, a wszystko po to, żeby za wszelką cenę wrócić do swojej rodziny.Książkę można by na pierwszy rzut oka – dzięki lekkiemu językowi i wszechobecnemu humorowi – zakwalifikować do lektur łatwych, lekkich i przyjemnych, bo taka jest rzeczywiście. Ale oprócz tego jest to też książka dająca do myślenia, nakłaniająca czytelnika do zastanowienia się nad tym wszystkim, co w życiu ważne – sens i jakość życia, miłość... Ile czasu my sami poświęcamy swoim najbliższym w codziennej gonitwie za sprawami często błahymi; kiedy ostatnio przytuliliśmy swoje dziecko (nie to najmniejsze, bo ono jest przytulane tysiąc razy dziennie, ale to najstarsze – o głowę od nas wyższe)? Nie chciałabym, żeby to wszystko stało moim udziałem w następnym wcieleniu – tak jak spotkało to Kim – dopiero jako świnka morska uświadomiła sobie przyjemność płynącą z ciepłego dotyku dłoni jej męża, a jako pies – tak naprawdę spędzała ze swoją córka czas – dużo, długo, bawiąc się, przytulając... Dopiero jako pies zaczęła dostrzegać, jakie to ważne i przyjemne...
Autor: David Safier
Wydawnictwo:Galaktyka , Wrzesień 2009
ISBN:978-83-7579-025-2
Liczba stron:320
Wymiary:202 x 135 mm
niedziela, 1 listopada 2009
Losowanie zwycięzcy w konkursie nr 1...
Zwyciężczynię w moim pierwszym konkursie proszę o przesłanie maila z danymi potrzebnymi do wysłania książki. Krępińskiej serdecznie gratuluję, a wszystkim, którzy wzięli udział w zabawie - bardzo serdecznie dziękuję. Na zakończenie powiem jeszcze tylko tyle, że wczoraj zaczęłam czytać "Zimną krew" - i stwierdzam, że jest dobra. Podoba mi się. Tak samo, jak pierwsza książka Theresy Monsour.
czwartek, 29 października 2009
KONKURS TA-DAM !!! KONKURS NR 1 !!!
Kochani i kochanieńkie - zapieprz ostatnio mam taki, że "pustą taczką jeżdżę, bo nie mam czasu jej załadować". Ale tak na poważnie - wpadło mi spore tłumaczenie do zrobienia, więc muszę odłożyć na chwilę czytanie, przez kilka dni nie będzie o żadnej nowej książce. W pracy siedzę cały dzień przed kompem, w domu siadam od razu do domowego kompa i nowego tłumaczenia (uwielbiam tłumaczyć - tak nawiasem mówiąc) i - żeby Wam się nie nudziło - ogłaszam konkurs!!! Konkurs nr 1. Ta-dam ta-dam !! Dla wszystkich chętnych, którzy lubią czytać kryminały, albo zamierzają je polubić, albo moją 1000 innych powodów do wzięcia udziału w konkursie - dzięki uprzejmości pewnej miłej Pani z pewnego Wydawnictwa (no i dzięki szczęśliwemu dla nas wszystkich zbiegowi okoliczności) mam do oddania "Zimną krew" Theresy Monsour i możemy się dziś zabawić w konkurs. Kilka dni temu pisałam o innym kryminale tej autorki - "Czyste cięcie" bardzo mi się wtedy spodobało - mam nadzieję, że i tym razem czeka mnie podczas czytania taki sam dreszczyk emocji i wiele wrażeń - jeszcze jej nie czytałam, ale za kilka dni po nią sięgnę - kiedy już uporam się z moim tłumaczeniowym wyzwaniem.Mam też nadzieję, że będę mogła przeczytać o wrażeniach z lektury kogoś innego. Kogoś, kogo wylosuję w niedzielę wieczorem...
Wszystkich chętnych do zabawy zapraszam do zgłaszania swojego udziału w komentarzach pod tym postem. Losowanie już w niedzielę!
niedziela, 25 października 2009
Marlene - Angelika Kuźniak
Marlena Dietrich, właśc. Maria Magdalena Dietrich (ur. 27 grudnia 1901, zm.6 maja 1992) – niemiecka aktorka i piosenkarka. Gwiazda filmowa wielkiego, światowego formatu. 
Autor: Angelika KuźniakSeria wydawnicza: Lilith
Wydawnictwo: Czarne
Wydanie I, rok 2009
Format: 125x205 mm, oprawa miękka, foliowana
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-7536-114-8




















